Jump to ratings and reviews
Rate this book

Hanka. Opowieść o awansie

Rate this book
Najpierw była Albina. Skończyła parę klas w wiejskiej szkole, na więcej nie pozwolił jej ojciec. Potem Hanka – już z maturą, pracowniczka biurowa kopalni, w młodości nawet sportsmenka. A po Hance – Maciek, absolwent dobrych studiów, miejska inteligencja. Pozornie brzmi to jak modelowa historia awansu na tle XX wieku. Jednak przez kolejne strony tego autobiograficznego eseju przewija się niepokojące pytanie: czy to rzeczywiście był awans? Bo przecież żeby mówić o swoim lepszym życiu, trzeba założyć, że poprzednie było gorsze. A kiedy uznaje się, że wreszcie zostało się kimś, to zakłada się przy tym milcząco, że poprzednicy w sztafecie pokoleń byli nikim.

Maciej Jakubowiak na warsztat bierze swoją rodzinę, ale własna historia jest dla niego punktem wyjścia do przyjrzenia się awansowi społecznemu w szerszym ujęciu. Jaką rolę naprawdę odgrywają w nim edukacja, państwo, praca? Co nam po nim zostaje: opowieści rodziców i dziadków, stosunek do pieniędzy i podróży, a może brzuch? I jak opisać to, że choć jest lepiej, to może nie do końca się udało?

328 pages, Hardcover

First published February 14, 2024

22 people are currently reading
384 people want to read

About the author

Maciej Jakubowiak

7 books5 followers

Ratings & Reviews

What do you think?
Rate this book

Friends & Following

Create a free account to discover what your friends think of this book!

Community Reviews

5 stars
91 (31%)
4 stars
112 (39%)
3 stars
67 (23%)
2 stars
16 (5%)
1 star
1 (<1%)
Displaying 1 - 30 of 42 reviews
280 reviews19 followers
February 28, 2024
Nie planowałam czytać, ale mojej mamie bardzo się spodobała, więc byłam zaintrygowana. Nie jestem czytelniczką docelową. Nic nowego z tej historii nie wyniosłam. Miałam przemożne wrażenie, że autorowi udało się dostać kilka stypendiòw na ludową zahaczkę, która jest teraz modna, więc liznął powierzchownie kilka tematów, usiłując zrobić z życiorysem swojej matki i babki coś takiego, jak Aleksandra Zbroja w Mireczku zrobiła z alkoholizmem swojego ojca. W moim odczuciu nie wyszło. Za to odniosłam wrażenie, że autor ma straszne kompleksy, i choć pozuje na samoświadomego i pełnego pokory, to jest to właśnie poza. Namęczyłam się, było pretensjonalnie i nie polecam.
Profile Image for Łucja.
45 reviews11 followers
February 17, 2024
Przeczytałam, bo myślałam że to będzie coś świeżego i nowego. Uwaga: nie było. Esej często zalatuje typowym rozżalonym gadaniem, że to, że tamto. Ciężko stwierdzić czy książkę napisał z żalu do Matki i Babki, czy z szacunku dla ich pracy (raczej nie).
Denne narzekanie na swój smutny los lat 90. i 2000-nych, bez polotu ani większej puenty. Awans jest, bo rozwój jest i tyle?
Trzeba przyznać, język naprawdę dobry, a czasem nawet empatyczna, wrażliwa analiza dawnych wydarzeń, jednak rzadka. Fajne tezy o edukacji, wiedzy, kulturze i całej próżności, ale całą tą książką udowadnia, że do takiego modelu właśnie dąży i wstyd mu Matki i Babki, że takie nie były
Profile Image for 365_ksiazek.
622 reviews42 followers
March 13, 2024
Albina, Hanka, Maciej. Trzy pokolenia, trzy biografie i trzy szczeble na drabinie awansu. Albina skończyła kilka lat podstawówki, jej wnuk, Maciej, skończył studia doktoranckie. Sztafeta międzypokoleniowa trwa. To kontinuum. Zmieniają się generację, a karawan idzie dalej, czerpiąc z tego co inni wykombinowali lub nabroili. Rodziny wywierały na nas presję, by coś osiągnąć, by żyć inaczej niż oni, by było nam łatwiej. Tymczasem dorosłość przyniosła czasem spore rozczarowanie. Bo po co to wszystko było, na co, dlaczego…

To tekst o edukacji. O jej znaczeniu, obietnicach i kosztach. Miała nas uszczęśliwić i uwolnić od trosk, które doskwierały naszym rodzicom i dziadkom. Okazało się, że to nie do końca prawda. Bo czym tak naprawdę jest wykształcenie? Co ono nam daje?
To przede wszystkim refleksja nad awansem, jako takim. Czy edukacja jest to drogą do celu? Czy faktycznie zmieniają się nasze warunki życia?
Ten tekst jest pełny rozczarowań. Każdego po trochu i wszystkim po trochu.

Mamy tu biografię, esej i powieść w jednym. Historia Hanki jest tylko pretekstem do opowiedzenia o historii pokolenia. Maciej Jakubowiak rozkłada historię swojej rodziny na czynniki pierwsze. Przygląda im się dokładnie. Wyłapuje te niuanse, zbiegi okoliczności, które sprawiły, że ich losu potoczyły się tak, a nie inaczej. Eksploruje cały ten obszar, by dopuścić do głosu beneficjentów tego awansu. Niekoniecznie wygranych tej sztafety.
Jest to na pewno głos pokolenia. Głos ludzi, którzy uwierzyli w słowa swoich rodziców. Są tam fragmenty mojej biografii i Twojej biografii.
Moim zdaniem bardzo warto. Bardzo dobra książka.

