„Głód” opowiada historię dziennikarki, która po dekadzie odbiera telefon od byłego i sporo starszego od siebie kochanka, który poprosi ją o napisanie książki opowiadającej jego stronę wydarzeń. Książka bazuje na historii Gajduska, noblisty skazanego za pedoxilię, zatem od razu możemy się domyśleć „jaką stronę wydarzeń”. Obserwuję i wielu czytelników pisze, że to „wymagająca lektura” bądź, że mimo tego, że jest długa, to czytało się ją sprawnie. Ja wiem, że książek o takiej tematyce zazwyczaj nie czyta się „sprawnie”, więc od razu było w niej coś nie tak.
Już sama fabuła zwiastuje kontrowersje, moralne dylematy, rozważania na temat roli kata i ofiary. Książki opowiadają historię, zachwycają językiem, który sam potrafi stać się bohaterem historii, jest tak skonstruowany, by zamieszkać w naszej pamięci na zawsze. „Głód” jednak zrobił dla mnie tylko to - opowiedział pewną historię. Podzielił ją na kilka głosów - głos Aureli mówiący do nas z teraźniejszości w narracji pierwszoosobowej, w której posiada ona partnera i córeczkę oraz głos Aleksandra, przemawiający do nas z przeszłości również w pierwszoosobowej narracji. Niestety to, co pozostanie w mojej pamięci to dość pretensjonalny język, zwłaszcza w części opowiadanej z perspektywy Aureli, często przetykany oczywistymi porównanymi, niekiedy wtrącanymi w nawias; nawias, który mógł spokojnie być wielokrotnie pominięty.
Dawno nie poznałam tak irytujących bohaterów jak Aurelie oraz Alexander. Aurelie traciła mój szacunek wielokrotnie, a szczególnie, gdy opisywała, jak to chciałaby wyrzeźbić na nowo ciało swojego eks kochanka pexofilia, dziś już starszego mężczyzny, i ze strony na stronę czytelnik traci szacunek do narratorki - czy takie było zamierzenie autora? Myślę, że nie, to po prostu jego kiepski warsztat pisarski. „Twój zasób empatii kulturowej się wyczerpał” mówi o sobie Aurelie pewnego razu siedząc w restauracji w Etiopii, gdzie po raz kolejny ktoś próbuje ją naciągnąć. Ja mam wrażenie, że całej tej książce brakuje empatii kulturowej. Zwróćmy uwagę właśnie na to, że tematem tej książki powinien być też głód i problemy krajów trzeciego świata, a bohaterem tej książki okazuje się ostatecznie wyłącznie relacja pomiędzy Aurelią i Alexandrem.
Czytając odczuwałam silnie wrażenia obcowania z „tanią sensacją”, która ponownie posiłkuje się tematem wykorzystywania „małych” przez „wielkich”. Mogło to być ciekawe studium silnej osobowości, która omamiła wielu, i ofiar, które nie potrafią uciec od sideł zgrabnego manipulatora. „Głód” pozostał jednak dla mnie wydmuszką potencjalnie wielkiej opowieści. Czy czuję, że zmarnowałam czas na tę dość sporą lekturę? Oczywiście, że nie. Trzeba czytać wiele książek, by wiedzieć, które do nas przemawiają, a które szybko ulecą.
Co z językiem i odniesieniami do wielkich, takich jak Nabokov, Joyce czy Woolf? Że jest tu niby obecny pastisz czy parodie. Nie ratują tej książki. Zamienia nie tylko narratorów, style, ale i formy pisania. Powieść przeplata się z dziennikiem, czasami natrafimy w nim na wiersze, a w pewnym momencie trafia się nagle fragment scenariusza. Wszystkiego za dużo i nad wyraz. Trudno znaleźć cel, któremu miałoby to służyć, oprócz konfundowania czytelnika.
Gdy książka przechodzi w wywody skazanego Aleksandra Laszlo, które w niebezpieczny sposób próbuję tłumaczyć pexofilię, to przychodzi ogromna ochota, by odłożyć resztę tej książki. Nie można zakładać, że literatura jest tylko fikcją i nie wpływa na czytelnika, ten fragment wzburzył mnie chyba najbardziej, bo tak bardzo normalizuje przemoc se*ualną, zwłaszcza tłumacząc to brakami w edukacji dzieci a zbyt dużą pruderią i paranoją dorosłych w dzisiejszych czasach. Posuwa się do takich stwierdzeń, że pierwsze słowa Koranu przyszły do Mahometa wskutek głodu se**ualnego, a Jezus był najsłynniejszym niewyoutowanym gejem otoczonym dwunastoma przyjaciółmi i Marią Magdaleną jako przykrywką. W tej części narrator zwraca się do czytelnika bezpośrednio, wspólną drogę po swoich teoriach nazywa „wspinaczką” i zachęca, byśmy wspinali się z nim wciąż wyżej i wyżej, jakoby odważyć się na rozważenie coraz śmielszych teorii dotyczących se**ualności w różnych częściach świata. Nie spotkało się to z moim zachwytem, ta bezpośredniość i sztucznie wykreowany zwrot do czytelników, który może miał na celu załagodzić kontrowersyjność tej części książki, nie tylko nie przekonały mnie a przybliżyły się niebezpiecznie do normalizacji przemocy.
Podanie definicji pexofila jako miłośnika dzieci było jednak chyba najgrubszą przesadą. Mogłabym tak przytaczać wiele przykładów absurdów, ale jest ich tak wiele, że stałoby się to czystym spoilerem. A tak, uwierzcie, pozostaje jeszcze wiele do odkrycia w tej książce. Ja mimo wszystko jestem bardzo ciekawa odbioru tej książki i śledzę każdą opinię jaka się na jej temat pojawia. Ja odkładam ją jednak jako przeczytaną z rozczarowaniem nie tylko tematycznym, ale przede wszystkim literackim.
Próbka języka książki:
„W chwilach takich jak te Aurelie odczuwała duchową pustkę, co przypominało jej bohaterów kreskówek, takich jak kojot ze Strusia Pędziwiatra, który kolejny raz wpada w przepaść i przez-dwie sekundy zawisa w powietrzu, zanim runie w dół. Bip, bip… Aurelie wciąż była zawieszona nad przepaścią, stopami inteligencji szukała podparcia, czuła jednak, że prawdziwe zrozumienie nie jest już w jej zasięgu, i wówczas spadała pionowo w otchłań.”