Barwny, nietuzinkowy mężczyzna składa nieoczekiwaną wizytę w domu córki, wprowadzając w jej poukładane życie chaos i trudną do uniesienia tajemnicę. Choć dawniej nie poświęcał rodzinie czasu, wymaga zaangażowania i pomocy, a jednocześnie nie chce powiedzieć, co mu się przydarzyło. Jest niespokojny, znika na całe dnie, a gdy wraca, nerwowo spogląda na ekran telefonu. Córka zaczyna podejrzewać najgorsze. Niewielkie mieszkanie na ósmym piętrze staje się areną, na której ścierają się siły dwóch pokoleń, światopoglądów i moralności. Podczas dziewięciu miesięcy przymusowej koegzystencji gość zmienia się w więźnia, a status ofiary, jaki córka tak chętnie sobie przypisuje, okazuje się coraz bardziej problematyczny. Duszna, gęsta atmosfera, ciasnota niewielkiego mieszkania i tajemnica, którą ojciec przywiózł ze sobą jak puszkę Pandory, na zawsze zmieniają oblicze rodzinnych relacji.
historia mocno osadzona, polska, konkretna. nie jest ckliwa na siłę, jest „mięso”. czyta się bardzo szybko, łatwo się wciągnąć, akcja przynosi coraz to nowsze elementy układanki. bardzo dobrze wykreowane postacie, zwłaszcza moja imienniczka, która mówi o sobie że jest bardziej dorosła niż swój ojciec, bo on nigdy dorosły nie był. to idealne podsumowanie całej tej opowieści. spędziłam naprawdę dobry czas na lekturze. relacja ojciec-dziecko ukazana perfekcyjnie. minus: za krótkie! życzyłabym sobie więcej wątków i retrospekcji, żebym mogła jeszcze pozostać z tymi bohaterami
„Moja przyjaciółka śni o zmarłym ojcu. Co noc budzi się z krzykiem, uciekając w jawę przed tyranem terroryzującym całą rodzinę. Przecież ja nie myślę o nim tak źle, tłumaczy mi przy kawie, nie aż tak. Na jej twarzy maluje się pewien rodzaj nierozumiejącego zawstydzenia. Nieświadomość jest mądrzejsza od świadomości, nie bawi się w żadne niepotrzebne tabu, wali prosto z mostu. Dopiero świadomość obrabia rodziców w filtrach polaryzacyjnych, to jedyny sposób, by dało się z nimi wytrzymać. Filtrowanie rodziców jest strategią przetrwania niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z ich wspomnieniem, czy z żywą obecnością, narzucającą się codzienności jak mój rozpostarty na kanapie ojciec.“
"Zawsze czułam się przy nim jak frajerka" - mówi o ojcu córuchna Oluchna, wyćwiczona w osobistej dyscyplinie sportowej, jaką było szukanie tego ojca, dalekowidza, niedostrzegającego więc dziecka, nawet jeśli wyjątkowo przy nim był. Ojca gawędziarza, który we wspomnieniach z przeszłości zawsze był bohaterem - otoczonym wianuszkiem znajomych lub ratującym dziecko. "Archiwa kłamstw i kartoteki przemilczeń" dzielą ojca i córkę od porozumienia... Dzieciństwo jako życie bez ojca albo z ojcem, który pojawiał się na chwilę, znikał i zostawiał chaos. Dzieciństwo jako zapamiętywanie kolejnych imion kolejnych kobiet, które łapały się na lep okrągłych słówek. Teraźniejszość daje szansę. Ojciec wraca z sanatorium, w którym pobyt stał się brzemienny w zaskakujące skutki. Dorosła córuchna i ojciec w czterech ścianach, z jej mężem i dziećmi jako statystami, próbują - ale co? Dogadać się? Powyjaśniać? Zemścić się? Przetrwać? Pięknie jest ta powieść napisana. Zręczne nawiązania do tekstów kultury, szeroki, humanistyczny świat, pomocny w nazywaniu tego, co wyżera nas od środka. Czytelnik wpada swobodnie w lekcje wychowania do życia w rodzinie, lekcje wiedzy o społeczeństwie i lekcje z bycia dzieckiem i rodzicem. Niektóre zdecydowanie nieodrobione. To kolejna książka, która pokazuje, że najdalsi mogą być nasi bliscy...