"Mama była nikim. Tak się prze­cież mówi: nikim takim, nikim waż­nym, nikim, kim trze­ba by się przej­mo­wać, nikim war­tym uwagi. Uro­dzi­ła się, uczy­ła, upra­wia­ła tro­chę spor­tu, długo pra­co­wa­ła, głów­nie w ślą­skich ko­pal­niach węgla ka­mien­ne­go (nic z tego, nie wal­czy­ła z ko­mu­ną), wzię­ła ślub, wzię­ła roz­wód, miała dzie­ci, trud­ny cha­rak­ter, lu­bi­ła se­ria­le, cho­ro­wa­ła, umar­ła. Na­praw­dę, nic spe­cjal­ne­go. Nie wy­róż­ni­ła się, nie była naj­lep­szą lek­ko­atlet­ką (a nawet jeśli, to krót­ko i nic z tego nie wy­szło), nie była naj­gor­liw­szą urzęd­nicz­ką (a przy­naj­mniej tego nie od­no­to­wa­no), nie do­ro­bi­ła się, wprost prze­ciw­nie. Ale nie po­nio­sła też klę­ski, w końcu wy­cho­wa­ła trój­kę dzie­ci, po­sła­ła je w świat, miała miesz­ka­nie (ku­pio­ne dzię­ki spo­rej uldze i z po­mo­cą ro­dzi­ców), tro­chę mebli i nie­spła­co­nych kre­dy­tów. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Sprawdź­cie w en­cy­klo­pe­dii, w słow­ni­ku bio­gra­ficz­nym, w ka­ta­lo­gu ksią­żek. Sprawdź­cie po pro­stu w in­ter­ne­cie. Nic z tego, nikt.
To zna­czy, jasne, że mama była kimś. Dla mnie, dla mojej sio­stry i mo­je­go brata była kimś, pew­nie, i to jak". Tamże, s.7.

"Tyle moż­li­wo­ści, a Hanka nie wy­bra­ła żad­nej. Nie po­sta­ra­ła się. O czym więc tu pisać? Jak opo­wie­dzieć o życiu kogoś, kto nie sta­wił oporu hi­sto­rii? Kto nawet nie na­ru­szył gład­kie­go grzbie­tu wiel­kiej fali, która prze­la­ła się przez drugą po­ło­wę XX wieku, a od­pry­ska­mi się­gnę­ła po­cząt­ku XXI? Kto, prze­ciw­nie, dawał się uno­sić – nawet nie to, tu nie było żad­ne­go wy­ra­ża­nia zgody, ra­czej: kto był uno­szo­ny, do tego stop­nia, że gdyby po­pa­trzeć z da­le­ka, nie do­strze­gło­by się wcale, że coś tam jest. Ktoś. Hanka". Tamże, s. 9-10.

Egzemplarz otrzymałam od wydawnictwa.
Profile Image for Weronika.
18 reviews
January 9, 2025
Tylko mężczyzna potrafi napisać książkę o kobiecie i nie napisać o niej nic...

Książka nie wnosi nic konkretnego do dyskursu klasowego, jest pełna pretensjonalnych skrzydlatych słów i dziwnych prób moralizacji. Autor wykreował postać Hanki w tak bezpośredni sposób, że nie da się nawet udawać, że wierzę w prawdziwość jego opowieści. Zdecydowanie za dużo dopisywania przez Jakubowiaka własnych historii do wydarzeń, o których nie wie wszystkiego, za dużo gdybania i wchodzenia w głowę matki jak na esej o awansie.

Jedynym plusem jest język i ciekawe odwołania do innych tekstów kultury.
Profile Image for Maja.
108 reviews2 followers
August 14, 2024
Mam wrażenie, że autor chciał napisać książkę zawierającą jego życiorys, ale jednocześnie nie chciał wyjść na zbyt wielkiego narcyza i uznał, że doda kilka dodatkowych wątków dla zmyłki.
Profile Image for (zosia).
16 reviews
March 16, 2025
Eribon po polsku w śląskiej wersji.
,,Potrzebowałem czasu, zanim przemówiłem we własnym imieniu.”
,,Babcia Albina wierzyła, że Bóg przemawia do niej za pośrednictwem kamery monitoringu wizyjnego, którą podczas remontu zamontowano w kościele parafialnym w Żorach (..) Pali się: wysłuchane; nie pali: niewysłuchane.”
Profile Image for Kamila.
24 reviews3 followers
August 16, 2024
9,5/10


Póki co moja ulubiona książka 2024 roku! Świetnie kontekstuje z wieloma utworami.
Z pozoru opowieść o życiu dwóch najważniejszych kobiet w życiu autora - matki i babci - w praktyce opowieść o nim samym. Świetnie osadzona w kontekście społecznym i kulturowym. Skłaniająca do wielu refleksji o awansie, statusie społecznym czy możliwościach jakie stwarzają nam rodziny na tzw. „dobry start”. Historia babci autora, która dokonuje największego awansu jest po prostu wyjątkowa.

