Dwie linie czasowe, dwie różne perspektywy i dwie różne historie, które wreszcie coś zaczyna łączyć. Przeszłość i tamtą noc obserwujemy z perspektywy niejakiego Roberta, któremu marzyła się kariera pisarza. Dwadzieścia lat później tamten koszmar po latach przeżywamy u boku Amelii, niedoszłej ofiary mordercy. Historia karnawałowej imprezy to majstersztyk sam w sobie – trochę jak „Krzyk” Wesa Cravena, gdzie goście wchodzą i wychodzą, mieszają się, znikają, s każdy jest podejrzany. Jedno jest pewne, ludzie zaczynają ginąć i szybko przestaje być wesoło. Prosta sprawa, krótka piłka, rzeź na młodych dorosłych, która od razu działa na wyobraźnię. To, co dzieje się po latach jest już bardziej skomplikowane. W sprawę bowiem zamieszana jest nie tylko Amelia, ale wszyscy ci, którzy nagle stają się podejrzani, począwszy od jej byłego męża, przez sąsiadów po klientów jej małej firmy.
U Alicji Sinickiej nie ma odpowiedzi podanych na tacy – historia toczy się własnym torem, ma swoje zakręty, meandry i wiry. „Karnawał” to zagadka, której samemu nie zdołamy raczej poskładać w jedno. Powieść jest tak skonstruowana, by poprowadzić nas prosto w ciemność, a tam czai się ten ostatni wielki zakręt. I tam jest odpowiedź. Dla jednych będzie szokująca, dla innych może wydać się absurdalna. Według mnie, to filmowy czy wręcz serialowy finał. Bardzo spontaniczny, nic bowiem nas w tym kierunku nie prowadzi. Ale to zaskoczenie, które napotykamy na końcu jest szczere i satysfakcjonujące, jeśli poddamy mu się bez zbędnych pytań. To w końcu jest prawdziwy karnawał emocji, maski, tajemnice, postacie wirujące w tańcu. Dobra zabawa? Gwarantowana!