Nie jest za dobrze. Do pierwszej części serii, "Siewcy wiatru", też miałam swoje uwagi. Ale doceniałam ją za ciekawy koncept, wciągającą treść, łatwych do polubienia bohaterów, humor, nawiązania, no i za kunszt pisarski.
Ta część mnie po prostu rozczarowała. Mam wrażenie, jakby została napisana przez kogo innego. Autorka wyczerpała pulę aluzji biblijnych, zaczyna się powtarzać, a żart staje się toporny. Bohaterowie zachowują się jak zupełnie inni ludzie, to znaczy aniołowie. Asmodeusz, mój wcześniejszy ulubieniec, nagle sobie ubzdurał, że będzie pomieszkiwał na Ziemi i zabiegał o względy przypadkowo poznanej kobiety. Nawiasem mówiac, Kossakowska nadal za grosz nie potrafi wykreować bohaterki, która byłaby chociażby znośna. Pozostałe postaci również sprawiają wrażenie odległych, odmienionych. Nawet do siebie wzajemnie zwracają się inaczej niż do tej pory. Zupełnie jakby autorka nagle zmieniła zdanie w wielu, mniej i bardziej istotnych, kwestiach. A czytelnik ma się z tym po prostu pogodzić.
Na pochwałę zasługuje natomiast kreacja Lucyfera - Pan Głębi staje się pełnowymiarową, wartościową postacią, z którą można współodczuwać, której można współczuć lub ją ganić w myślach. Najważniejsze jest jednak to, że zmusza czytelnika do refleksji.
Kolejną mocną stroną książki jest wątek głównego bohatera, Daimona. Okazuje się, że bez irytującej anielicy u boku całkiem spoko z niego gość. Targany rozterkami, osamotniony, opuszczony przez przyjaciół, zaszczuty przez wrogów spotyka na swojej drodze anioła bardzo niskiej rangi, stróża kotów. To w nim znajduje oparcie, którego nie dali mu jego świetliści przyjaciele. Dobrze poprowadzony wątek, który sprawił, że wreszcie zaczęłam pałać sympatią do Anioła Zagłady.