Wiedziałam, że zawsze muszę być gotowa na scenariusz dziki, dziwny. I że musimy się w nim trzymać razem.
Bezkompromisowa i brawurowa – taka jest autobiograficzna proza Elizy Kąckiej. To opowieść o podwójnym doświadczeniu pewnej odmienności i nieprzystawalności do narzuconych społecznie ram. O mozolnym, ale pięknym budowaniu trudnej, nieoczywistej relacji. O byciu matką i córką. O życiowym dryfie, performowaniu świata i wydreptywaniu wiedzy. O dzielności. O miłości. O życiu w kokonie i wychodzeniu z niego motylem. O tym, ile mogą znaczyć słowa i jak to jest widzieć je w kolorach.
Nagroda Nike 2025, przyciąga uwagę okładką i porusza ważny, niewyczerpany a zatem aktualny temat, który mógłby skłonić do refleksji nad innością. Mam wrażenie, że nagroda za autobiografię, nie zaś za sztukę pisania. Niestety mający być zaletą potok myśli pozostawia wiele do życzenia, a na pewno, wbrew opiniom krytyków, nie jest oryginalnym rozwiązaniem. Przerost formy nad treścią sprawia, że historia staje się nużąca, trudna przebrnąć. Bohaterowie i wątki rozwijają się według banalnych schematów, a narracja miejscami wręcz nuży. Całość wydaje się przereklamowana i zdecydowanie nie spełnia oczekiwań, jak obietnica wynikająca z nagrody. Szkoda czasu na lekturę, gdyż potencjał tematu został zmarnowany. Tyle słów, a niewiele żywej myśli. Chciałem aby książka jak najszybciej się skończyła, aczkolwiek mam nadzieję, że wygra, tak aby Autorce poprawić sytuację finansową i odciążyć ja po trudnych przejściach
Jednym z obowiązkowych punktów na turystycznej mapie Łodzi jest Pasaż Róży. Jego nazwa nie wzięła się bynajmniej od różanych nasadzeń towarzyszących lustrzanej mozaikowej elewacji – te bowiem pojawiły się znacznie później jako element agresywnej polityki kulturalnej Urzędu Miasta Łodzi, o czym można przeczytać choćby tu. Geneza powstania Pasażu dostępna jest nielicznemu gronu, w czym sporą część współwiny ponoszą łódzkie władze w mizernej ekspozycji tablicy informacyjnej. Tymczasem za tą instalacją – czy też przykładem sztuki konceptualnej, jak wolę go postrzegać na użytek prywatnej leksyki – kryje się dramat rodzicielski jej twórczyni Joanny Rajkowskiej (tak, tej samej od palmy na warszawskim rondzie gen. de Gaulle’a). Słodycz macierzyństwa wywołana narodzinami córki Róży została zniszczona lekarskim wyrokiem: obustronny nowotwór oczu. Artystka wraz z mężem rozpoczęli walkę o zachowanie zmysłu wzroku dziecka, okupioną koniecznością poddania dziewczynki kilkukrotnym operacjom, z których każda nosiła znamię podwyższonego ryzyka. Długotrwałe leczenie, którego powodzenie u zarania było szacowane na kilka procent zapobiegło nie tylko ekstrakcji gałek ocznych, ale pozwoliło na szczątkowe zachowanie przewodnictwa nerwowego. Ta szczątkowość odbiła się niestety na jakości widzenia. Obraz widziany przez Różę jest mocno zniekształcony, „popękany” mozaikowo na suwerenne części niczym potłuczone zwierciadło. Pasaż Róży jest nie tylko wizualnym symbolem drogi, jaką córka Joanny Rajkowskiej przeszła z krainy mroku do cywilizacji światła – mocno niedoskonałej, jak każda cywilizacja. Rzeczone dzieło sztuki to przede wszystkim podjęta przez artystkę próba spojrzenia na świat oczami swego dziecka, a jednocześnie wyzwanie rzucone patrzącym widzom i widzkom: zsolidaryzowania się z Innym (w tym wypadku z osobą niepełnosprawną) poprzez ćwiczenie z empatii. Zobrazowanie, że sposób percepcji rzeczywistości polega na scalaniu w całość różnych fragmentów jednego obrazu.