Totalnie nie zgadzam się z tezą, że Jakubowiak jest polskim Eribon’em! Jest milion razy lepszy! Chociażby dzięki swojej autorefleksji i empatii.
Profile Image for Szymon.
200 reviews13 followers
August 25, 2024
Bardzo solidny esej o Polsce, zmianach, awansie społecznym, rozwoju, ale też o rodzinie, relacjach i tym co wokół. Trochę taki polsko-śląski Mix "Powrotu do Reims" z "Elegią dla Bidoków", z domieszką Marcina Wichy.
Niektóre watki trochę niepotrzebnie eksploatwoane (po co w każdym rozdzielę ta Hana?), ale ogółem naprawdę solidana robota. Więcej takich książek by się przydało.
Profile Image for Nikola Maniaczka Książek.
285 reviews2 followers
April 29, 2024
Płakać mi się chciało, kiedy myślałam sobie, że muszę kontynuować tę książkę.
Przez to słabe dzieło, stanęłam w miejscu z książkami na całkiem długo.
Niestety, nie mogę chyba napisać nic dobrego, bo niektóre fragmenty były okropnie słabe, a inne po prostu bardzo średnie.
Nie polecam, nie ma komu. Chyba, że kogoś obchodzi życie autora, jego matki o babki, bez żadnego głębszego dna (znaczy autor to chyba chciał, żeby tam jakieś dno było, tylko bardzo nieudolnie to wyszło).
Profile Image for Wiktosia.
4 reviews
January 6, 2025
Okropnie mnie zmęczyła ta książka. Jak dla mnie przegadana, moim zdaniem autor kilka razy skręcił w inną stronę, niż spodziewałabym się po tytule. Wolałabym stuprocentową opowieść o osobistym doświadczeniu kobiet – niech już będzie opowiedziana przez mężczyznę – niż taki przydługi esej popularnonaukowy, bo niektóre liczby, badania, statystyki czy cytaty z innych książek zaburzały mi lekturę. Nie wiem, czy to duma z rodzinnej historii, czy próba leczenia kompleksów przez autora.
Profile Image for Marta Klimczak-Uzdowska.
38 reviews3 followers
June 2, 2024
Dobrze i wartko się czyta. Podobała mi się barwność opisu zachowań, reakcji i anegdot dotyczących tytułowej bohaterki, a także jej matki. Tylko wydaje mi się, że to raczej dobra i niepomnikowa, ale też nieoskarżycielska opowieść o matce, a awans - nawet mimo nakierowanej na niego narracji - pojawia się tu trochę mimochodem. A jeśli staje się przedmiotem refleksji, ta bywa pretensjonalna.
Profile Image for Anna.
35 reviews
May 5, 2025
Czyta się dość dobrze, ale wciąż jest to pewne siebie monolowanie chłopa o dwóch kobietach, którym wielu pytań nie zdążył zadać. Łatwo jest pisać o martwych: nieprzypadkowo żyjące rodzeństwo prawie tu nie istnieje. W jednym z rozdziałów autor przyznaje, że nie ma poczucia humoru. I to, oraz spowodowany tym brak dystansu do siebie, jest chyba większym problemem książki.
Profile Image for Błażej Pakuła.
169 reviews17 followers
March 3, 2024
Dobrze, że doczekaliśmy się polskiej książki w typie Ernaux. Historia obejmuje de facto 3 pokolenia i ułożona jest tematami, co czasem utrudnia uchwycenie chronologii.
2 reviews
November 3, 2024
Jak dla mnie, to niewykorzystana okazja, a wrecz niedotrzymana obietnica. Jeśli miała to być opowieść o awansie, to powinna wprost mówić o losach i odczuciach pana Macieja, który de facto go doświadczył. A jego dorosłe losy są ledwie wspomniane. Po obiecującej pierwszej połowie, zawierającej sporo ciekawych informacji i przemyśleń, druga zdecydowanie mnie zawiodła. Analizy niepotwierdzonych hipotez, alternatywne losy nieistniejącej Hany- zupełnie niepotrzebne. No cóż, może doczekamy się kiedyś odważniejszej autofikcji w tym temacie.
Profile Image for Fryderyk Franciszek Adam.
88 reviews30 followers
December 9, 2024
Nierówna straszliwie, niektóre fragmenty poruszyły mnie do żywego i uważam, że je każdy powinien przeczytać; inne zaś zdały mi się być zbędnemi dłużyznami i nudziły mnie potwornie. Najszczególniejsze i najtrafniejsze jak dla mnie są tu wszelkie rozmyślania na temat wielopokoleniowej biedy oraz ciała (też dziedziczonego). Warto przeczytać mimo wszystko, specyficzna pozycja.

"Może w gruncie rzeczy, pomyślałem, o to chodzi w religii. O tę cudacznie karnawałową fantazję, że najgorsza bieda może się zmienić w nieograniczone bogactwo. Nawet nie tyle zmienić, ile stać się jego warunkiem wstępnym, przedsionkiem, podstawą, tak jak uboga stajenka jest samym sercem okazałej szopki. Patrząc na nią, mieszkańcy galicyjskich wiosek, usiłujący jakoś przetrwać zimę, mogli naprawdę uwierzyć, że ten ich beznadziejny wysiłek pozwoli im kiedyś zakosztować takiego bogactwa, jakiego nawet na zamku wawelskim nie widzieli. Może tak samo kombinowali rybacy, pasterze i pracownice seksualne z rzymskiej prowincji Judei w czasach panowania cesarza Tyberiusza: że ich nędza zapewni im wstęp do królestwa lepszego niż imperium, w którym akurat żyją. Może w gruncie rzeczy w religii chodzi o to, żeby się wzbogacić. To stąd brałaby się ta rozbudowana i okazała architektura królestwa Bożego, stąd obrazy niewyczerpanych uczt przy stole Pańskim, stąd te wszystkie trony, pokłony i podobizny Chrystusa Króla. Wyobrażenia o niebiańskim bogactwie zrobione z tego, co na ziemi.
Nie odkryłem niczego nowego. Podobną intuicję miał przecież Kazimierz Norski, ten birbant i bawidamek z Emancypantek, który uwodził niewinne dziewczęta, popisując się przed nimi materialistycznym światopoglądem. „Nie mogę oprzeć się przypuszczeniu — mówił do panien — że pozaświatowe teorie są obmyślone dla pociechy biedaków, przed którymi świat jest zamknięty. Nadzmysłowość ma wynagrodzić głód, jakiego doznają ich zmysły... Ludzie jednak, dla których przystępne są powaby doczesności, okradają samych siebie, jeżeli tracą czas na podobnych spekulacjach... Jest to to samo, jak gdyby ktoś spragniony wzdychał do malowanej brzoskwini, zamiast zjeść świeżą z puszkiem...”. Norski też przecież sam tego nie wymyślił, cytował pewnie jakieś zasłyszane opinie, choć niewykluczone, że któryś z jego bardziej oczytanych kolegów faktycznie trzymał w rękach Przyczynek do krytyki heglowskiej filozofii prawa napisany przez Karola Marksa. To tam padają te często cytowane słowa o religii jako opium, ale rzadko przytacza się dłuższy fragment, z którego jasno wynika, że Marks rozumiał, skąd się biorą i czemu służą religijne fantazje, i że niekoniecznie są wyłącznie narzuconym ludowi kłamstwem: „Nędza religijna jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu. Prawdziwe szczęście ludu wymaga zniesienia religii jako urojonego szczęścia ludu. Wymagać od kogoś porzucenia złudzeń co do jego sytuacji, to znaczy wymagać porzucenia sytuacji, która bez złudzeń obejść się nie może. Krytyka religii jest więc w zarodku krytyką tego padołu płaczu, gdyż religia jest nimbem świętości tego padołu płaczu”.
Ta myśl, choć przecież stosunkowo prosta, najwyraźniej domaga się ciągłego aktualizowana, bo sto siedemdziesiąt lat po Marksie i sto dwadzieścia po Norskim rozwijali ją amerykańsko-brytyjscy politolodzy Pippa Norris i Richard Inglehart w książce Sacred and Secular, w której przekonywali, że potrzeby religijne rosną w społecznościach, w których panuje niski poziom bezpieczeństwa egzystencjalnego, natomiast zanikają, kiedy ten poziom wzrasta. Gdy życie ludzi podlega nieprzewidywalnym zdarzeniom, na które nie mają wielkiego wpływu, wtedy chętniej zaczynają wierzyć, że światem rządzą jakieś zewnętrzne moce, które być może dałoby się chociaż obłaskawić. Kiedy natomiast poziom dobrobytu wzrasta, a państwo organizuje publiczną ochronę zdrowia, bezpłatne przedszkola i szkoły, a do tego sprawną komunikację miejską, nikt już nie potrzebuje się przejmować kapryśnymi bóstwami.
Religia rozumiana jako marzenie o awansie jest genialnym wynalazkiem. Z jednej strony pozwala jakoś znosić codzienny znój, choroby, nieszczęścia, beznadzieję i biedę, które są tylko przejściową fazą w drodze do niewyobrażalnego bogactwa; taka religia to wynalazek biedaków. Z drugiej strony podtrzymywanie wiary w to, że każdy może zasłużyć na bogactwo, działa jak uśmierzający narkotyk na tych, którzy bez takich perspektyw mogliby zawalczyć o dostatek innymi środkami; taka religia to wynalazek bogaczy. To oczywiście jedna i ta sama religia. Może dlatego tak długo i w tak różnych formach utrzymuje się w ludzkich społecznościach, bo za jednym zamachem obsługuje dwie tak skrajnie przeciwstawne potrzeby: rządzenia i bycia rządzonym.
Ten mechanizm działa nawet wtedy, kiedy religia ukrywa się pod innymi nazwami: metafizyki, postępu, rozwoju gospodarczego. To dlatego mała Tove Ditlevsen w Trylogii kopenhaskiej ma problemy z odróżnieniem Pana Boga od Thorvalda Stauninga, duńskiego socjaldemokraty, który obiecywał klasom robotniczym poprawę życia, „chociaż — jak sama pisze — ojciec mówi, że mam nie wierzyć w Pana Boga, bo kapitaliści zawsze wykorzystywali go przeciwko biednym”. Historyjka o pucybucie stającym się milionerem albo o biedaku, który trafia szóstkę w lotto, okazywałaby się tylko trochę innym ujęciem tej samej opowieści, którą inscenizuje krakowska szopka".