Wpadłam tu swobodnie, bo zarys tej historii, a nawet niektóre jej szczegóły, nie są mi obce. Piękny, błyskotliwy styl: trudno o taki, gdy porusza się trudną tematykę, by nie wpaść na granicę niezręczności, estetyzacji traumy. Odjęłam jedną gwiazdkę, bo mimo wszystko zabrakło mi głębszej wiwisekcji zawikłanych relacji rodzinnych, zwłaszcza Oli z ojcem i Oli i matką.
Do dorosłej córuchny Oluchny wpada ojciec. Zupełnie swobodnie. Oświadcza, że zatrzyma się u niej na jakiś czas. Oluchna widzi dwa rozwiązania: może to szansa na nowy początek i na poprawę ich relacji, albo w końcu wygranie tatulkowi. Tymczasem los przygotował jeszcze jeden scenariusz. Oto, nie zmieni się nic, bo ojca sprowadza coś zupełnie innego. Ot tak, wpadł i wziął za jeńców całą rodzinę. Tymczasem córuchna skacze koło taty, opiekuję się. Pod nosem coś tam marudzi, coś tam jej się nie podoba, ale to w końcu ojciec. Córka dorosła, ale cały czas podległa ojcu. Cały czas pozwala mu podbijać swoje terytoria i zagarniać swoją przestrzeń. Ten ojciec to naprawdę mocny zawodnik.
Mamy tu skomplikowane relacje rodzinne, kryzys wieku średniego i pierwsze poważne posumowania. To również tekst o obecności i nieobecności. Bardzo mnie poruszył. Były momenty, kiedy czułam gorycz odrzucenia, i momenty, gdy śmiałam się do łez. Warto spróbować tej słodko-gorzkiej mikstury.
„Nie wyprowadzał jej z błędu, to już nie ma znaczenia, tłumaczył mi potem ojciec (niepytany), to wszystko nieważne, było i się skończyło, córuś. Ile w nim jest siły życiowej, by je wszystkie tak obracać, myślę sobie z nieoczekiwaną zazdrością, élan vitalojca zawsze stanowiła dla mnie tajemnicę. Dlaczego nie ma jej we mnie, dlaczego ja, krew z jego krwi, od lat z jednym mężczyzną, z trójką dzieci z jednego ojca, co za obciach, niczego nie psuję, nie wiadomo, po co trzymam wszystko w ryzach, poruszam się po świecie siłą bezwładu, bo przecież nie rozpędu, jakiego rozpędu? – dobre sobie”. Tamże, s.27.
„Nie wiedzą, choć mają już wszelkie powody, by podejrzewać, jak bardzo niedobraną parę będą tworzyć przez najbliższe lata. Być może prawem durnej młodości wmawiają sobie jeszcze, że może nie będzie tak źle. Obrączki, najpewniej miedziane, zgubią bez żalu już po miesiącu. Świadkowie, wysoki mężczyzna o szczurzej twarzy i przesadnie chuda kobieta, wyglądają na złapanych na ulicy, z całą pewnością mają już ochotę odejść, wydostać się z tego kadru, opuścić na zawsze moją felerną rodzinę. Jak każdy”. Tamże, s.107.