Pracę Rajkowskiej przytaczam w tym miejscu dlatego, że to co jej udało się osiągnąć w warstwie wizualnej, Eliza Kącka urealnia na płaszczyźnie literackiej. Ta książka to nie tylko dokument z trudów wychowywania dziecka neuronietypowego, ale przede wszystkim próba wejścia w jego skórę, przyswojenia rzeczywistości i jej ogląd przez pryzmat emocjonalności autystycznej dziewczynki. To przykład prozy heroicznej i antyheroicznej zarazem, gdyż pisarstwo Kąckiej ufundowane jest na niepewności, niedoskonałości i graniczącego z pewnością prawdopodobieństwa niepowodzenia wszelkich podjętych prób. Ostatnim akordem wieńczącym ten tytuł jest nikła nadzieja przeniknięcia przez neurologiczną barierę, która różnicuje sposób odbierania świata matki i córki.
Sposób pisania Elizy Kąckiej o macierzyństwie jest obcy polskiej tradycji literackiej, która nie toleruje innego ujęcia tego toposu niż w kategoriach ultrapozytywnych. Opowiadanie bez upiększeń o byciu matką noworodka czy też – o zgrozo! – wypowiadanie się w tonie krytycznym, w tym o dziecku jest poważnym wykroczeniem przeciwko społecznym oczekiwaniom. De maternitate nihil nisi bene. Można postrzegać tę książkę jako pieśń miłosną zwróconą ku innemu światu neuroatypowego dziecka, lecz składa się ona ze stanz i strof przesiąkniętych bezradnością, niemocą, nieporadnością i bezbronnością wobec konieczności tańczenia po kruchym lodzie. Myślę, że w tym właśnie drzemie siła tej pozycji.
ta jedna dodatkowa gwiazdka to za warsztat. bo mogło być gorzej. ale niestety kompletnie nie jest to książka dla mnie. innym daje do myślenia, mi podniosła poziomy frustracji do tego stopnia, że prawie zaparowałem tablet swoim ciężkim wzdychaniem
Poza tym, że książka jest koszmarnie nudna, to stanowi jakąś literacką tragedię, gdzie użyty język jest absolutnie ociężały i męczący. Jedna gwiazdka dla dziadka.
2,2⭐ (byłoby trzy w skali goodreadsowej, ale dyskusja na zajęciach - pozdrawiam was dziewczyny - uświadomiła mnie o dodatkowych problemach tej książki)
Powiem tak - szanuję próbę podjęcia tematu, który nie pojawia się za często, to znaczy relacją z osobą w spektrum autyzmu. Niestety tylko to i niektóre fragmenty są jedynymi plusami, jakie mogę znaleźć. Zaczynając od stylu, który często po prostu mnie męczył i sprawiał, że gubiłam wątek, o czym tak naprawdę czytam (też przyjaciółka, do której wysyłałam fragmenty, nie potrafiła zrozumieć, o co chodzi). Tutaj też pojawiła się moja osobista preferencja dotycząca akapitów - długie o wiele trudniej mi się odbiera, a myślę, że na spokojnie dałoby się je rozdzielić, dzięki czemu nawet te dygresje czy metafory (które czasem zdawały się nie na miejscu) stałyby się przyjemniejsze w odbiorze. No i niestety samo ujęcie tego tematu, przy którym często łapałam się na myśli, że nieco jest ono szkodliwe i minięciem prawdziwego sedna zrozumienia, które należy okazywać takim osobom.
Przede wszystkim artystyczny majstersztyk, któremu przyznaję osobistego Nobla dla Elizy Kąckiej jako matki.
Na pohybel wszystkim mądralińskim, którzy "wiedzą lepiej i najlepiej". G wiecie, to ode mnie. Eliza Kącka to matka, jakiej większość matek nigdy by z siebie nie wykrzesała.
I medal dla Rudej za tak ciężką, ale wytrwałą walkę ze światem (nie na jej warunkach) i o mowę.