“Można by to ująć na wiele sposobów albo odwlekać w nieskończoność, ale miejmy to już za sobą: Hanka potrafiła się wkurwić. Lont miała krótki: błyskawicznie zaczynał się żarzyć, słowa nabierały twardości, twarz tężała, decybele rosły, po chwili wybuchało. „Co ty sobie myślisz – wydzierała się – że wszystkie rozumy pozjadałeś?!”, a na boku, jak do niewidzialnego trybunału, dorzucała, choć raczej nie teatralnym szeptem, swoje „wyżej sra, niż dupę ma”. Twarz robiła się jej od tego czerwona, ręce latały, było trzaskanie drzwiami, otwieranie tych drzwi, przypominanie, że „to wciąż moje mieszkanie” i że „możesz się wyprowadzić, jak ci się nie podoba”, potem znowu trzaskanie, a pod koniec, tuż za apogeum, już na krzywej opadającej: „Matki nie szanujecie”, „Jestem dla was nikim” i klasyczne „Zamknijcie mnie najlepiej w komórce”. To znaczyło, że Hanka nie ma już amunicji, że argumenty jej się wyczerpały, a my, któreś z nas, wygrało.
Bo my też się wydzieraliśmy. Pod tym względem panowały w domu relacje partnerskie: kiedy Hanka wybuchała, to i my wybuchaliśmy, a choć przebąkiwała coś o tym, „jak się do matki odzywasz?”, to przecież wystarczyło sparować prostym: „Jak się odzywasz do dziecka?”. W ogóle to była szkoła błyskawicznej riposty, szybkiego myślenia, wynajdywania błyskotliwych argumentów, stosowania podstępu, ironii i wojowniczej retoryki, która potem sprawiła, że tak uwielbiałem wszelkie debaty na seminariach i w panelach dyskusyjnych. Wymyślało się je, te argumenty, a im byliśmy starsi, tym częściej Hanka przegrywała. Choć kiedy drzwi trzaskały po raz ostatni, odgradzając od siebie rozgrzane złością ciała, to przecież wiedzieliśmy, i my, i Hanka, że tak naprawdę przegraliśmy wszyscy.
O co zwykle szło? O głupoty oczywiście. O nasze wyjścia z domu i nasze powroty. O to, o co chodzi każdej matce, która traci kontrolę nad dziećmi. O to, że czasem się w czymś nie zgadzaliśmy albo że wiedzieliśmy lepiej. O to, że jej życie poszło nie tak, jak sobie wyobrażała. Że brakowało jej słów, więc tymi, które jej zostały, musiała podkręcać głośność. I o pieniądze, których ona nie miała, a my chcieliśmy. Ale może najbardziej chodziło o jej bezsilność, której musiała przecież dać jakiś upust, a na kim innym miała się wyładowywać, jeśli nie na swoich dzieciach?”.

“Gniew to domena biedaków. Jak ktoś nieustannie zmaga się z przeciwnościami i nie jest w stanie przewidzieć, co z nim będzie pojutrze, to w jego organizmie bez przerwy utrzymuje się podwyższony poziom kortyzolu (co przy okazji wywołuje problemy z nadwagą). Niższy jest z kolei zwykle poziom serotoniny, nazywanej hormonem szczęścia, która w sytuacjach stresowych może niwelować skutki działania ciała migdałowatego i wzmacniać funkcje kory przedczołowej. Im człowiek szczęśliwszy, tym mniejsze szanse, że wybuchnie gniewem, i na odwrót: im bardziej jest przygnębiony, tym częściej się złości. W dłuższej perspektywie prowadzi to do zaburzeń nastroju, depresji i źle wpływa na relacje z innymi: badania pokazują, że im ubożsi rodzice, tym ostrzejsi w wychowywaniu swoich dzieci. To jak u Annie Ernaux, która w Latach opisuje funkcjonowanie matki i ojca: „Wszystko robić gwałtownie, czy chodziło o złapanie królika za uszy, pocałunek czy przyciśnięcie dziecka do łona. W czasie kłótni to wpadać do domu, to z niego wypadać, przestawiać krzesła”.

“Właśnie stąd, z doświadczenia utraty kontroli, bierze się powracająca w opisach biedy niepewność własnego ciała, która sprawia, że wydaje się ono zawsze nie na miejscu, koślawe, źle ułożone, nieadekwatne, i idąca za tym niepewność własnych słów, które wciąż chciałoby się korygować, nerwowo przy tym chichocząc i zdając sobie sprawę, jak okropny efekt to wywołuje, a przez to stresować się jeszcze bardziej. Niepewność, do której również w Pokorze przyznaje się narrator: „[...] mówię za cicho albo za głośno i wciąż mam wrażenie, jakbym gadał od rzeczy, a kiedy przy stoliku zakładam nogę na nogę, to za każdym razem wychodzi to głupio i natychmiast ją ściągam, co również wychodzi głupio”. Bo takie ciało, które co chwilę wybucha i nie da się nad nim zapanować, jest zwyczajnie głupie.