Z zasady (i doświadczenia) nie czytam polskiej prozy. Próbowałam i w znacznej większości od tych lektur się odbijałam. Kocham literaturę piękną, jednak ta polska ma w sobie coś takiego, że nie umiem się przebić przez formę, by docenić treść. Nie idzie mi ta forma w parze z treścią. Brakuje mi bezwysiłkowego piękna języka, które znajduje w prozie tłumaczonej (lub czytanej po angielsku, choć to zupełnie inny case), zbyt często mam wrażenie przekombinowania, jakiejś nienaturalności, jakbym czytała prace zgłoszone do konkursu językowej kreatywności. Nie udzielałam się mimo to w dyskusjach o punktach wspólnych polskiej prozy, bo traktuję ten mój odbiór bardzo subiektywnie, nie jestem krytyczką literacką, za to wiem, co mnie podoba się w literaturze.
"Swobodne wpadanie" mnie zaintrygowało. Podobała mi się wyczuwalna duszność (czy to też nie jest pewna wspólna polskiej prozy jednak?), osowiała atmosfera, klaustrofobiczny obraz relacji narratorki z ojcem, który powraca do jej życia. Jednak zgubiłam się w istocie książki - zdarzyło się to, co zwykle zdarza się, gdy czytam polską prozę. Język i konstrukcja odciągały mnie od treści. Nieplanowo zatrzymywałam się przy niektórych zdaniach, czasem cynicznie, czasem z wyrazem podziwu wobec inwencji językowych, ale to jednak nie to pcha mnie w czytaniu, nie tak chcę poznawać nowe historie. Lubię, gdy język jest medium, nie walorem samym w sobie. Gdy historia tym językiem płynie...
Zabrakło mi subtelności i minimalizmu językowego, bliskości codzienności i... mało już pamiętam z lektury. Doceniam, próbuję (to już druga polska proza w tym roku, Cyranka mnie tak zachęca!), choć niekoniecznie w tym się odnajduję.
„Ojciec jest wycofany, zapadł się w sobie jak nadepnięta purchawka, prawie nic już nie mówi. Nie podejrzewam go o poczucie winy, raczej świadomość obciachu, że to wszystko wypłynęło, choć może za bardzo projektuję na niego swoje stany, w końcu czy kiedykolwiek widziałam, żeby przejmował się tym, co myślą inni? Ściąga z półek jakieś książki, kartkuje, niby czyta, lecz zaraz odkłada gdzie popadnie, zbieram je potem i układam z powrotem, wiem przecież, że tylko bada sytuację, przygląda mi się i ocenia, czy moje wkurwienie osiągnęło już poziom, przy którym należy uciekać, przy puszczą tamy i wały przeciwpowodziowe, układane przez lata worki wypełnione piachem i śliskimi przykazaniami, że matki i ojca trzeba słuchać, że matce i ojcu trzeba ufać.”
Po latach nieregularnej obecności, powierzchownej relacji oraz tony żalu ze strony córki, nagle na ósmym pietrze warszawskiego wieżowca „wpada swobodnie” ojciec narratorki. Ojciec z bagażem tajemnic, niedopowiedzeń oraz narcystycznych zachowań wprowadza chaos i zmusza córkę do prób zmierzenia się z obrazem ojca i ich toksyczną przeszłością. Narratorka w sposób ironiczny i bezlitosny odtwarza postać ojca, który daleki jest od ideału, a jego powrót udowadnia jak bliscy mogą być dla siebie wiecznie obcy. Autorka prowadzi nas nielinearnie po zakamarkach enigmatycznej egzystencji ojca i jej irytacji jego osobą.
Sądzę jednak, że książka będzie dzielić czytelników i ci, którzy stronią od polskiej prozy, nie zerkną na nią przychylniej po tej lekturze. W książce mamy tak dobrze skonstruowane fragmenty, jak powyższy, takie które budują napięcie, by zaraz przeskoczyć w zaledwie znośne porównania, takie jak to: „Nie oddzielisz ziarna od plew, bo życie ze wszystkiego robi smoothie, nie patrzy na jakość.” Dlatego „Swobodne wpadanie” zgrzyta i we mnie. Poprzednie „Lekcje kwitnienia” autorki zapamiętałam przychylniej, a tutaj nierówność językowa sprawiała, że odbierało mi to radość lektury. Książkę zamknęłam z poczuciem, że ta niewielka powieść toczy walkę pomiędzy próbą stworzenia oryginalnego języka a nieprzewidywalnością fabuły. Dla każdego czytelnika wygra tę batalię pewnie coś innego, o czym warto się przekonać, by doczekać zaskakującego zakończenia.