Eliza Kącka to potęga na skalę międzynarodową. Zazdroszczę takiej siły, takich powodów do dumy z siebie i życzę, żeby Autorka też je uznawała, choć wiem, że to nie jej model przeżywania siebie. Niemniej jest wielka w każdym swoim wcieleniu: rodzicielskim, indywidualnym, zawodowym i artystycznym.
____________________________________
Waży słowo jak przedmiot. Nie boi się powtórzeń, jakby inwencja była niższym szczeblem gry. Liczy się precyzja w obracaniu w palcach bryły zdania, w szlifowaniu jej za każdym obrotem. To nie fetysz, to szacunek rzeźbiarki dla materiału - i zależność od niego. Wcześniej mogłam najwyżej dukać coś akademicko o słowie, ale nie wiedziałam nic o innej gęstości istnienia. Tej, w której odbija się jej stosunek do mowy. W naszym świecie nie uprawia się pojęciowej żonglerki. A każde pojęcie, ciężkie jak piłka, może podbić nam oko. Lepiej nie nadużywać słów. - Nie mów już - upomina, gdy w mojej mowie robi się tłoczno. Zamyka mi dłonią usta, gdy się zapędzam, pytluję. Gdy bawię się dostawianiem kolejnego synonimu, a w jej oczach widzę: "dość". Prawda, każdy synonim blokuje kolejne miejsce, każdy termin domaga się dla siebie przestrzeni. A potem co będzie? Kryzys klimatyczny mowy, wielkie topnienie, klops.
[...]
Wlokła ze sobą słowa, dużo słów. Gdyby mogła, ciągnęłaby za sobą bibliotekę. Na szkolnych korytarzach, wątła i głodna, bo zbyt spięta, by jeść, przepychała rączkami pod ścianę całe hałdy zdań, kilogramy liter. W parku, tuż przy przejściu dla pieszych, gdzie bezpiecznie mogłyśmy ujawnić się jako rodzina, przekazywała mi półotwarty plecak z pełną śniadaniówką [...]
Skarga na mowę, nieodwołalna, została z nami. Osłabiła ją miłość do języków, coraz wyższa sprawność w posługiwaniu się słowem obcym. Jej nadzieja, że nauczy się wszystkich wariantów odpowiedzi na każde możliwe pytanie. Bo przecież język nie jest materią żywą i plastyczną. To monstrualne pudło z klockami. Wszystkich trzeba nauczyć się na pamięć – by wreszcie mieć mowę, zyskać spokój.
– Czuję się sztywno, gdy mówię – powiedziała mi kiedyś.
Mowa mija się z ciałem. Ale co to załatwi, gdy jej powiem? Nie uwierzy. Nieraz dała do zrozumienia, że mam bilet wstępu do świata łatwych słów i zdań. Bilet, którego jej odmówiono.
Brak mi już zaufania do mowy. Zrobiła nam wielką przykrość.
[...]
– Życz mi dobrego dnia – mówiła przed wyjściem z domu.
– Jasne, życzę.
– Powiedz: dobrego dnia.
– Dobrego dnia, córko.
Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że chodzi o to, by wiernie powtórzyć formułę. I że powtarzanie nie jest nieważkim obrządkiem.
Życząc jej dobrego dnia, sprowadzałam dobry dzień. Przyjąwszy to do wiadomości, odkryłam skalę odpowiedzialności za słowo. Okrucieństwem byłoby odmówić tego pożegnania.
– Miej dobry dzień, córko.
Wkładałam w to pozdrowienie wszystkie chowane w rezerwie dobre emocje. Nie miałam jednak złudzeń – żaden serdeczny uścisk nie mógłby zastąpić tej recytacji, tej formuły, tego zaklęcia. Nie o uczucia bowiem szło, ale o sprawczość słów.
Niemal wszystkie zaklęcia z naszego repertuaru były proste. Nikt by się niedomyślił ich mocy.
[...]
– Powiedz: jesteś mądra.
– Jesteś, córko.
– Powiedz: umiesz mówić.
– Umiesz, kochanie.
„Ależ ty mamę tresujesz” – powiedział sąsiad. Nieprawda. To nie tresura, to kotwica.
