2.5/5
Podchodziłam do tej książki z optymizmem, bo literaturze dziecięcej dużo potrafię wybaczyć. Tutaj bardzo długo próbowałam przekonać samą siebie, że nie jest źle, ale im dalej w fabule, tym większe kłody pod nogi rzucał mi autor.
Bardzo trudno jest pokazać w książce różnice kulturowe i jednocześnie nie wyznaczać granicy między nami-nimi (np: „my w Polsce nie jemy zupy z szarańczy i mrówek, ale w Afryce uchodzi ona za specjał”). Często bez odpowiedniego kontekstu i komentarza takie uwagi mogą prowadzić do budowania błędnego wrażenia, że (w tym przypadku) mieszkańcy Afryki są dziwni, bo "lubią" jeść robaki. Fajnie jakby wspomniano, że szarańcza jest łatwo przyswajalną formą białka i że ludzie nie jedzą jej, bo jest taka pyszna i w ogóle, ale że robią to, by przeżyć/zjeść coś pełnowartościowego.
Idźmy jednak dalej. W „Afryce…” kilkakrotnie pojawia się słowo na „m”. Ja myślałam, że ten etap gdy do lektur szkolnych wybierane są książki z krzywdzącymi określeniami danych społeczności/osób, mamy już dawno za sobą (ekhem, dyskusja o „W pustyni i w puszczy”, ekhem), ale najwyraźniej się myliłam.
Oprócz tego postać Kazika jest mocno infantylizowana. Po co? Czy uważamy, że dzieci nie zrozumiałyby faktów przedstawionych w mniej koloryzowany i naiwny sposób? Może rzeczywiście tak jest. Uważam jednak, że ten argument działałby tylko wtedy, kiedy wiek czytelników nie przekraczałby 4 lat (przypominam, że ta książka jest lekturą w podstawówce). Informacje o Afryce są tutaj baaaaardzo podstawowe (i czasami spłycane - trochę umiem wybaczyć, trochę nie), więc jeśli dziecko miałoby się z niej dowiedzieć czegokolwiek nowego, to musiałoby być tycim bejbikiem.
Teraz fragmenty, które mocno mnie wkurzyły. Reakcje na żywo:
• Kazik, biały człowiek, obrońca uciśnionych - chodzi oczywiście o fragment z chłopcem i pieskiem. Nasz Kazik wie najlepiej (mimo że w tym miejscu jest po raz pierwszy), że w okolicy jest pełno groźnych zwierząt i że chłopiec powinien mieszkać w wiosce. Przecież dzieciak wychował się tam od małego i na pewno nie ma pojęcia, co robi.
• o matko, fragment z „ludożercą”… co to za sposób czytania tej postaci w audiobooku? Czemu z innymi mieszkańcami Afryki można się było normalnie w dogadać a z tym nie? Co to za okropne seplenienie? Taki sposób gry jednoznacznie kojarzył mi się z osobą pijaną i nie do końca przytomną. Skoro ja odebrałam tego bohatera negatywnie, to nie wiem jak dziecko ma zapałać do niego sympatią i zaufaniem :///
• Gepard to nie kotek tylko dzikie zwierzę. No ja nie mogę. Czy ten audiobook ma uczyć dzieci, że dzikie zwierzęta to domowe pupilki?! Rozumiem, że odsuwamy w niepamięć te wszystkie sytuacje, gdy młode danego gatunku po kontakcie z człowiekiem było odrzucane przez rodziców? Rozumiem, że pomijamy rozmowę o tym, że dzikie zwierzęta mogą zrobić nam realną krzywdę, więc należy traktować je z respektem i najlepiej zostawić w spokoju? Ale po co się martwić? Przecież mały gepard wrócił i polizał Kazika po ręce w ramach podziękowania. A gdzie zrozumienie, że człowiek już i tak przekracza granicę między tym jak może ingerować w naturę, mimo że nigdy nie powinien był jej przekroczyć? Że bliskość ludzi i zwierząt wynika z ograniczonej przestrzeni do życia tych drugich? Strasznie mnie to zdenerwowało.
Na plus słowa od autora. Widać, że ta historia była dla niego ważna, ale jednoczenie uważam, że sposób przedstawienia niektórych zdarzeń powinien zostać przeredagowany. Nie potrafię też zrozumieć, po co musiało się tutaj pojawić to słowo na „m”. Argument dotyczący poprawności historycznej nie ma tutaj sensu - to książka dla dzieci (często niewiarygodna).