3.5 Ogromnie podobała mi się dynamika między bohaterami i przemyślenia Oli, narratorki, dotyczące jej ojca, relacji jaką mają (a raczej jakiej nie mają). Wszystko tutaj jest takie mętne i duszne, pytania się mnożą, wspomnienia nawarstwiają, ból wciąż jest żywy. Autorka całkiem dobrze kreuje napiętą atmosferę, czuć tę niezręczność, ten żal i pragnienia, stres związany ze swobodnym wpadaniem i wypadaniem ojca z jej życia. Uważam, że książka mogłaby być troszkę dłuższa, poszerzona o dodatkowe retrospekcje, które pokazywałyby JESZCZE więcej ojca i tego jakim był człowiekiem.
"[...] i na tym polega dorosłość, słonko [...]. Tak mówi sobie ojciec. Ale ja wiem, że się myli, bo jestem dorosła znacznie dłużej niż in, całe swoje życie jestem dorosła, tak jak in całe swoje życie nie jest, dlatego przekłada teraz książki z miejsca na miejsce, błądzi wzrokiem i czeka, i choć nie mam właściwie pojęcia, na co czeka, to wiem, że się nie doczeka, nie doczeka się, choćby sczezł."
W jednym eseju Zadie Smith napisała, że "rodzina zawsze jest zdarzeniem o mniej lub bardziej gwałtownym przebiegu" - nie wychodzi się z niej bez szwanku. Tak jest też z narratorką "Swobodnego wpadania". Jej rodzice rozwiedli się, gdy miała 9 lat; ojciec związał się potem z drugą żoną, potem (chyba) trzecią - trudno za nim nadążyć. Jeśli ktoś oglądał "Big Fish" Tima Burtona, będzie miał wyobrażenie, jakiego rodzaju to był facet: wszechmocny, omnipotentny, nieomylny. Zrobiłem dla ciebie wszystko, co mogłem, więc o co ci, córuś, do cholery, chodzi?
Tytułowe "swobodne wpadanie" oznacza niezapowiadane wizyty ojca w domu dorosłej córki - jego Olci, Oluchny z pierwszego małżeństwa (córka - 40 lat, troje dzieci, mąż - jest narratorką tego opowiadania). Takie wizyty zdarzają się od lat, jednak ta ostatnia jest szczególna: potrwa kilka miesięcy, stwarzając okazję do potencjalnych rozliczeń, pojednań...
Opowiadanie o współczesnym pobycie ojca w mieszkaniu córki na ósmym piętrze warszawskiego bloku przeplata się z rozbudowanymi retrospekcjami przedstawiającymi ważne epizody z dzieciństwa Oli (związane z ojcem) oraz historią samego ojca - taką, jaką poznała i zapamiętała jego córka. Pamięci ojca i córki nie są kompatybilne. Ojciec powiada w pewnym momencie:
"Nie oddzielisz ziarna od plew, bo życie (...) nie patrzy na jakość, jest jak walec, który zrównuje niebiosa dobrych intencji z twardą glebą ich opłakanych skutków, i na tym polega dorosłość, słonko, żebyś to wreszcie pojęła i przestała się do mnie o wszystko przypierdalać".
Kto ma rację? Ojciec, który - jak twierdzi - zrobił wszystko, co mógł, by nie powtórzyć córce piekła, którego sam doświadczył, czy córka, która z goryczą stwierdza: "jestem dorosła znacznie dłużej niż on, całe swoje życie jestem dorosła, tak jak on całe swoje życie nie jest".