“Tak kij, jak i moje własne ciało
Stanowią przyczyny mojego cierpienia
Mój oprawca wyciągnął kij, a ja stworzyłem swoje ciało.
Na kogóż powinienem skierować swój gniew?”.

“W każdym razie książka zadziałała. Miałem te szesnaście lat i podzielałem przypuszczenie autora, że zmiana świata może się okazać nieskuteczna, więc lepiej zmienić siebie. I odtąd ćwiczyłem się w cierpliwości, a kiedy przychodziło co do czego i Hanka wybuchała, to głęboko oddychałem, myślałem o złożoności świata i winę brałem na siebie, no, powiedzmy, że część winy. Uzdrowiłem ten gniew, a przynajmniej tak mi się zdawało, bo jakoś w tym czasie dostałem się do liceum, tego lepszego, i chyba przeczuwałem, że nie będę już mógł sobie pozwalać na wybuchy gniewu, napady histerii, wkurw. W każdym razie to wtedy zdałem sobie sprawę, że chciałbym być kimś innym, niż jestem, kimś lepszym, a żeby to się powiodło, będę musiał nad sobą pracować, bo jak przekonywał Dalajlama, gniew, tak jak niewiedza, są nam przyrodzone i tylko świadoma decyzja może sprawić, że je przezwyciężymy. A kiedy to się z grubsza udało, kiedy zdobyłem wiedzę i uspokoiłem emocje, wtedy znów doceniłem gniew. Zdałem sobie sprawę, że całe to komplikowanie obrazu świata, choć przecież całkiem przekonujące, często okazuje się również wymówką, żeby nic nie robić, a branie winy na siebie to wymarzony scenariusz dla tych, którzy faktycznie powinni coś zrobić, ale nie mają ochoty”.

“Najpierw to we mnie narasta, a potem wybucham, rzucam słowami, macham rękami, a z uszu leci mi para. Niewykluczone, że do emocji mam stosunek emocjonalny”.

“Ale wcześniej, kiedy wkraczałem na ścieżkę uzdrawiania gniewu, kolejne wybuchy Hanki sprawiały, że coraz bardziej się od niej oddalałem. A gdy nie reagowałem na awantury, to pewnie myślała, że wyhodowała sobie w domu kolejną Albinę, i jeszcze bardziej się irytowała. Bo chyba w jej wypadku sprawdzały się słowa Dalajlamy, że „gniew zjawia się jako opiekun, jako przyjaciel, który ma nam pomóc w bitwie lub zemście na osobie, która nas skrzywdziła. Stanowi więc on dla nas swego rodzaju tarczę obronną”. Choć Hanka raczej nie podpisałaby się pod końcówką tego zdania, że ta tarcza „w istocie jest czystą iluzją”.

“Hanka wolała mieć pewność, że jej nie lubią, niż znosić dwuznaczności. Tak było z kuzynami i kuzynkami, których miała mnóstwo, z niektórymi spędziła najlepsze lata dzieciństwa, ale tak się od nich odsunęła, że w końcu nie miała z kim porozmawiać. Tak było z koleżankami i kolegami z pracy, których przez te wszystkie lata poznała dziesiątki i nic z tego nie zostało. Tak było ze mną, bo wydzierała się na mnie chyba po to, żeby wiedzieć, że ucieknę od niej na pewno, a nie tylko być może (i uciekłem, ale przecież wracałem)”.

“Odziedziczyłem to, tę skłonność do ucinania niejednoznacznych relacji, uciekania od problemów, kończenia. Kiedy sprawy robią się choćby odrobinę nieprzyjemne albo skomplikowane, mój pierwszy odruch to ewakuacja. Tak skończyłem ze sportem, z religią, z akademią, tak skończyłem z kilkoma bliskimi osobami. I najchętniej skończyłbym już ten rozdział, bo babranie się w emocjach, a szczególnie własnych, to nie jest łatwa sprawa. Ale chyba po to napisałem kiedyś książkę o końcach świata i kompulsywnej potrzebie opowiadania ich wciąż na nowo, żeby trochę lepiej zrozumieć ten mechanizm i chociaż w ten sposób go okiełznać. I chyba po to piszę tę książkę, żeby sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby sprawy ułożyły się inaczej”.

“I czy na pewno nie miałem problemów z „agresją”, choć zamiast na ludzkich twarzach wyżywałem się na biurkach, ścianach i blatach? Za to „samowystarczalność” uprawiałem na pewno, bo zdawało mi się, że jeśli poproszę o pomoc, to okażę się frajerem, więc wolałem wszystkiego nauczyć się sam. A siódma cecha tradycyjnej męskości, „koncentracja na osiągnięciach i statusie”? Przecież stąd wzięła się ta książka”.

“Hanka znała to od zawsze, od maleńkości, i może tylko czasem zerkała na innych rodziców, swoje ciotki, a miała ich mnóstwo, i matki koleżanek, i z zazdrością myślała, jakby to mogło być, gdyby jej matka była inna. Albo gdyby jej matką był kto inny. Ale na co dzień chyba przede wszystkim żałowała, że jest z tym wszystkim sama i cała ta władza skupia się tylko na niej, a nie rozkłada proporcjonalnie na więcej głów i więcej kolan”.

“Ale ona naprawdę tego nie potrzebowała, sama dla siebie była całym światem i była z tego zadowolona, niczego jej nie brakowało. Znała to przecież z dzieciństwa, kiedy czasem zajmowała się córk�� sąsiadki, to była jej pierwsza praca i bardzo się przykładała, ale kiedy bawiła się z dwuletnią dziewczynką lalkami, musiała stawać na głowie, żeby nie zasnąć z nudów. Było w porządku, czasem zabawnie, ale nic specjalnego. Choć jak tak teraz o tym myśli, to może nie byłoby głupio znów tego spróbować, to znaczy nie niańczenia cudzych dzieci, co to, to nie, ale potowarzyszenia od czasu do czasu jakiejś małej osobie, która ma chociaż tę zaletę, że nie jest tak przewidywalna jak dorośli. Może Hana odnalazłaby się jako fajna ciotka, która traktuje dziecko poważnie i czasem opowiada rzeczy nieodpowiednie do wieku. W takich chwilach Hana żałowała, że nie ma rodzeństwa, ani brata, ani siostry, z którymi mogłaby być na tyle blisko, żeby demoralizować ich dzieci”.

