„Zanim nadejdzie świt” przekonało mnie do siebie głównie tym, że książka ma klimat filmu „Jumanji”, którego jestem ogromną fanką. I wiecie co? Czytając tę książkę, faktycznie da się to odczuć. Jednak pomimo tego, że jestem dużą fanką „Jumanji”, tak „Zanim nadejdzie świt” nie zrobiło na mnie jakiegoś większego wrażenia.
Opis książki intryguje, nie ma co ukrywać. Piątka dzieciaków, które kiedyś rozpoczęły grę, której jedno z nich nie przetrwało. Po czterech latach duch ich zmarłego przyjaciela, którego pozostawili na śmierć, wzywa ich, aby ukończyli grę. Ich głównym celem jest sprowadzenie Iana do domu. Ponownie wracają do tunelu, w którym ich przyjaźń się rozpadła. Nic nie jest takie samo, w końcu na przestrzeni lat się zmienili, jednak gdzieś w głębi duszy każde z nich pamięta, jak wspaniałą i silną więź kiedyś ze sobą mieli. Owen, Emerson, Dax i Madeline rozpoczynają grę na śmierć i życie, a stawka jest ogromna, bo albo sprowadzą Iana do domu, albo pozostaną razem z nim w świecie gry już na zawsze.
Pomysł na fabułę był genialny, autorka zadbała o szczegóły i fantastyczne elementy, których czasami było tak dużo, że aż się gubiłam. Minusem dla mnie są długie rozdziały książki, które czasami liczą po 50/60 stron, a to sporo… Niektóre z opisów też mnie nudziły, muszę przyznać, że nie było ich mało, jednak z drugiej strony jest to fantastyka, więc autorka musiała wszystko idealnie opisać, aby jak najlepiej przybliżyć czytelnikowi wykreowany przez siebie świat. Niektóre z nich przyprawiały mnie o ciarki, nie spodziewałam się tak krwawych i brutalnych (w granicach przyzwoitości jak na książkę 14+) scen. Jak czytałam tę książkę w nocy i nagle na całej ulicy wysiadł prąd, to muszę przyznać, że lekko się zlękłam, bo mimo wszystko w jakiś sposób wpłynęły one na moją psychikę.
Kilka perspektyw w książce to coś, co ubóstwiam, a tutaj właśnie tak jest. Mamy rozdziały napisane oczami każdego z bohaterów w narracji trzecioosobowej, więc to uważam za zaletę tej historii. W dodatku każdy z bohaterów ma zupełnie inny charakter, co widać gołym okiem.
Jeśli chodzi o relacje romantyczne, to nie ma ich tutaj sporo, raczej jest to wątek poboczny, a historia bardziej skupia się na przyjaźni bohaterów. Dla mnie to akurat jest bez różnicy, jednak wiem, że nie każdy lubi czytać książki bez głównego wątku romantycznego, więc o tym wspominam.
Muszę przyznać, że najbardziej wkręciłam się w historię, kiedy zostało mi jakieś 100 stron do końca. Wtedy podziały się takie zwroty akcji, że do tej pory staram się zrozumieć, co się właściwie wydarzyło, a czytałam o nich z otwartą buzią, bo szczęka mi opadła z wrażenia. Chyba jedne z lepszych plot twistów, o których czytałam w całym swoim życiu.
Zakończenie jest dla mnie jedną wielką zagadką i zastanawiam się, czy będzie jakaś kontynuacja tej książki, bo tak wywnioskowałam po ostatnim zdaniu historii. Jeśli tak, koniecznie po nią sięgnę, bo mimo że książka mnie czasami nudziła, to bawiłam się przy niej całkiem dobrze, a pragnę poznać odpowiedzi na pytania, które zrodziły się w mojej głowie.