Kotwicą bywają jednak nie tylko słowa klucze, ustanawiacze świata, w którym można przetrwać. Gdy Ruda zaczęła rozwijać pasję językową, a było to pod koniec szkoły podstawowej, bałam się jej zawodu. Nie szło tylko o naukę języka, lecz o przynależność. Chciała być drużyną języka angielskiego. Rzucić się w to i zapomnieć.
Nie chciała czytać powieści po polsku, ale kazała nabyć Jądro ciemności, Olivera Twista, Tajemniczy ogród. Wszystko w oryginale, oczywiście.
– Nie pytaj się mnie – odpowiadała, gdy próbowałam upomnieć się o wrażenia.
Nigdy nie opowiadałyśmy sobie fabuł. Myślę, a nawet więcej: mam pewność, że przechowuje w pamięci poruszające sceny z lektur. Płyną osobno, jak fotografie wyjęte z albumu, wydarte rodzimej opowieści, wyosobnione z ciągłości.
[...]
Z języków obcych, ich gramatyk i struktur zbudowała sobie schron. Angielski, włoski, hiszpański wyparły polskie składnie emocji. Pisywała i pisuje do mnie na czacie po angielsku. Nie wchodzi w slang, nie kopiuje odzywek rówieśników. Przerzuciła na te języki zadanie utwierdzania jej w istnieniu.
Autobiograficzna książka Elizy Kqckiej o byciu matką córki żyjącej w innym, własnym świecie, walce o każdy kontakt, szukaniu porozumienia, budowaniu więzi na filarach innych niż te najbardziej oczywiste, odmienności, akceptacji, towarzyszeniu, początkowo mnie zachwyciła. Pięknie to wszystko jest napisane, z ogromnym szacunkiem i wysiłkiem włożonym w rozumienie, nie ocenianie, z zobaczeniem prawdziwej osoby pod całą warstwą zachowań, które dla większości społeczeństwa są, jeśli nie nieakceptowalne, to przynajmniej dziwne, z unikaniem etykietowania, szablonów i kalek. List miłosny, które pewno chciałoby przeczytać każde dziecko. Jednocześnie jest to niezwykle atrakcyjne literacko, świetną Kącka ma frazę, pisząc opowieść o swoim macierzyństwie pisze też opowieść o jej i Rudej świecie, to wszystko jest bardzo żywe. Niestety, w pewnym momencie zaczęłam się nudzić. Mam wrażenie, że autorka pisała w kółko nie tylko o sobie samej, co mnie nie dziwiło, ale też o tym samym, zabrakło mi trochę jakiegoś rysu eseistycznego, czegoś co choć trochę komentowałoby zewnętrze, wychyliło nos z tego hermetycznego świata. Podobnie z unikaniem słowa autyzm, rozumiem cel i zamysł Kąckiej, ale moim zdaniem czyni to książkę bardzo insajderską, osoby bez wiedzy czy doświadczenia autyzmu u siebie bądź bliskich po prostu nie będą wiedziały zupełnie o czym jest mowa. Trochę za bardzo enigmatycznie chyba. Zabrakło mi tu jeszcze jednej rzeczy - autorka kreuje się w moim odczuciu na matkę idealną, jeśli chlipie to poza kadrem, po cichu - trudno mi uwierzyć, że nie miała momentu irytacji czy złości, że naprawdę przyjmowała wszystko z takim zrozumieniem, że nie wybuchła, nie wściekła się. Że w tym jak było trudno, nie pojawiły się też takie emocje. Takiej pełnej palety emocji. Ale tak naprawdę te moje zarzuty to są drobiazgi, szczegóły. Nadal uważam, że bardzo warto tę książkę przeczytać, choćby ze względu na zupełnie nowy język opisywania doświadczenia bycia i życia z osobą neuroróżnorodną, który zdejmuje z zachowań odbieranych często jako złośliwe czy uciążliwe ich celowość i odwrócenie perspektywy - że to świat jest dla niektórych osób miejscem nieprzyjaznym, nie one dla świata.
Pewnie wyląduje za to w jakimś piekielnym kręgu, ale nie byłam w stanie dokończyć tej książki. Coś mi potwornie zgrzyta w niej. Wyczuwam sztuczność, ogrom autokreacji i językowy przerost formy nad treścią. Temat - oczywista sprawa - ważny, znany mi z autopsji i przegryziony do kości. Jednak pani Kącka to nie jest mój człowiek, nie lubimy się.