“mnie Hanka próbowała sprawić lanie tylko dwa razy, z jakiegoś starego odruchu, a może z desperacji. Nie mieściło się to już w mojej kilkuletniej głowie, więc broniłem się rękami i nogami, i to tak, że Hanka oberwała chyba mocniej ode mnie. Byłem całkiem jak ze zdania Ellen Key, że „obiecujące są te dzieci, które, gdy je biją, zamierzają się do odwetu”, ale po wszystkim nikomu nie było do śmiechu, było raczej głupio i wstyd”.

“Może tak, może nie. Nigdy się tego nie dowiem, świadkowie dawno już nie żyją, na badania genetyczne jest za późno, i z tym „nie wiadomo” trzeba nauczyć się żyć. Zresztą nie ma się czego uczyć, tak po prostu się żyje, od wielu pokoleń, z pustymi albo niepewnymi miejscami w drzewie genealogicznym. Te w ogóle trzeba by jakoś inaczej rysować, bo ich eleganckie kształty nadają się może dla szlacheckich rodzin z udokumentowanym rodowodem, tych wszystkich Czartoryskich i Zamojskich, którym to potrzebne, żeby im się majątki nie poplątały i krew zbyt nie upodobniła. Ale dla tych mniej wartych ciał, które brały się nie wiadomo skąd, trzeba form, w których zmieszczą się przypuszczenia i wątpliwości, scenariusze mniej i bardziej prawdopodobne, relacje krwi i urodzenia, a obok – te z wyboru, i rodziny łatane z tego, co jest pod ręką”.

„Są dni, że czuję się bardzo kiepsko – na umyśle, fizycznie i psychicznie, są też dni, że nie czuję się wcale (zastanawiam się, jak można żyć, nie czując się, a jednak jestem w tym całkiem dobra)”.

Profile Image for Marta Mardyła.
185 reviews57 followers
March 24, 2024
Trudno powiedzieć, czym ta książka mnie tak ujęła. Ze wspomnieniami nigdy nie wiadomo, czy się trafi. Ale ta historia, tak odmienna od mojej historii rodzinnej, jest jednocześnie tak do mojej podobna i porusza czułe strony.
Profile Image for KozackaCzytelnia.
168 reviews
October 5, 2025
Osobista, intymna, szczera, zabawna i poważna jednocześnie, napisana z dużym dystansem do siebie, nie wybielając popełnionych błędów i nietrafionych decyzji, nie tylko własnych.

Świetnie, lekko napisana. Czytało mi się wyśmienicie!
184 reviews
November 13, 2025
Kategoria: autobiograficzna opowieść o awansie rodzinnym.

Bardzo ciekawa książka. Autor buduje historię awansów społecznych, pokazując migawki z życia swojego, swojej matki i babki, oraz umiejętnie wplata w to dużo danych. Początkowo opowieść nie jest tak dynamiczna, więcej jest rozważań niż kontrapunktów "moja historia/dane", ale potem udaje się utrzymać ten rytm i jest to bardzo wciągające. Osobiste ambicje czasami przerwane zbiegiem okoliczności, brakiem możliwości, mało życzliwym słowem. Mity, w które się wierzy a które nie przynoszą dobrobytu. Dla wielu osób urodzonych w okolicy lat 80-tych ta książka może być zwierciadłem.

Wiele historii porusza odwagą, ukazaniem przede wszystkim WSTYDU, który jest chyba zawsze obecny przy awansach społecznych.

Nie pasowała mi równoległa historia tytułowej Hanki, czyli Hany, ale to niewielka część tej opowieści.


Cytaty:

" [...] edukacyjny projekt PRL-u sprawił, że wykształcenie co najmniej wyższe od rodziców zdobyła ogromna część społeczeństwa. „Więcej kobiet i więcej robotników kończyło co roku średni poziom edukacji – pisze Zysiak – a w latach siedemdziesiątych już czterdzieści procent absolwentów szkół średnich rozpoczynało edukację wyższą (przed II wojną światową było to cztery–pięć procent). Szacuje się, że w okresie powojennym od dwudziestu czterech do trzydziestu pięciu procent populacji Polski doświadczyło awansu społecznego”.


"W konsekwencji wykształceni młodzi ludzie po uzyskaniu dyplomu najpierw dowiadywali się, że nie powinni się tak chełpić, bo wcale nie są lepsi od innych, a kiedy rozglądali się za świetlanym życiem, które miało na nich czekać, niczego jakoś nie mogli dostrzec. I nic dziwnego, że stopniowo tracono wiarę w obietnice składane przez szkoły. „Kolejne pokolenia – pisze Zysiak – wcale nie były przeświadczone o tym, że właśnie wykształcenie ma być drogą awansu. W latach siedemdziesiątych zaczęło dominować przekonanie, że to raczej dochody są kryterium podziału społeczeństwa – idea socjalistycznej merytokracji upadła”.

"Didier Eribon twierdzi, że jego rodzina doskonale zdawała sobie sprawę z istnienia różnic klasowych i z tego, jakie życie czeka ich samych: „Jak można nie wiedzieć, kim się jest, kiedy widzi się, jacy są inni i jak bardzo się różnią od nas?”."

(„klasy nieuprzywilejowane – pisze Eribon – sądzą, że osiągają pozycje dawniej dla nich niedostępne, a tymczasem nie mają już one tej wartości i tego miejsca, jakie przyznawano im w systemie wcześniejszym”). Więcej: kiedy włoży się kilkanaście lat starań w to, żeby zapracować sobie na lepsze życie, kiedy już wiedzie się to rzekomo lepsze życie, dopiero wtedy można się dowiedzieć, że w kręgach, do których się aspirowało, sam pomysł, że istnieje jakieś „lepsze życie”, jest już mocno przeterminowany.

