Mit o Medei z Kolchidy, czarodziejce, która z miłości zabiła swojego brata, by i tak porzucił ją ukochany Jazon, a potem znów zawiedli kolejni… Dzieciobójczyni, której tragiczne dzieje, kolejne zdrady i zbrodnie działają na wyobraźnię po dziś dzień. Dokonała najtrudniejszych wyborów, największych poświęceń, przeżyła morze bólu. W końcu bogowie zlitowali się nad nią i dali to, czego pragnęła najbardziej. To właśnie duch Medei prowadzi bohaterkę powieści „Medea z Wyspy Wisielców” Magdy Knedler. Tu ożywa jej postać, jej wspomnienie,jej dramatyczne dzieje, ale czy również litość opatrzności?
Dolny Śląsk, początek XX wieku. Wyspa Wisielców na Jeziorze Sławskim. To tam, przed laty, doszło do tragicznych wydarzeń. To tam wciąż mieszkają ci, którzy przeżyli tamtą zbrodnię. Ojciec i syn, właściciele majątku na przeklętej ziemi. Mada jest ich jedyną służącą. Zaradną, silną młodą kobietą, która przeżyła już wiele złego. Los nie oszczędzał jej – była zabawką dla cudzych rozkoszy, popychadłem, nic ponadto. Na Wyspie Wisielców nie jest idealnie, ale jest ciepło, ma dach nad głową, jedzenie i dobrą pracę. Nawet za cenę umizgów swojego pracodawcy. Pewnego dnia na wyspie pojawia się nowy ogrodnik Johann i pokazuje Madzie, że istnieją inni mężczyźni, inne możliwe życie u ich boku. Ale nic nie trwa wiecznie…
Rozdzierająca. Magda Knedler opierając historię swojej Medei na micie i na tragedii Eurypidesa stworzyła opowieść, która zabiera czytelników w ciemność kobiecego istnienia. Mada to kobieta, której istotę stłamszono w zarodku. Odebrano radość i beztroskę, siłą wepchnięto w dorosłość. I nic się nie zmienia, chociaż ona robi wszystko, by wyjść z tego zwycięsko. Uczy się, interesuje światem, odkłada pieniądze, ale co z tego? Jest sama, jedna, bez rodziny, bez koneksji, bez wsparcia. Jej historia to tragedia grecka w pełnej krasie, w której trudno o upragnione katharsis. Jeden z najlepszych i najdojrzalszych retellingów, jakie czytałam!