Fatalna książka do czytania przy fali upałów, bo są momenty, w których autorka trochę odlatuje, ale było to przepiękne świadectwo partnerskiej relacji matki z córką
Bardzo podoba mi się ostatnie zdanie w opisie autobiograficznej książki Elizy Kąckiej: "O tym, ile mogą znaczyć słowa i jak to jest widzieć je w kolorach".
Jest to chyba pierwsza książka, a z pewnością pierwsza polska książka, którą przeczytałam, która jest tak bogata językowo, tak detalistyczna w formie literackiej, a jednocześnie ta forma niesie treść. I nie wyobrażam sobie, by ta książka mogła być formalnie lżejsza, bardziej przystępna, mniej metaforyczna. Nie wyobrażam sobie tej opowieści napisanej innym językiem. Bo warstwa artystyczna książki Elizy Kąckiej opiera się na wyjątkowej i swoistej percepcji rzeczywistości, ubarwionej niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju światem, w silnym stopniu przynależnym autorce i jej córce. I jest to piękna i niesamowicie poruszająca (ale bynajmniej nie melodramatyczna) opowieść o stawaniu się matką, byciu matką w Polsce, o wspaniałej ciekawości drugiego człowieka, związanego zależnością krwi, a jednocześnie tak niesamowicie niezależnego i samostanowiącego.
Imponuje mi ta ciekawość. Imponuje mi determinacja poznania swojego dziecka, zbliżenia się do jego wyjątkowego świata, bez prób jego modyfikacji, społecznego dostosowania, zakrycia pod płaszczem pozornej ochrony, a zamiast tego - jest wsparcie, umocnienie i towarzyszenie w tym rozwoju. I czerpanie z niego. Myślę o tej dwójce - autorce i jej córce - jako o równych towarzyszkach, swoich własnych przewodniczkach, a powiedzenie, że dzieci są naszymi najlepszymi nauczycielami nabiera po tej lekturze zupełnie nowego znaczenia.
Autorka wywarła na mnie wielkie wrażenie podczas rozmowy wokół książki na łódzkich Igrzyskach Wolności i lektura "Wczoraj byłaś zła na zielono" nie tylko to wrażenie podtrzymała, ale jeszcze je pogłębiła. Chyba nie nasycę się tym podziwem i uznaniem dla Elizy Kąckiej i fascynacją bohaterką literacką, jaką jest Ruda. Niesamowita książka. Niesamowita wrażliwość życiowa i literacka.
Piękny język, pełen czułości, miłości, bólu. To jest wyjątkowa książka, na pewno nie jest zła. Natomiast mnie zmęczyła, przelała granicę między zachwytem a znużeniem i poszukiwaniem końca.
3,75 czytałam ją zdecydowanie za długo - zaczęta w marcu i porzucona aż do czerwca, ale wszystko pamiętałam zadziwiająco dobrze. książka inna, może trochę zbyt inna dla mnie, bo niektóre rozdziały (choć krótkie) nieco mnie wymęczyły - wydaje mi się, że momentami była tak osobista, że aż niezrozumiała. niemniej, bardzo ciekawie napisana i wartościowa pozycja, która na pierwszym planie postawiła emocje matki dziecka w spektrum, pokazała urywki ich niecodziennej codzienności.
Dziwi mnie utyskiwanie na język tej książki. To właśnie sposób, w jaki jest napisana pozwala wejrzeć w paralelny świat, ale dla innych to będzie zbyt wiele..
"Niech pani nas nie terroryzuje nadwrażliwością".
A ja za wrażliwość jestem wdzięczna.
