Starych, potężnych bogów wyparli trywialni, ale i bezwzględni bożkowie popkultury. Świat globalnej wioski nie daje poczucia stabilności i bezpieczeństwa. Osamotnieni ludzie już dawno stracili nadzieję na odmianę losu, żyją z dnia na dzień, apatyczni i znudzeni… na domiar złego zaczyna brakować kawy. W niewyjaśnionych okolicznościach znikają też żelazka.
Pewnego dnia bogowie postanawiają działać. Dużą grupą zstępują wśród ludzi. Czy Nike, Afrodycie, Jezusowi, Ozyrysowi, Lucyferowi i innym uda się przywrócić właściwe hierarchie? Czy ludzkość jeszcze raz uwierzy? I dlaczego bogowie, mając tak wiele możliwości, na miejsce swego „zniebozstąpienia” wybrali akurat „kraj w promocji”, czyli Polskę?
Najnowsza powieść Ignacego Karpowicza, nominowanego do Nagrody Nike za Gesty, to świetnie skonstruowany, ironiczny traktat o współczesności. Zabawny i przerażający zarazem. Prowokacyjny i obrazoburczy. Jednym się spodoba. Drugim nie. I tak ma być.
Born 1976, prose-writer, traveler, translator; he made his debut with the novel Uncool (2006), and then published another novel, The Miracle (2007), and a collection of impressions from his journeys around Ethiopia, The Emperor’s New Flower (and Bees) (2007); which was nominated for the POLITYKA Passport; he lives (mainly) in Warsaw.
The first part of Ignacy Karpowicz’s debut novel, Uncool, might seem to suggest that we have here another young prose-writer seeking to describe the various miseries of the provincial life, as the author brings us young and frustrated residents of Białystok who have difficulty making ends meet. But the second part of the novel clearly leans toward unhinged, no-holds-barred grotesque, in which the writer opens the floodgates of fantasy (the main protagonist speaks with animated monuments, the city becomes a battleground for various fractions, wallowing in total chaos). In his next novel, The Miracle, Karpowicz has clearly set his money down on the grotesque. The book’s protagonist dies in a car accident, but his body does not decay after death, on the contrary – it maintains a high temperature. The appearance of this unusual corpse throws the lives of the people who encounter it into confusion, and forces them to reevaluate their views on the world.
Karpowicz is a refined stylist, who skillfully uses the grotesque, irony and humor (unconventional, disarming, often black) to tackle stereotypical ways of thinking about reality. He makes light of patriotic and religious cliches in an intelligent and refined manner. But Karpowicz is no ordinary provocateur – this mockery is what allows him to gain some distance from the world. In The Emperor’s New Flower Karpowicz tackles reportage. He describes his travels through Ethiopia, giving us some insight into the history, culture and daily life of this exotic country. The author also tries to deconstruct the traditional model of reportage in his book, consciously bending genres, being neither reportage nor novel, but rather a unique sort of travel prose, thus stressing what he sees as the irreducible subjectivity of his descriptions of the country he encounters.
Od dawna cieszyłam się na tę lekturę, wyobrażałam sobie, że czeka mnie wielka uczta literacka i czekałam na odpowiedni moment, by zagłębić się w tej obszernej powieści. Srogo się rozczarowałam, nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam tak rozczarowana książką.
Dałam się omamić nagrodom, pozytywnym recenzjom i zachwytom. Niestety. Staram się przed lekturą nie zapoznawać dokładnie z treścią ani nie czytać dogłębnie recenzji, by nie zepsuć sobie odbioru ale w tym przypadku nie była to dobra praktyka. Co więcej zanim przeczytałam Balladyny i romanse, kupiłam inną powieść Karpowicza, skuszona promocją. Teraz chyba tylko z ciekawości po nią sięgnę, bo nie spodziewam się fajerwerków.
