Książka przewrotna i zarazem wywrotowa. Rafał Matyja pisze w niej o… Cmentarzu Rakowickim, a raczej o tym, co można z niego wyczytać. Krakowska nekropolia służy mu jednak nie tyle za przedmiot opisu, ile zbiór znaków pozwalających przyjrzeć się miastu – temu, jak się rozwijało, i jak kolejne etapy tego rozwoju były przyjmowane, a najczęściej ignorowane, przez elity. To książka o wypartej historii, o przeoczaniu epokowych szans oraz o tym, co z tego wynika na przyszłość. Jak pisze autor, „Kraków jest dobrym miejscem do mieszkania, ale jeszcze lepszym do studiów nad odchodzącymi wzorcami miejskości. Do przyglądania się narodzinom jej nowych form”.
Celem autora jest opisanie Krakowa przez pryzmat słynnego Cmentarza Rakowickiego. Pomysł ciekawy, nie powiem, dlatego sięgnąłem po tą książkę. W jednym z pierwszych rozdziałów pada stwierdzenie, że na Rakowicach łatwo jest się zgubić (to prawda) i jest to zdecydowanie punkt, który łączy tą książkę z nekropolią opisywaną przez autora. Czytając ją gubiłem się w dygresjach, rzucanych (a czasem prawie wyliczanych) nazwiskach, które mało co mi mówiły, oraz masie powtórzeń (gdybym pił za każdym razem, gdy widziałem zdanie, że „PRL nie istnieje w historii Krakowa”, to byłbym pijany przed połową książki). Słowem - bałagan bez większej myśli przewodniej. Jestem rozczarowanym i czekam na jakąś lepszą pozycję o Krakowie.
Poczatek mi się podobał: nowy sposób opowiedzenia o Krakowie, może dowiem się czegoś nowego. No cóż. To, że nie lubi się Warszawy, szanuję profesorów, a kawę należy pić w lokalu na konkretnej ścianie rynku już wiedziałem. Oczywiściej urodziłem się w Krakowie: pierwsze dziecko rodziców, przybyłych ze wsi, do rozwijajacej się już Nowej Huty. Jakoś nie widzę problemów w tym, że do tej pory mało znam Krowodrze czy Bieżanów: człowiekowi zmieniają się obowiązki: studia, rodzina, praca nie mówiąc, że teraz jestem już już mieszkańcem aglomeracji krakowskiej. Nie czuję jakiejś krakowskiej stęchlizny- pewnie: lokalne układy działają, ludzie są rozdwojeni między dumą z bycia turystyczną ziemią obiecaną, a pogardą wobec samych turystów, ale dla mnie jakoś to się równoważy. Ciężko mi to wyrazić, ale ja nie dostałem odpowiedzi na żadne pytania, mało tego, momentami nie mogłem zrozumieć jak brzmią pytania. Do tego stawiam, być może niesprawiedliwą tezę, że gdyby autor skupił się na samych Rakowicach książka była by sporo chudsza. Myślę, że dobrze było by wskazać potencjalnym czytelnikom: owszem Pan Matyja stawia kilka ciekawych (bo nie wiem czy przełomowych) tez, ale okrasza je zbyt dużą ilością swoich przemyśleń.
Opowieść chaotyczna i nie wiadomo właściwie o czym. Pełna nieciekawych dygresji, które nijak się mają do założonego tematu, oraz powtórzeń. Jakby autor nie miał za wiele do powiedzenia. Szkoda czasu
"Kraków dochodzi do punktu zero. W którym wszystko to, co sam w sobie widzi, traci na znaczeniu. A zyskuje to, czego widzieć nie chce i nie potrafi.
Miasto, które można poukładać na nowo.
Uznać, że współcześni mieszkańcy - bez względu na to, kiedy przyjechali i na jakim osiedlu mieszkają - są gospodarzami, a nie podejrzanego pochodzenia uzurpatorami. Że aktywiści to nowe określenie miłośników miasta, a nie ludzi, którzy nic nie potrafiąc, nie mając profesorskich tytułów, "budują się na Krakowie".