"Swobodne wpadanie" to realistyczna proza na jeden wieczór - zwięzła, ale nie do łatwego przełknięcia. To także kolejna udana publikacja wydawnictwa Cyranka, po "Strużkach" i "Trzeba być cicho" - kameralna opowieść o splątanych afektach pokolenia dojrzewającego w latach 90.
Cała fabuła “Swobodnego wpadania” w głównej mierze opiera się na relacjach między ojcem, a córką. Opowieści o relacjach rodzinnych, a już szczególnie tych pomiędzy rodzicem a dzieckiem zazwyczaj nie są łatwe. Ciężko jest także oceniać takich bohaterów, bo relacje rodzinne mogą być na tyle skomplikowane, że skomplikowane i dziwne może być także zachowanie bohaterów. Bliscy potrafią burzyć codzienność, wywracać życie do góry nogami. Bliscy oprócz pozytywnych emocji i wsparcia, mogą także ranić, sprawiać każdy dzień z nimi jest trudniejszy, niż życie bez nich.
Autorka stworzyła bardzo ciekawe kreacje postaci. Największe napięcie emocjonalne czuć ze strony od córki - Oli, natomiast jej ojciec zdaje się nie dostrzegać nadzwyczajności sytuacji. Dla niego normalne jest to, że córka którą dotychczas się nie przejmował, dba o niego. Jest ona zdolna do okazania emocji, do opieki nad człowiekiem, który sam nie był w stanie jej tego dać. Dzieli ich naprawdę wiele, ich pogląd na świat, wyobrażenie przeszłości. Jego przybycie zmienia wiele, choć nie do końca wiele wyjaśnia.
Bardzo podobały mi się te zderzenia z jej ojcem, to jak wpadał i wypadał z jej życia. Jej wspomnienia wydają się rywalizować z obecnym nieco ironicznym podejściem. Jej relacja z ojcem jest pełnym żalu chaosem, a mimo wszystko ona tak inaczej analizuje przeszłość i sama chciałaby wiedzieć kim był jej ojciec.
Ostatecznie trochę zabrało mi wyjaśnienia jakiejś ilości tajemnic, ciężko jest zrozumieć tak intensywne emocje gdy brakuje mi innej perspektywy, niemniej ogólnie autorka poradziła sobie naprawdę dobrze z tematyką książki.
Lubię takie polskie książki. Osadzone w Polsce, z polskimi imionami, z nawiązaniami do Polski i Polaków. Czuję wtedy jakąś dziwną bliskość z lekturą.
Obraz trochę bardziej dysfunkcyjnej rodziny - córka z dzieciństwem bez obecnego taty, która mierzy się ze wspomnieniami z przeszłości i nerwicą, ojciec na kanapie z zakazem wychodzenia z domu (przedtem lawirant, jakich wcale niemało) i zimna matka, która obwinia za wszystkie niepowodzenia ojca i umywa się od jakiejkolwiek odpowiedzialności. W tle przelotne miłości taty oraz nowa (raczej zdrowsza) rodzina Olki.
Oluchna jest bohaterką, jakich w literaturze wiele. Jej ojciec zresztą też. Ona - zamknięta w sobie, egzystująca raczej w swojej głowie (mimo tego, że jest już dorosła), trochę nieśmiała i może nieco pokonana przez tatę (a raczej jego pewność siebie). On - niedojrzały, znikający mitoman i narcyz wprowadzający destabilizację w jej życiu od samego początku. Główna bohaterka chce jednak znać prawdę lub chociaż jej cząstkę. Ojciec co chwilę zmienia temat, unika odpowiedzi. Jak zawsze, odkąd Ola pamięta. Czuć tęsknotę za tym, czego nie było, a mogło być.