Ależ to słabe. Ciągnie się guma przylepiona do podeszwy. Odniesienia do Pynchona z gatunku "you wish". Nie, nie, nie. Wolę czytać z Karpowiczem wywiady niż jego samego. I popisy erudycji może komuś polepszą nastrój (na zasadzie: ależ jestem mądry wiem kto zacz Cioran i Derrida), ale co z tego. To nie popis po semestrze szkoły muzycznej. To ma poruszać, skłaniać do refleksji, a mnie do niczego nie skłoniło. Tak jak by autor nie miał pomysłu co z tą książką zrobić i dokąd zmierzać. Bo pierwsze 50 stron zapowiadało się dobrze. Przypomina mi to "Nagrobek z lastryko" Vargi - też tak ładnie nie jadł i tak marnie zdechł. Tyle że Varga pisze pięknie a Karpowicz nie bardzo. Tak się w tym postmodernizmie zanurzył że mu się te zdania aż za bardzo porwały. To nawet ja mniej nawiasów w jeden ciąg liter od wersalika do kropki wstawiam. Tak, być może za bardzo tu jadem zionę, ale na miłość boską to było 570 stron mojego czasu! Tak, tak mogłam porzucić w połowie, ale chciałam się dowiedzieć dokąd to wszystko zmierza. I liczyłam, że dokądś. No niestety. Donikąd. Naprawdę przykro... I obawiam się, że za parę lat utwór ten podzieli losy "Panny Nikt" niejakiego Tryzny. Ale może przesadzam. No dobra, przesadzam.
Może nie mam odporności na polską literaturę, a może to ten konkretny autor okazał się ze mną niekompatybilny - 500 stron powieści było podróżą od początkowego zachwytu stylem po zniechęcone kartkowanie, gdy manieryzmy zaczęły doprowadzać mnie do szału, a błyskotliwe pomysły zaczęły się powtarzać. Ileż można. A pomysł jest taki fajny, chyba lepiej by wyszedł, gdyby autor po prostu przyłożył się do fabuły. Ale może tak się już nie robi.
Albo ja jestem za głupia na tę książkę, albo ta książka jest za głupia dla mnie.
A może jedno i drugie.
Pierwsza część była specyficzna, ale pozytywnie intrygująca. Druga specyficzna i dziwna. Trzecia jest tak bardzo od czapy, że nie mam pojęcia o co tu chodzi, po co to i na co. Doczytałam tylko dlatego, że lubię pióro Karpowicza i nie chciałam robić DNF, skoro już tak daleko zabrnęłam. Ale co się nacierpiałam to moje.
2 ⭐️, bo na początku miałam ciut przyjemności z czytania i, jak już pisałam wyżej, lubię pióro Karpowicza i tu też daje pod tym względem popis.
Thomas Pynchon tiene una notable influencia sobre la literatura contemporánea. Y no es para menos. Maestro de la palabra precisa, artesano de la frase intrincada y filósofo sin título, no hay página de Pynchon que pueda considerarse desaprovechada. No en lo técnico, dada su tendencia a tirar páginas y páginas en bellísimos equilibrismos no necesariamente conectados con la narrativa global de sus novelas.
Hasta aquí nada malo. De la belleza del artesano también se vive. Pero el problema llega cuando sus imitadores no entienden que los defectos del maestro sin sus virtudes no sirven para nada.
A Ignacy Karpowicz le gusta Pynchon. Se nota. Se nota, por ejemplo, en sus excursos, largos e intrincados. En su estilo paródico. En la mezcla entre pop, sexo y cultismo llevado al requiebro estilístico, retorciendo la síntaxis, en un ejercicio gimnástico envidiable. Pero se queda ahí. No parece gustarle de Pynchon con la que consigue hilvanar todos sus elementos. Tampoco sus reflexiones políticas, ambiguas, pero siempre del lado del obrero, el anarquista y el agente del caos. Por extensión, tampoco parece gustarle la coherencia temática del maestro americano: incluso cuando toma un desvío y le cuesta volver a lo narrado, es siempre para seguir hablando del mismo tema. Para explorar algo más profundo.
En Pynchon, incluso cuando se olvida de la trama, está explorando los límites del tema. Pero ese no es el caso de Karpowicz.