"135 kilogramów zbóż (najpewniej w postaci mąk i pieczywa), 18 kilogramów grochu, 56 litrów mleka, 3 kilogramy słoniny, 5 kilogramów mięsa i 426 kilogramów ziemniaków: to wszystko na rok na osobę rodzaju chłopskiego pod koniec XIX wieku w Królestwie Polskim. Tak przynajmniej wyliczyli Alicja Budnik i Maciej Henneberg w badaniach opublikowanych w 2016 roku, opierając się na kilku raportach lekarzy z początków XX wieku. Dla porównania syty mieszczanin w tym samym czasie konsumował podobną ilość zbóż, ale chleb smarował masłem (5 kilogramów rocznie), wypijał dwa razy więcej mleka, pochłaniał siedem razy więcej mięsa (37 kilogramów; w 2019 roku przeciętny Polak zjadł 61 kilogramów), a do tego wciągał 130 jaj, których chłopi w swoich sprawozdaniach nie wykazywali. Za to ziemniaków zjadał blisko o połowę mniej. Pewnie po prostu już mu się nie mieściły, bo raczej nie było tak, że dbał o linię. Według tych samych badań nadwagę i otyłość miało nieco ponad 50 procent szlachty i mieszczan, ale tylko 30 procent chłopów (i, co ciekawe, jedynie 4,9 procent proletariuszy; proletariuszki doganiały w tych statystykach mieszczki)."

"Pierwsze losowanie polskiego toto-lotka odbyło się 27 stycznia 1957 roku, padły w nim liczby: 8, 12, 31, 39, 43, 45."


"Gniew to domena biedaków. Jak ktoś nieustannie zmaga się z przeciwnościami i nie jest w stanie przewidzieć, co z nim będzie pojutrze, to w jego organizmie bez przerwy utrzymuje się podwyższony poziom kortyzolu (co przy okazji wywołuje problemy z nadwagą). Niższy jest z kolei zwykle poziom serotoniny, nazywanej hormonem szczęścia, która w sytuacjach stresowych może niwelować skutki działania ciała migdałowatego i wzmacniać funkcje kory przedczołowej. Im człowiek szczęśliwszy, tym mniejsze szanse, że wybuchnie gniewem, i na odwrót: im bardziej jest przygnębiony, tym częściej się złości. W dłuższej perspektywie prowadzi to do zaburzeń nastroju, depresji i źle wpływa na relacje z innymi: badania pokazują, że im ubożsi rodzice, tym ostrzejsi w wychowywaniu swoich dzieci."

"Według szacunków z 1974 roku średnie roczne zapotrzebowanie wynosiło osiem książek na mieszkańca, czyli 270 milionów egzemplarzy rocznie. Tymczasem jeszcze w 1980 roku ukazało się 11 919 tytułów o łącznym nakładzie 159,5 miliona egzemplarzy. "

"Według badań przeprowadzonych przez Instytut Książki i Czytelnictwa w 1985 roku sześćdziesiąt procent mieszkańców Polski powyżej piętnastego roku życia przeczytało co najmniej jedną książkę, a takich, którzy przeczytali ich ponad sześć, było trzydzieści siedem procent."
Profile Image for Hubert Szotek.
25 reviews6 followers
March 30, 2024
Widać usilną chęć napisania "Polskiego" Eribona i Ernaux, no ale cóż, tamtym wyszło. Koncept był nawet niezły i dość świeży, ale jego realizacja jest fatalna: powierzchowna i pretensjonalna.
334 reviews8 followers
Read
April 24, 2024
Mnie książka porwała swoim stylem od pierwszej strony, ale nie było tak do samego końca (niektóre rozdziały np. te o czytaniu książek bardzo mnie umęczyły).
Profile Image for Ania Jeżyna.
73 reviews
October 13, 2024
Moja matka była nikim - okrutne pierwsze zdanie, a może prawdziwe, bo przecież Hanka z perspektywy świata była nikim: ani znana, ani sławna, ani wpływowa, po prostu “zwykła” dziewczyna, która miała parę sukcesów sportowych, a później “zwykłą” pracę i “zwykłą” rodzinę - z babcią, która wychowuje wnuki zamiast ojca i przed, której wzrokiem i powojennymi traumami trudno uciec. 

Z całą pewnością, więc dla mnie Hanka była nikim, ale stała się kimś. Po pierwsze bohaterką książki, a po drugie jej historią: tą dopowiedzianą i zamieszkałą w wyobraźni czytelnika: w mojej wyobraźni. 


Sama konstrukcja książki bardzo ciekawa i intymna, mocno osadzona w trendzie kultury chłopskiej, ludowej, z którym stykamy się od paru lat. Z jednej strony to jej siła: nadawanie, nazywanie, przyzywanie tej kultury, której jeszcze jakiś czas temu brakowało w narracjach. Z drugiej strony to jej słabości, bo już sporo wiemy o ograniczeniach i historii chłopskich dzieci, brutalnym traktowaniu przez szlachtę i paniczów, arystokrację. Przeskakiwanie po raz kolejny przez te tematy wydawało mi momentami zbędne i moralizatorskie. 

Natomiast to, co jest ogromną zaletą tej książki, to wrażliwość autora, która widoczna jest zarówno w podejściu do Hanki, jak i Albiny, jak i w języku. Jakubowiak jest bardzo sprawnym pisarzem i wykorzystanie konwencji eseju - który zazwyczaj poświęcony jest istotnym zagadnieniom - to dobry wybór nie tylko językowo, ale też konstrukcyjnie. To też sprytny ukłon w stronę zmiany postrzegania historii. Zamiast myśleć o wielkim, na tle dużych wydarzeń osadzam siebie i bliskich. To opowieść historyczna kreślona indywidualnymi, rodzinnymi historiami: kanapkami zjedzonymi przed telewizorem, odwiedzinami wujka-nauczyciela. 

