Powieść oniryczna, zawieszona między podziemiami cegielni a murem szpitala psychiatrycznego; opuszczonym ewangelickim cmentarzem a budynkiem szkoły.
Dziecięcy bohaterowie śladom przeszłości nadają własne znaczenia, symbole. W dorosłości te miejsca zanikają. Giną w pamięci, ale i fizycznie - powstają ogródki działkowe, bloki, wygładzone chodniki i parkingi. I ostatecznie zostajemy z pytaniem - jakie to miało znaczenie, skoro nie zostały żadne ślady?
Weiser jest jak dybuk - duch, który przychodzi, by przypominać. Demiurg dziecięcej wyobraźni - sprawca wybuchów, wybawiciel z kłopotów, zabawiacz w czasie nudy. A może go nie ma, może jest tylko wytworem wyobraźni, śladem po narodzie, który zniknął. Cieniem żydowskiego sztetla. Bo i tak ostatecznie nikt o niego nie pyta, nie szuka.
Katolicyzm ludowy, pełen niezrozumiałych rytuałów, procesji, szeptanych zaklęć jest równie obcy jak opowieść Dawida. Jedno i drugie to baśń, element rytuału zabawy lub przeszkody, która stoi na drodze do zabawy.
Elka jest NIemką i to również nikomu z nich nie przeszkadza.
I tu właśnie Huelle dokonuje cudu. Pokazuje wielokulturowość nie jako projekt polityczny, ale jako element dziecięcego świata. Dzieci są tolerancyjne, bo nieobciążone ideologią; nie nadają znaczeń, które przypisują osobom, miejscom dorośli. Jest współpraca, przygoda, czysta zabawa.
Czy to jedyna interpretacja tej książki? Nie. Narrator sam myli tropy, podsuwa rozwiązania: jakie znaczenie ma prawda, skoro liczy się tylko mit, baśń. Może nie chodzi o pamięć, ale o odtwarzanie świata i o to, że przeszłość istnieje tylko wtedy, gdy ktoś ją opowiada, tak jak mu się wydaje, że pamięta.
Może więc “Weiser Dawidek” to opowieść o znikaniu - miejsc, ludzi, narodów, dzieciństwa. O tym, że rzeczywistość ulatuje, ale opowieść trwa. I może to jest jedyna prawda, na jaką możemy sobie pozwolić.
Książka wybitna, wielowarstwowa, metaforyczna; każda warstwa skrywa kolejną, kolejną i kolejną… Lektura obowiązkowa.