Kiedy pojawiła się kolejna część przygód z życiem mecenas Luzy Lewandowskiej wiedziałam, że będę chciała dowiedzieć się w jaką tym razem kabałę wplątała się walcząca z komuną właścicielka mieszkania kwaterunkowego i papugi o niewyparzonym dziobie. Tytuł „Kuba” zapowiadał, że tym razem komunistyczny reżim będzie dane nam – czytelnikom poznać zza oceanu. Aż ostrzyłam już sobie zęby , żeby przekonać się czy, aby przez przypadek to właśnie Mecenas Lewandowska nie stanie się przyczynkiem do obalenia dyktatury Kastro.
Ruszyłam zatem w podróż z kolejnym tomem kryminalnego cyklu Jacka Ostrowskiego, czekając na suspens, dużą dawkę dobrego humoru i przewrót, o którym zapomniano nam powiedzieć na lekcjach historii. I niestety, chociaż bardzo na każdy z tych elementów czekałam, chociaż tłumaczyłam sobie, że to już za moment, już za chwileczkę, a właściwie za rogiem, a ściślej na kolejnej stronie to niestety się nie doczekałam, a ten tom wypadł na tle innych jakość słabo. Tym bardziej mnie to zaskoczyło, bo zapowiedź na okładce wskazuje, że prawa do tej części zostały sprzedane i ekranizacja, gdzieś widnieje na horyzoncie.
Zacznijmy jednak od początku. Książka rozpoczyna się od momentu, gdy Zuza Lewandowska otrzymuje paszport i decyduje się wyruszyć na Kubę, aby wziąć udział w ślubie swego przyrodniego brata Eduardo. Pamiętajmy, że mamy sam środek Komuny w Polsce, a o wyjeździe dalej niż do DDR przeciętny obywatel mógł sobie jedynie marzyć, ne mówiąc zatem o tym, aby polecieć na setki tysięcy kilometrów na tętniącą równie komunistycznym zżyciem, choć w bardziej latynoskim wydaniu – tropikalną wyspę. Ówczesna władza dobrze zaś wie, że ma do czynienia z elementem wywrotowym, a obywatelka Zuzanna Lewandowska nie raz już zalazła jej za skórę, zatem nie może sobie pozwolić, aby wypuścić potencjalną wichrzycielkę z kraju bez jakiejkolwiek obstawy. Do tropików zostaje wysłana zatem specjalna jednostka śledząca w znanych z poprzednich części osobach w postaci kapitana Mariańskiego i kaprala Opary, którzy mają być uszami i oczami Polski Ludowej na Kubie. Misja wydaje się dość prosta, gdyby nie fakt, że mecenas Lewandowska to wyjątkowo oporny na współpracę przypadek i bynajmniej nie pokornieje na tropikalnej wyspie.
Zapowiadało się dobrze, a nawet wspaniale, prawda? Tylko jak już się czytało tą opowieść, to ani nie było do śmiechu, ani nie było interesująco, momentami było wręcz irytująco, a w innych przypadkach nudno. Kolejno wprowadzane zwrot akcji bawiły mnie swą absurdalnością i czekałam już tylko na to, żeby się nie okazało się, że oprócz krokodyli połykających ludzi w całości, czy rekina ludojada krążącego po wodach okalających wyspę, fala innych plag dotknie Polaków w tropikach. Ja rozumiem, że można podkręcić fabułę, ale są jednak jakieś granice wiarygodności. Na pewne rzeczy pewnie można byłoby przymknąć oko, gdyby było chociaż śmiesznie, ale nie było. Zamiast wybuchów śmiechu było za to często rozczarowanie i zażenowanie, niepotrzebną często brutalnością i rynsztokowym czasem poziomem dialogów.
Również sama Zuza jest tu karykaturą własnej siebie. Zagorzała przeciwniczka komunizmu, nagle na Kubie traci zdolność logicznego myślenia i w kontakcie z komunistycznym dyktatorem tarci dla niego głowę i zachowuje się jak nastoletnia podfruwajka, której hormony przejęły kontrolę nad umysłem.
Tak jak zwykle w poprzednich częściach Jacek Ostrowski świetnie balansował między elementami kryminału a humorem, tworząc niepowtarzalną mieszankę, która trzymała czytelnika w napięciu i jednocześnie bawiła, tak tym razem albo nie znalazł na ten schemat dobrego pomysły, albo do mnie jego realizacja nie przemówiła. Tym razem Zuzanna okazała się nie tak bezkompromisowa w swych jak to zwykle bywa, a górę wzięły moim zdaniem jej słabości. Niezmiennie wciąż za to lubić można pyskatą papugę, która oprócz zwrotu: „Przecz z Komuną” nauczyła się na Kubie innych równie odważnych stwierdzeń. Aż szkoda, że Zgaga, w miejsce Lewandowskiej, swoimi odważnymi tekstami nie wywołała na Kubie kontrrewolucji. To dopiero byłby zwrot akcji.
Tym razem zatem zachwycona przygodami Mecenas Lewandowskiej nie jestem, co absolutnie nie oznacza, że więcej do tego cyklu nie wrócę. Wrócę, gdyż mam nadzieję, że ten tom to jedynie wypadek przy pracy.