Wiersze wyprowadzające język: z domu, w pole, w szwendanie. Wyganiające myśl w intensywność, niech polata bez smyczy. Gesty goszczące, nieulegające kwestiom. Za to kwestujące na bogato, skupujące uwagę z rozproszeń. Teksty z debiutanckiej książki Joanny Łępickiej wpadają w oko nieproszone i o posłuch nie proszą, a przecież kładą fundamenty pod nową mowę, stawiają ściany wielonośne i na mapie poetyckiej odznaczają się solidnym gmaszyskiem. To całkiem spory zamach jak na „zeszyt ćwiczeń”!
Tom Joanny Łępickiej ma coś z kontestacji, ale nie dochodzi do podziału na kontestowanych i kontestującą - w Zeszycie ćwiczeń poetka jest klasycującą buntowniczką, uczennicą Ezry Pounda, która w Canto - nota bene, forma z którą Ezra Pouns jest kojarzony - pisze: Żadnych rad od Pounda. Nie. Pisze formami klasycznymi, zdzierając z nich patynę. Walczy z klasyką ze świadomością, że aksjomatem jest dyskursywność wszelkiego tekstu. Jej zabawy z podmiotowością, są emblematem jej formy, jak mówi fragment tytułu pierwszego wiersza, jest "ruchomym bohaterem [literackim]" i jak w Coda to be pisze: BĘDĘ BARTÓKIEM / BĘDĘ BASQUIATEM / BAS JAN ADEREM.
Ale równocześnie, poza tymi pomniejszymi refleksjami, Zeszyt jest dla mnie tajemnicą tripowych, stonerowskich wizji. I jak się to czyta to się czuje jak elektryczność wędruje przez ciało. I nie wiem jak ona to robi.