Ale mimo, że temat dość popularny, to jednak coś mnie w tej książce urzekło, coś sprawiło, że zostałam do końca. Może klimat, jesienno-zimowy, pełen zaduchu, niewypowiedzianych słów i dziwnej atmosfery? Może zagadka, która nabierała tempa wraz z książką i kolejnymi wypowiedziami bohaterów? Może ta polskość mnie przekonała? Nie wiem.
Nie jest to najlepsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam, ale nie uważam jej za zmarnowany czas. Czy warto? Tak. Ironia, żal, rozczarowanie i smutek. Obiektywnie dobra.
On - Piotruś Pan, narcyz, egoista, mitoman, bon vivant. Ona - próbuje ułożyć sobie życie między stratą, obojętnością wobec kogoś, kogo nie widziała przez lata a miłością. Wpada jak gdyby nigdy nic po trzydziestu latach nieobecności. Absorbuje swoją obecnością, dezorganizuje życie, wywołuje wspomnienia, skłania do stawiania pytań; budzi wątpliwości i niepokój związany z przyszłością. Przeważnie opowiada o sobie, korowodzie znajomych, przyjaciół, przygodnych koleżków, kolejnych żon, kochanek, przyjaciółek. I nagle jak wpadł, tak znikł, pozostawiając pustkę, zaskoczenie. On i ona to ojciec i córka. “Swobodne wpadanie” to książka o relacji - toksycznej, zabagnionej, pozbawionej sympatii, przykrytej na zewnątrz teatralnie fasadową idealnością, ale też o tęsknocie do tego czego nie było, co nie zostało spełnione, dopełnione.
Książka napisana barwnym, dowcipnym, lekkim językiem, w którym widać również swobodne posługiwanie się słowem. Momentami zabawna, choć pod żartem tli się gorzka ironia; poczucie rozczarowania, dyskomfortu, a przede wszystkim rozdarcia - kochać i cieszyć się, bo w końcu to ojciec, czy posłać za drzwi, bo większość życia był gdzieś poza, gdzieś indziej.
Oryginalność tej książki wynika z: nietypowości tematu (relacja córka - ojciec); kontrastu między wyszukanym, miejscami poetyckim językiem a emocjonalną degrengoladą; sarkazmu, ironii przykrywającej bierność, uległość córki, jednocześnie odsłaniającej, czasem aż nazbyt, zuchwałość i niczym niezmąconą pewnością siebie ojca.
"Swobodne wpadanie" to krótka, ale intensywna powieść utkana ze zwykłej codzienności, urywków wspomnień, dialogów i osobistych refleksji. To tłumione urazy, miłość, troska, gniew, poczucie winy. To zmienna dynamika relacji, napięcie, niezręczność i ambiwalencja uczuć. To pytania, które trudno zadać w obawie przed odpowiedzią i wiele niewygodnych tematów. Katarzyna Pochmara-Balcer poprzez kameralną, rodziną opowieść podejmuje kwestie dotyczące wzorców wychowania, emocjonalnego bagażu "dziecka z rozbitej rodziny", skomplikowanej ludzkiej natury i zawiłości rodzinnych relacji. Co ważne wszystko to zostaje opakowane w atrakcyjną dla czytelnika formę – oryginalny kryminalno-sanatoryjny fabularny koncept doprawiony humorem i ciepłą ironią. Podoba mi się w tej powieści fragmentaryczność i powracające retrospekcje. Ciekawe jest również to, czego Katarzyna Pochmara-Balcer nie mówi wprost, co czai się gdzieś w półcieniu – w niedopowiedzeniach, pominiętych kadrach. I lubię prozatorski minimalizm, słowa, które trafiają w odpowiednie tony, bystre metafory. Lubię prozę, którą można się delektować, cieszyć, chłonąć. I proza Katarzyny Pochmara-Balcer właśnie taka jest. "Swobodne wpadanie" to intrygująca opowieść o więzi ojca i córki – relacji, którą trudno ująć w tradycyjne ramy. Świetnie napisana rzecz.
