No cóż, smutno. Smutno, że skończyła się moja przygoda z janąkippo i trylogią Karin Smirnoff, z którą spędzałam każdy styczeń przez ostatnie trzy lata. Dość osobliwe, prawda? Po przeczytaniu ostatniej strony pierwszego, ale i drugiego tomu od razu chciałam rzucać się na tom kolejny. Ale trzeba było czekać. A gdy ten kolejny tom się pojawiał, odkładałam go na półkę. Do stycznia. Bo gdy nadchodził styczeń od razu, podświadomie, jakoś tak instynktownie, trzewnie - chciałam do janykippo i jej szweckiego, przedziwnego, trochę paskudnego, przygnębiającego, rozsrożonego świata.
I osobliwe jest również to, że książki tak niekomfortowe fabularnie, mogą okazać się tak komfortowe w odbiorze. Bo trylogia Karin Smirnoff jest właśnie mnie takim comfort bookiem.
W trzeciej i ostatniej części, "Wracam do domu", sporo jest zapętleń, zakończeń, może nawet wyjaśnień wynikających z retrospekcji. Dużo sztuki, trochę rozrachunków. Są straty, jest przemoc. Jest też śmierć, dużo tego odchodzenia, ale jest też ciągłość i pewna zgoda. Porządek. Mniej buńczuczności jest w janiekippo w tej ostatniej części, więcej spokoju i łagodności, może ciekawości i otwartości. Podoba mi się ta perspektywa, to mierzenie się z kresem, trwałość uczuć i stałość obecności.
Nie przebije tej trylogii żadna inna pozycja - tak czuję - w kontekście zarówno stylistycznym, jak i psychologicznym. Tego lapidarnego, bezkompromisowego języka tak spójnego z umysłem narratorki i całym światem przedstawionym. Bardzo nietuzinkowa rzecz, jedyna w swoim rodzaju, zdumiewająca, pokręcona, niepowtarzalna.
Będzie we mnie tęsknota za tym literackim światem.