Jakubowiak przedstawia nam również bardzo ważną prawdę, o której w kulturze indywidualizmu możemy zapomnieć, awans społeczny jest często połączeniem zmian polityczno/społecznych, w których uczestniczymy, a trochę mniej naszych jednostkowych wyborów. Oczywiście nie zabiera sprawczości Albinie czy Hance, ale pokazuje pewne uwikłania i powody decyzji. I chyba dlatego to jest moim zdaniem świetna książka, którą czyta się jednym tchem i po której zostaje w głowie sporo obrazów: światełko migające w kościele, szafa sejf i harlequiny.
Profile Image for Krzy Pie.
117 reviews
February 1, 2025
Świetna książka! Ni to biografia rodziny, ni to esej o Polsce od IIWŚ do transformacji. Przede wszystkim o mamie, ale też i jej mamie, więc o tytułowej Hance i Albinie, ale też siłą rzeczy i autorze, a nawet jego córce Helenie. Sztafeta pokoleniowa w walce o lepsze życie. O awans i tym, co stało im na drodze. W tle z historią, tak mikro, jak i makro. Nawiązaniami do kultury (tu już świetnie było w książce o końcu). Przede wszystkim jednak, myślę, że do mnie trafiła, bo opowiada też moją historię. Nie 1:1, ale zaskakująco blisko niemal we wszystkich aspektach. Pomaga więc zrozumieć siebie, bliskich, ale i rówieśników. Nas wszystkich z historycznie biednych rodzin, którzy jeszcze trochę jej doświadczyli, ale teraz jesteśmy już gdzie indziej. Pomaga to wszystko zrozumieć i poukładać. Wyjaśnia emocje babci, zapalczywość i waleczność matki, a u mnie jeszcze więcej. Choć nie mam takiej łatwości do odsłaniania się jak ma Maciej. Nawet moje Pyskowice niedaleko są od jego Żor, po drugiej stronie Gliwic. Tak więc jak dla mojego pokolenia urodzonych w latach 80’, tak i dla dwóch poprzednich na pewno to dobry wybór i sporo znajdą w tej książce o sobie. Czy dla młodszych? Tylko tych otwartych na zupełnie inną historię, czy rzeczywistość. Tak inną od tej, w której się urodzili. Mnie porusza ta szczerość, wzrusza jak pisze o matce i babce, ale i córce, ten mężczyzna otoczony i wychowany przez kobiety. Bez toksycznej męskości.
Profile Image for Miriel68.
479 reviews5 followers
September 26, 2024
Autor pisze ze swadą, barwnym, wciągającym językiem i tylko za to daję trzy gwiazdki. Bo poza tym książka, która mogła być niepretensjonalną, uczciwą opowieścią o własnej rodzinie, staje się właściwie nie wiadomo czym, narracją podrasowaną o liczne odwołania do esejów, lektur autora, skojarzeń czytelniczych itd.
Mam też wątpliwości co do tytułowej tezy, która wydaje mi się mocno, ale to mocno naciągana. Autor urodził się tuż przed upadkiem komunizmu i dostanie się na studia, nawet jeśli pochodzi się z niezamożnej rodziny i małego miasteczka nie jest dzisiaj wydarzeniem epokowym. Moja córka ma na prestiżowych studiach i prestiżowym uniwersytecie ma wielu kolegów z takich środowisk, którzy radzą sobie finansowo dorabiając w Żabce, kelnerując w kawiarniach itp. Zresztą większość młodzieży tak sobie teraz radzi na studiach. A znowu w Polsce Ludowej awans był dość powszechnym zjawiskiem społecznym i zależał w dużym stopniu od determinacji i zdolności. Takie pochodzenie, jak bohater, miało większość Polaków (to dlatego "Chłopki" tak do nas przemawiają) i nie ma tu co dorabiać ideologii.
Profile Image for Marek.
31 reviews3 followers
June 4, 2024
Zahacza miejscami o coś ciekawego, ale - nie rozwija najciekawszych pytań, które sama sobie zadaje (czym jest awans? kto jest kimś, a kto nikim?). Fajnie że autor wspomina o społecznych kontekstach charakterystycznych dla Polski ("przedwojenny obowiązek szkolny" -> "powojenne kształcenie socjalistycznych kadr" -> "najntisowy boom edukacyjny", chyba tak Jakubowiak to nazywa), które sprawiają, że czyste akolictwo zachodniego pisania o klasie nie ma u nas sensu. Mimo tego wpada czasem w tę pułapkę. Najsłabsze są chyba te fragmenty, gdzie autor wkłada swoje wyobrażone myśli do głowy matki i babki. A do tego jeszcze coolerska Czechosłowacja. Najmocniejsze - gdy to nie jest "opowieść o awansie", ale podróż z matką i babką przez społeczną historię Polski.
Profile Image for ola.
63 reviews2 followers
October 29, 2024
trzy pokolenia. trzy historie. albina, hanka, maciej. jakubowiak oddaje głos swojej babce i matce, a takze samemu sobie. dostrzega, ze jego własny awans złożony jest z małych awansów, a głównie marzeń, fantazji poprzednich pokoleń. odmiennie od eribony, nie uważa siebie i swojej historii za cud, za magiczne wyrwanie się z błota. dla niego awans to proces złożony, a on (ten „cudowny szczęśliwiec”) awansuje targając na plecach marzenia dwóch pokoleń wstecz. moze to on pobił rodzinny rekord „skoku wzwyż”, ale nie skoczył by tak wysoko gdyby nie albina, marian, hanka.
zresztą paradoksalnie mimo prawdziwości tej historii, marzeń i fantazji jest w niej wiele, jakubowiak wpłata w nią trochę fikcji, czyli hanę- hankę w innym wcieleniu, hankę, która spełniła wszystkie marzenia- skoczyła wysoko.
Profile Image for Aleksandra.
60 reviews7 followers
March 19, 2025
3,7 ⭐️ No i fajen. Były słabsze fragmenty, które mnie nudziły bądź przewracałam oczami, but all in all fajna sprawa. Osobiście wolałabym, jakby przy każdym cytacie czy odwołaniu od razu był numer przypisu (ale to tak technicznie). Trochę za dużo wyobrażania, ale to historia jego rodziny (bądź fabularyzowana opowieść), więc co ja tam wiem.
Dużo samoświadomości, parę fajnych spostrzeżeń i zachęta dla mnie do zagłębienia się w książki, które odkładam od lat ;)
PS Zupełnie nie moje doświadczenia. Ani klasowe, ani regionalne, ani także pokoleniowe, dlatego też tak fascynująca ta książka była dla mnie, bo dużo nowości dawała
Profile Image for Aga Wachnik.
10 reviews
December 31, 2025
Mam mieszane uczucia. Książka ma zdecydowanie dobre momenty, autor ciekawie przedstawia wydarzenia z życia matki i babki w szerszym kontekście społecznym i historycznym, ale czasami za bardzo odpływa w gdybanie (ma prawo, to w końcu esej) albo zabiegi, które zupełnie do mnie nie trafiały i mąciły odbiór tekstu (chociażby monolog Albiny albo wplatana historia Hany).

Nie żałuję, że przeczytałam, ale też nie będę zachęcać, by rzucić wszystko i biec po książkę.
Displaying 1 - 30 of 42 reviews

Can't find what you're looking for?

Get help and learn more about the design.