To jest książka o codziennym projektowaniu i zwykłej architekturze. Trochę też o życiu.
Autor zabiera nas na spacer po warszawskim Grochowie. Zagląda do swojej dawnej szkoły podstawowej. Włóczy się po bliższej i dalszej okolicy. Obserwuje pracę grupy projektowej Centrala. Dociera też do Dessau (gdzie przeżywa pewne rozczarowanie). Zaprasza do swojej pracowni. Opowiada o niepowodzeniach, porażkach, komicznych sytuacjach. Ale także o spotkaniach i o ludziach, dzięki którym ten fach bywa taki fajny.
Przeczytamy o tym, co łączy design z literaturą. Poznamy opowieści o zgubnych skutkach nadużywania wykrzykników, ambiwalentnym uroku piktogramów i burzliwych związkach typografii z rewolucją. Przyglądając się estetyce transparentów, dowiemy się, dlaczego bunty społeczne tak bardzo potrzebują odpowiedniego designu.
Gościnne występy zbierają niektóre wykłady Marcina Wichy dla studentek i studentów uczelni artystycznych oraz teksty o projektowaniu publikowane w prasie.
Sięgnęłam po „Gościnne występy” w odruchu żałoby i poczucia straty. Żeby trochę się oszukać, że ta straszna rzecz się nie stała. Żeby pogrzać się w dowcipnej inteligencji i celnych diagnozach Marcina Wichy. Oczywiście wszystko to dostałam, tylko mój smutek wcale nie stał się mniejszy, wręcz przeciwnie. Teksty, jak to w zbiorze przedruków z miejsc najróżniejszych, są mniej i bardziej ciekawe, klasyczne i artystyczne. Mnie szczególnie uwodzą te adresowane do studentów, w których widać jaką otwartość, ciepło i uważność Marcin Wicha w sobie nosił. Nie będę pisać recenzji, ani analizować, tym bardziej oceniać. Daję 5* z miłości. I zostawiam tu po prostu kilka wyimków.
* Właściwie to wszystko, co mam do powiedzenia o designie. Tak to działa. Designerzy rozdają zabawki, a potem idą debatować o innych projektach i pić napoje alkoholowe. Władza w mundurze (albo nie w mundurze) pilnuje, czy właściwie się bawimy. A na końcu i tak nasze dzieci będą musiały to wszystko posprzątać. * Wykrzyknik oznacza zdumienie, krzyk, protest. Mamy dzisiaj mnóstwo okazji, żeby go używać. Mamy powody, żeby krzyczeć. Krzyczeć, żeby ktoś nas usłyszał. Krzyczeć na znak niezgody. Krzyczeć na znak protestu. Krzyczeć ze strachu i bólu. Krzyczeć, żeby zwrócić uwagę na to, czego inni nie dostrzegają. Krzyczeć w imieniu tych, którzy nie mogą krzyczeć. Którym odebrano głos. * W szkole mówili nam: „powiedz to własnymi słowami”. Czyli jak mianowicie? Słów nie mamy na własność. Prywatyzacja jakoś je ominęła. Słowa są wspólne. Dzielimy ich zasób z innymi użytkownikami języka. A jednocześnie próbujemy coś powiedzieć po swojemu. Wyrazić własne doświadczenie, myśli czy poglądy. Ułożyć słowa w taki sposób, żeby inni przez chwilę byli nami. Albo jeszcze kimś innym, albo czymś innym, czymś trzecim, czwartym lub piątym. Osobą, istotą, rzeczą. * „…Załączam fakrurę”. – Naprawdę tak napisałeś? „Fakrurę”? – Tak. To gorsze niż „pizdrawiam”. – To gorsze niż „posramy się zdążyć”. To najgorsze ze wszystkiego. – Może nie zauważą. Pójdę po kawę. * Przykro odkryć, że nasze poglądy mają termin przydatności. Że to, co uważaliśmy za normę, wcale nie musi być normalne. Usłyszeć, że nasze opinie i aspiracje zostały zdeterminowane przez przynależność do grupy, klasy lub pokolenia. Że ktoś nam poukładał w głowach. Czujemy się tym upokorzeni. * Nazywanie też jest formą projektowania. Śmieci to nieczyste sumienie designu. * Ziemia ma rozum. Swoje wspomnienia zapisane w glebie. Trzeba jej oddać głos i znaleźć nową architekturę. Nową równowagę między kontrolą i przystosowaniem. Między przekształcaniem świata i próbą jego zrozumienia. * Lwy na widoku i ukryte żółwie. To miejsce stanowiło ilustrację podstawowych zagadnień projektowania, architektury i designu. Przypominało, że budynki mają za zadanie eksponować, ale też ukrywać. Projektowanie jest wytyczaniem granicy widzialności. Kształtowaniem naszej wiedzy. Ustalaniem, czego wolno nam się dowiedzieć. Kto ma prawo się schować. * Związki między architekturą i językiem bywają trudne. Architektura pracuje z przestrzenią. Słowa potrafią najwyżej tuszować błędy projektanta. Uzasadniać, objaśniać i łatać. Narzucać arbitralne programy. * W ciągu roku siedemset tysięcy ludzi odwiedza ogród – i tutaj musi się pojawić socjoprzecinek, może nawet średnik rozwarstwienia, wtrącenie o społecznych bańkach i wojnach kulturowych – być może zoo bije rekordy popularności, choć w zoo się nie bywa. To znaczy: nasze „się” nie bywa. Nasze „się”unika zoo, nasze „się” się wstydzi. Chyba że akurat ma dzieci. Ale nawet wtedy: kto wrzuci do internetu fotografię swojego berbecia na tle żyraf, może być pewien, że wkrótce wrażliwi znajomi pospieszą z zastrzeżeniami natury moralnej.