Mówi się, że to druga powieść jest prawdziwym sprawdzianem pisarskiego talentu. Jeśli tak, to Katarzyna Pochmara-Balcer i jej “Swobodne wpadanie” to egzamin z pisania zdany na szóstkę.
“Nie można powiedzieć, żeby był najgorszym ojcem na ziemi”, mówi Oluchna, czterdziestoletnia narratorka nowej powieści Katarzyny Pochmary-Balcer. Bywali ojcowie gorsi. Mitologia zna wiele takich przypadków. Choćby Zeusa, który połknął matkę Ateny po to, by nie urodziła syna, który mógłby go zdetronizować. W ogóle połykanie potomków i przodków było w greckich mitach na porządku dziennym (choć trochę boskim). Oluchna pisze jednak własną mitologię i opowiada nam życie ojca, który w jej życiu pojawiał się niekoniecznie wtedy, gdy był wyczekiwany. “I choć z szukania ojca zrobiłam osobistą dyscyplinę sportową, znajdowanie go wychodziło mi najlepiej jedynie w literaturze”.
“Swobodne wpadanie” to druga powieść Pochmary-Balcer. Debiutanckie “Lekcje kwitnienia”, wielogłosowa opowieść o ludziach zaangażowanych w sekciarski ruch, przyniosły jej kilka nominacji do prestiżowych nagród literackich. Było to jednak aż 5 lat temu. Jak się okazuje — warto było nie spieszyć się. Druga powieść Pochmary-Balcer jest przekorna wobec debiutu.
na konfesyjną narrację „swobodnego wpadania” składają się lata rodzinnych przemilczeń i chaosu, które swój punkt kulminacyjny osiągają wraz z niezapowiedzianym powrotem ojca. dorosłe życie córki, w które wpada mężczyzna, toczy się względnie spokojnie, a ponowne lęki i niepokoje, które weń wnosi przelewają czarę gromadzonej przez lata goryczy. to historia o szukaniu odwagi w egzekwowaniu prawdy, która należy się dziecku od rodzica, ale także o niechęci do pozwolenia na upadek skrupulatnie budowanego przez lata ojcowskiego pomnika. bohaterka będąc dorosłą kobietą zyskuje niepowtarzalną okazję do walidacji uczuć dziewczynki, jaką niegdyś była i postanawia pociągnąć mężczyznę do tej odpowiedzialności.
to opowieść oparta na przebłyskach wydarzeń, próbująca cerować dziury po dawnych żalach i zrozumieć motywacje nieobecnego ojca. atmosfera w mieszkaniu córki jest napięta, co czuć w każdym zdaniu, a emocje wzbierają silnymi falami, zalewając kolejno każde z pomieszczeń. pełno tu żalu i złości, ale też współczucia dla tej kilkuletniej wersji siebie, która musiała dźwigać nazbyt wiele.
Ukryty pod ciężkim, zimowym płaszczem emocji i goryczy humor oraz językowa kreatywność, bez nadmiernej pretensji - momentami można się poczuć jak w opowiadaniach Deborah Eisenberg, a jednak zmierza to wszystko dokądś, do wiszącego nad czytelnikiem finału, rozstrzygnięcia relacji Oli z ojcem.
Satysfakcjonująca lektura mimo że to "kolejna współczesna polska powieść o trudnej rodzinie od Cyranki". Znacznie silniej i szczerzej angażująca niż "Lekcje kwitnienia".
Książkę czytało mi się bardzo dobrze, przeżywałam ją, gdy byłam w jej środku, ale kiedy ją odkładałam, nie działo się już nic. Nie jest to ani zaleta, ani wada – raczej cecha, której wtedy właśnie potrzebowałam. CZytałam ją na raty i kiedy ją otwierałam, doskonale pamiętałam, co się w niej działo, mimo że w ciągu dnia w ogóle o niej nie myślałam. Rzeczywiście wpadłam, ale równie swobodne wypadłam co jest niezwykle ciekawym doświadczeniem.