>Miasto zero< nie opowiada żadnej lepszej wersji Krakowa, wielu jego mieszkańców będzie w niej widziałi wręcz opowieść gorszą. Ale ten inny Kraków trzeba było pokazać".
Meandryczna narracja, przy której prosi się wciąż Matyję: "do brzegu!". Ale on prze, wraca do cmentarza, żeby zaraz opowiedzieć o KW PZPR, PRL-u, książce Legutki, krakowskości, wydrylowanych, wybrakowanych biografiach, researchu na Wikipedii, średnio istotnych danych statystycznych i wielu innych rzeczach, które raz odciągają od konkluzji, a raz są po prostu konkluzją. Niemniej to najciekawsza książka o Krakowie, jaką czytałem, ni przewodnik, ni vade mecum, bardziej diagnostyka ze wskazaniem na "wyjście awaryjne". Tak, Matyja znów robi "wyjście awaryjne", więc być może klucza do nowoczesności Krakowa trzeba retroaktywnie szukać w jego "Miejskim gruncie".
Czytałam ją długo i często przerywałam, po części dlatego, że różne uwagi i wątki inspirowały mnie do dalszych poszukiwań i zamiast czytać książkę, googlałam nazwiska i wydarzenia w niej wspomniane. Miejscami bardzo konkretna, chwilami nudna i rozmyta, powtarzalna momentami, a momentami zbyt szybko przelatująca nad czymś wartym komentarza. Przez to wszystko wydaje się bardzo nierówna poziomem, ale i tak dowiedziałam się z niej mnóstwa ciekawych rzeczy, nie tylko o Krakowie
Z pryzmatu krakowskiego panteonu - cmentarza Rakowickiego - o Krakowie, jego elitach, obrazie, historii, tożsamości i nowoczesności.
“Cmentarz odwiedzany jako inspiracja daje efekt, którego nie zapewnią żadne badania zaprojektowane że ściśle określonym celem.” - efekt dobry choć nieco chaotyczny w odbiorze.
Autor długo nie chce się zdradzić ze swoimi pogladami, kluczy i chodzi naokoło, mimo wszystko przejmując się opinią Krakusów. Zupełnie niepotrzebnie, bo gdy wreszcie odpina wrotki i niemal wrost drwi z zadufanego Krakowa, zdobywa mój entuzjazm - bo myślę o tym mieście dokładnie to samo.
Ale bardziej serio: Matyja twierdzi, że Kraków uparcie nie chce przyjąć do wiadomości swojej nowoczesności, zupełnie ignoruje okres PRL-u i zbyt dużo energii zużywa na celebrację galicyjskich hierarchii i porządków. Byłby punkt niżej przez powtórzenia i powolne rozwijanie wywodu, ale przecież jestem zwolennikiem właśnie takiego sposobu rozważań o mieście. Bardziej esencjonalnego niż historycznego, bo przecież nie chodzi o komentowanie stereotypów na temat miasta, ale pomoc w znalezieniu formy, która najlepiej odpowie na wyzwania nowoczesności.
„Warszawa jest zawieszona pomiędzy, jest trochę jak dawne miasta portowe – między własnym krajem a światem. Nawet nie kosmopolityczna, ale właśnie portowa. Kraków – choćby nie wiem jak bardzo czuł, że leży pod Wiedniem, i przez swą środkowoeuropejskość czy galicyjskość zalicza się do lepszej części Polski – takim miastem portowym być nie potrafi i nie chce. Jest największym miastem polskiego interioru. Nie stał się symbolem walki o wolność tak jak Gdańsk czy w 1956 roku Poznań. Był zawsze bardziej pośrodku. W głębi może antykomunistyczny, ale po wierzchu spokojny i oportunistyczny. Niby konserwatywny, ale najlepiej mu było z prezydentem wywodzącym się z SLD. Niby – jak twierdzono – opozycyjny wobec „katolicyzmu toruńskiego", ale jakoś pogodzonyz najbardziej obskuranckim biskupem naszych czasów. Aspirujący do bycia metropolią, ale w zasadzie rozmiłowany w małomiasteczkowości”