3/5 bo Wicha się powtarza, wydaje swoje stare teksty jako nowe książki, jakby trochę zabrakło pomysłów. Jednak choć się powtarza - to się dobrze czyta, zawsze jest miejsce na jakieś małe olśnienia, ciekawie obserwuje świat jako projektant.
Wicha piszący o designie, architekturze, typografii, pracy grafika jest zdecydowanie moim ulubionym.
Są tu kawałki wcześniej publikowane to tu, to tam, jedne lepsze, drugie słabsze. Te lepsze — Wykład z wykrzyknikiem — są jak debiut. Te słabsze jak "Nic drobniej...".
Osoby mające z edytorstwem (np. piszącą te słowa korektorka z sympatią spoglądająca w stronę DTP-u, zainteresowana architekturą i wzornictwem) coś wspólnego z pewnością docenią bardziej niż laicy.
Zbiór esejów na rózne tematy okoloprojektowe. Ksiazki Wichy bardzo latwo sie czyta, ale niektore eseje byly zbyt insiderskie zeby wzbudzily moje zainteresowanie (postaci z designu polskiego lat 80 lub szczegoly wczesnego designu radzieckiego). Felietony o protestach na Bialorusi lub o wstepie do deginu dla pierwszego roku studiow byly swietne.
"Tego lata Białorusini walczyli nie tylko z policją Łukaszenki i ekipą rosyjskich propagandystów. Musieli się zmierzyć z nami, poczciwymi użytkownikami internetu. Musieli walczyć ze swoim znużeniem i lękiem, i bólem, lecz także z naszym zniecierpliwieniem. Z naszą alergią na powagę. Z naszą ironią, która nie wytrzymuje nadmiaru patosu. Z naszym indywidualizmem, który źle znosi widok tłumu. Zainteresowanie to metal ziem rzadkich. Narody walczą o odrobinę zainteresowania. Miejsce na czołówkach. Slot w newsfeedzie. Kolejną transzę klików."
"Jednym ze sposobów może być praca grafika – i w ogóle nurkowanie w obrazy. Takie zajęcie daje inny kąt spojrzenia. Przypomina, że słowa są zbudowane z ukośnych i prostych linii. Kropek i kresek. Łuków, haczyków i daszków."
autor pisze: „moja godność została pogrzebana i leży gdzieś w okolicach Krakowskiego Przedmieścia” - moja też, Panie Marcinie, moja też
książka ciekawa, w jego stylu (jakbym to już czytała?) - mnóstwo krytycznych uwag na temat projektowania, jego funkcji, przyszłości oraz przeszłości, jego wizerunku. wicha zmusza do refleksji, ale nie narzuca swojej wersji wydarzeń. ja to bardzo doceniam.
Lubię styl, w jakim pisze Wicha, ale ten zbiór esejów to właściwie trochę luźnych myśli, trochę anegdot, pięknie opakowanych - czasami też bardzo niezrozumiałych dla laika w kwestiach designu (pierwsze rozdziały przebrnęłam z trudem, tyle było niedopowiedzeń, domysłów)
Solidny zbiór bardzo rozmaitych tekstów, bo powstałych na bardzo różne zamówienia, ale zawsze z pasji, doświadczenia, wiedzy. Jakość frazy Wichy nigdy nie zawodziła, ale zdarzały mu się rzeczy obojętne - a o "Gościnnych występach" tego powiedzieć się nie da. I strasznie żal, że więcej nie będzie.
ABSOLUTNIE 5 gwiazdek. Humor o projektowaniu to inny wymiar. Daje inne perspektywy i zapewniam że znajdziecie dziesiątki genialnych cytatów. A co ważniejsze nie są tylko genialne ale też PRAWDZIWE. przynajmniej w moim odczuciu
Szkoda, trochę się zawiodłam, bo niektóre teksty świetne, a inne „od czapy”. Byłam na wykładzie o wykrzykniku na żywo i warto było ją kupić, by do tego wrócić.
Książka cierpi na typowy problem zbiorów niezależnych od siebie treści, tekstów, wykładów czy też wpisów na blogu. Są lepsze i gorsze. Polubiłem fragment o transparentach i wagi designu w ich tworzeniu. Przelatywałem przez wspomnienia o nazwiskach, które potrzebowałyby więcej miejsca, żeby zareprezentować ich wartość. Brak myśli przewodniej przez całą książkę powoduje, że treść wylatuje równie szybko jak wlatuje. Niektóre z wpisów może dobrze sprawdziły się w danym miejscu i czasie, ale już po zgromadzeniu ich w książce sprawiają wrażenie oderwanych od całości. Inne z kolei dają odczucie obcowania z recyklingiem. Brakuje mi tutaj jakiejś myśli przewodniej poza osobą autora.
Wydaje mi się, że to może być dobra pozycja dla stałych fanów autora, zaznajomionych już z jego książkami czy wykładami. Nie będąc fanem, raczej próbowałbym zacząć od innych publikacji.
" Lwy na widoku i ukryte żółwie. To miejsce stanowiło ilustracje podstawowych zagadnień projektowania.
Dystans jest gramatyka designu
Nazywanie też jest formą projektowania
Pandemia uderzyła w małpki, bo w domu nie trzeba ukrywać się z piciem.
Awangarda bez nadziej.
Jestem marionetką Alberta Camusa
Typografia jest spiskiem. Odręczne pismo-zwiazkiem na zawsze. Solidarnością liter.
Pracując z obrazem majstrujemy przy słowach.
Dzielnie walczyłem z dopełniaczem
Zeszło się dwudziestu może trzydziestu osób. Głównie mężczyźni. W sportowych kurtkach, chciaz nie uprawiali sportów. W kamizelkach rybackich chociaż nie szli na ryby.