O rety.
To opowiadanie jest tak tematycznie bogate, tak emocjonalne, tak dobrze skonstruowane, że sprawia, że zaczynam kwestionować założenia kryminału jako gatunku. Bo tutaj Miles prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa, śledztwo, które dotyczy go bardzo osobiście, chociaż pozornie nie ma nic wspólnego z ludźmi, którzy są w nie wplątani. I jak w każdym dobrym kryminale, zbrodnia jest tylko pretekstem, żeby przedstawić szersze problemy społeczne - zderzenie kultur, pokoleniowe resentymenty, napięcia małej społeczności. I to jest opowiadanie o żałobie, gdzie duchy Piotra Vorkosigana, Bothariego, Rainy nawiedzają każdą scenę. I jeszcze niektóre sceny są odbiciami albo dopowiedzeniami scen z poprzednich tomów. To kalejdoskop tej serii, przynajmniej tego, co dotąd czytałam.
Kryminał przedstawia zbrodnię jako intelektualną zagadkę. Emocje są w nim brane pod uwagę jaki możliwa motywacja działań, zwłaszcza, jeśli chodzi o emocje motywujące zbrodniarza. Tutaj Bujold wzięła na warsztat różnicę pomiędzy rozwiązaniem zagadki a zaprowadzeniem sprawiedliwości - co nie jest synonimiczne, chociaż gatunek najczęściej tak właśnie to traktuje (Conan Doyle podejmował ten temat w późnych opowiadaniach o Sherlocku, tych po jego cudownym powrocie, gdzie był znacznie bardziej cyniczny i krytyczny wobec wiktoriańskiego społeczeństwa i jego norm). Miles widzi różnicę między dowiedzeniem się kto zabił, a zaprowadzeniem sprawiedliwości, ponieważ pełni podwójną rolę - detektywa i sędziego. I każda z nich ma inne wymania.
Moment wydawania wyroku jest tak pełen emocji, tak symboliczny, tak głęboki w tym, jak wybrzmiewają w nim tematy sagi, że brzmi jak scena z tradycyjnej baśni, jak moment wypowiedzenia klątwy. Miałam dreszcze, jak czytałam.