Cuando los dioses bajaron a Varsovia y alrededores se gusta demasiado. Más de la mitad del libro es la introducción, apenas sí la insinuación del conflicto, para introducir el tema, el papel de los dioses y su humanización, sólo en una segunda mitad del libro que es un, literal, deus ex machina: todo se arregla, o se termina de joder, por intervención divina. Sin orden ni concierto. Sólo por la voluntad, serena e irónica, de un autor enamorado de su ingenio.
Eso no quita para que tenga momentos interesantes. Ideas de valor. Pero incluso esos se agotan cuando, cosas tan interesantes como los monólogos de conceptos abstractos antes de cada capítulo, parecen estar insertados de un modo arbitrario dentro de la trama general.
Como si cada elemento fuera por su lado, generando un caos compositivo que no es, sino, la virtud de su propio ingenio.
Ese es el problema. Que donde Pynchon tiene todo atado, quiere llegar hasta un punto, aunque sea difuso, extraño o difícil de entender, Karpowicz es la versión adolescente de esa intención. Sus requiebros son mínimos. Su poética se viene abajo en cada intento de alternar entre diferentes tonos. Todas las referencias son o bien manidas o bien no vienen a cuento. De Pynchon tiene, en esencia, sólo la intención: es apenas sí un fantasma del maestro.
Pero incluso un fantasma tiene su viveza.
El libro es fácil de leer. Algunos capítulos son genuinamente interesantes. Y como ya señalamos, los monólogos que introducen cada capítulo, por sí mismos, son, algunos de ellos, brillantes caricaturas cartoon del pensamiento filosófico occidental.
Ahora bien, nada de eso es suficiente para sostener un libro de más de seiscientas páginas. No cuando la introducción acaba ocupando más de cuatrocientas páginas, porque el conflicto no aparece, y de forma infinitamente menos dramática que debería, hasta que el libro ya debería estar intentando cerrar el conflicto abierto. Algo que tampoco encontraríamos nunca en Pynchon: el maestro, incluso con sus desvíos, siempre deja claro el conflicto desde el primer capítulo.
A fin de cuentas, el maestro es maestro por algo. Y quien quiera tomar a Pynchon como referencia, haría bien en, primero, ser al menos tan enciclopédico, obsesivo y terminalmente enfermizo en lo poético como lo es aquel al que imitan.
nietypowy styl, wręcz przerost formy nad treścią. niezwykła lekkość i zarazem (trochę męcząca) zawiłość skojarzeń. byłam pod wrażeniem, choć czasami wychodziło kiczowato. ale to ironiczne spojrzenie, ta wcześniej wspomniana lekkość, beztroska, dystans i (mniej lub bardziej trafne) poczucie humoru jest jedyne w swoim rodzaju. książka absurdalna, totalna groteska, ale pozostawia miłe wspomnienia. rozumiem komentarze o grafomanii, ale traktuje to bardziej jako zabawę słowem, która mnie całkiem urzeka. a skupiając się na (trochę drugoplanowej) treści: nie mam pojęcia co tu sie stało. mnogość bohaterów wprawia w dezorientację, zwłaszcza że moje czytanie było trochę rozwleczone w czasie. długo myliły mi sie imiona, a niektorzy pojawiali się dosyć epizodycznie, skąd mój wniosek, że książka by wiele nie straciła na cięciach kastingowych. no i to by pozytywnie wpłynęło na uwidocznienie celu tej książki, których chyba było wyśmianie przywar ludzi poprzez przedswiawienie ich w krzywym zwierciadle wraz z bogami w tle (a może nawet nie tyle wyśmianie, co zwrócenie uwagi na niedorzecznosci rzeczywistości ???)
był duży potencjał, ale chyba coś się rozmyło po drodze (pewnie o ten styl sie rozeszło). no i nie umiem umieścić tej książki w skali pięciogwiazdkowej. na to potrzeba więcej niż trzech wymiarów
Quizás ese taconeo en el piso de arriba a las cuatro de la mañana no sea más que el regreso de Lola Flores a la tierra. Quizás ese ser silencioso al que nunca se le ven los ojos y que tiene los dedos extrañamente largos, ese hombre (?) que baja contigo en el ascensor y que va siempre cargado con su impedimenta de pescador, puede que sea Cthulhu reencarnado en un jubilado.
Si decidís abrir Cuando los dioses bajaron a Varsovia… creo que sabréis apreciar su extrañeza, su socarronería y toda la buena literatura que aguarda detrás de su apariencia de bola de nieve bajando por la ladera, hacia ti, indefenso en la seguridad de tus seguridades. Crítica completa: http://www.libros-prohibidos.com/igna...
Na początku książki byłam zachwycona pomysłem i kompozycją. Później stopniowo mi przechodziło, częściowo wracało. Ogólnie koncepcja wraz z pomysłem były bardzo interesujące, gorzej z wykonaniem. Nie lubię takiego prostackiego języka, używanego na co dzień, a co dopiero w książce. I to w takiej książce, której autor był nominowany do Nagrody Nike? Śmiechu warte.
Jakoś mi ten bal ludzi i bogów nieszczególnie podpasował. Wątki niby łączą się ze sobą, ale nie rozumiem po co. Jeśli bogowie mieli tu jakoś sprowokować do refleksji nad ludzką kondycją, to nie wyszło. Spotkanie dwóch światów nie doprowadziło do żadnego zwrotu akcji, nie wystawiło bohaterów na próbę, no nie wywołało niczego ciekawego ani w książce, ani we mnie.
Jedna z najciekawszych książek, jakie ostatnio czytałem, choć zdecydowanie nie dla każdego,a przynajmniej osób przyzwyczajonych do religijnego tabu lub nie lubiących mitologii greckiej. Karpowicz kolejny raz udowadnia,że ma lekkie pióro, nawet jeśli w sposób schematyczny kreśli postać K-A-O.
Többször neki kellett ugranom ennek a könyvnek, mert az első fejezetben seholgy sem találtam a "helyem" a sztoriban. Ékegyszerű emberi történetek, melyek mögött különös összefüggések és sorsok bontakoznak ki, egészen bizarr következményeket okozva az unalmas hétköznapok szövetében. A narrátor is zavaros, hol közönyös, hol empatikus és hol kegyetlenül lenéző a szereplőkkel. Monodrámának indul, ami átmegy elbeszélésbe és nem tudtam, hogy mi lesz a vége egyáltalán.
Aztán a könyv egyharmadánál egyszercsak megtörténik a váltás...
Átpattanunk az istenek közé, akiknek bonyolult történetei mögött, azonban ékegyszerű kauzalitás mintái bontakoznak ki, szürreálissá téve a könyv dinamikáját, különösen amikor az égiek és a földiek sorsa összekapcsolódik.
A szerző cinikus, és csak úgy ömlik a blaszfémia, a kortárs alkotókkal és filozófiával szembeni megvetése, amit bámulatos humorral elegyít. Csodálom hogy nincs fatva rászórva, vagy egy címeres pápai kiátkozást nem kapott még Ingnacy.
A profán és a szent "tánca" a történetben ravasz eszmefuttatásokkal "koreografált", amiben olykor meglepő diszlet előtt gyönyörködhetünk pl. két fasszopás, vagy puncinyalás között.
Nem tudok nem ötöst adni a könyvre, mert a fejemben pörög, inspirál és nagy hatással van rám, ami magam részéről a jó könyv ismérve.
Ha idén ez lesz a "legfurcsább könyv", amit olvastam, akkor ez legyen az.
Li he donat l'oportunitat fins gairebé la meitat del llibre, però no hi ha hagut manera que la història m'enganxés. I això que mal escrit no està, simplement és que el que explica no m'ha arribat a enganxar ni interessar. Una llàstima...
OVERHYPE ALERT! Dobrze się rozkręcało, ale po jakimś czasie jedyne uczucie, jakie pozostało na tej karuzeli postmodernizmu, to chęć zwymiotowania. Oficjalnie - nie rozumiem podjarki Karpowiczem. Przecież to jest słabe!
Dwie gwiazdki za pomysł, bo mogło być naprawdę fajnie, a było absurdalnie i męcząco. Jestem pod wrażeniem pomysłowości i wiedzy autora, ale brakuje w tym wszystkim jakiejś głębszej refleksji. Chyba powinnam sobie przyznać pięć gwiazdek za dobrnięcie do końca tej książki.