***
"Świat dybie na człowieka, by go przyłapać, wytrącić z równowagi, kazać mu się tłumaczyć. To właśnie jako pierwsze przychodziło mi do głowy, gdy w przedszkolu, w książce, w rozmowach bliskich pojawiało się to abstrakcyjne słowo. Czego chce świat? Ano właśnie tego. Ludzie bywają tylko podwykonawcami niechęci świata do fajtłap takich jak ja myślałam, walcząc ze sznurowadłami w przedszkolnej szatni. Wielokrotnie przyszło mi korygować ten pogląd, ale nigdy nie rozstałam się z uporczywie nawracającym jak brzęczenie namolnej muchy pytaniem: dlaczego niektórych bardziej? Nie na wszystkich dybał i dybie w równym stopniu. Jak świat wybiera sobie ofiary?"
"Kryzys zapowiadał się na raty. Nim uderzył, mogłam kolekcjonować przeczucia, z początku drobne i nieco tylko jadowite, jak mrówki. Łatwo było strzepnąć je dobrą myślą, spłoszyć żartem. Zwiewały pod kamień i miałam je z głowy. A jednak pojawiały się tu i ówdzie, wróżąc zmiany."
„Wiesz, jesteś matką". Większość zakłada, że matka to taki gatunek dzielności, który zjada osobowość, wygładza kanty, gasi ostrość sądu. Biegasz na czterech łapach macierzyńskiego instynktu, tu masz miskę. Szanujemy cię, ale wiemy lepiej. Nie wiecie."
"Znacie takie szelmowskie spojrzenie do środka, konspirację z własną myślą? Myślą tak pełną życia, że szuka sobie towarzysza. I lepi go sobie z tęsknoty i powietrza. I to on zasługuje na sztamę z dzieckiem, na intymną konspirę, nie wy. Ten fascynujący ktoś ma was gdzieś, wygrywając z wami bez większego wysiłku pojedynek na wtajemniczenia. Ten ktoś, kto podkrada uwagę dziecka, uprowadza jego uczucia, a wam nigdy nie odsłoni fantomatycznej twarzy. Na tym polega przecherność sojuszu. Matka raptem ląduje za płotem relacji i może sobie węszyć, może krążyć z rękami w kieszeniach, próbując z miny swojego dziecka wydedukować profil konkurenta, porywacza. Może sobie.
Robiłam to swoim rodzicom, gdy byłam mała, tyle że oni korzystali z okazji. Zostawiali mnie z moim światem i nie próbowali się wprosić. Znikałam grzecznie za drzwiami, przewidywalna abonentka własnego pokoju. Wystarczył mi w zupełności, bo niewielkiego potrzebowałam pasa startowego, by odlecieć. Startowałam cicho, nie budząc podejrzeń. Startowałam, robiąc lekcje, ucząc się wierszy na pamięć, dukając do kartkówki. Sam na sam, a w poszerzonym składzie. Wystarczy, że jedną nogą stałam mocno na ziemi, pod lampą o zjadliwie zielonym kloszu, z notatkami w ręku, a kontrola rodzicielska nie odbierała żadnych niepokojących sygnałów. „Krążysz sobie? No to sobie jeszcze pokrąż". Operowałam naraz w obu rejsach, nie wypadając z kabiny pilota. Świetne maskowanie, zero przykrości po stronie opiekunów"
Szczerze, końcowo podobała mi sie ta książka. Czytając niektóre fragmenty czułam zrozumienie bo sama żyje na codzień w domu z osobą w spektrum. Ale niektóre fragmenty, kompletnie nie wiedxialam o co chodzi, wydawało się jakby miala to być abstrakcja dla abstrakci. Minus za to, że wciągnęłam się dopiero po przeczytaniu 70 stron chyba. Dłużyło się czasem. Ale Kruszona poleciła więc trzeba było przeczytać.
Wiecie co…. Jakiś miesiąc/ dwa temu przeczytałam prawie wszystko, zostało mi wtedy jakieś 20 stron. I dziś dokończyłam. Wtedy podobało mi się tak sobie, a teraz jednak bardzo. Nic więcej nie powiem.
Nie porwało, po prostu nieco nudne. Temat mógł być tak interesująco poprowadzony… jednak język uniemożliwił mi jakiekolwiek wciągnięcie się. Nike przyznana jakby dla zasady.
чытаючы гэтую кніжку, упершыню сапраўды пашкадавала, што ведаю польскую не на С2. аўтабіяграфічная гісторыя маці дзяўчынкі, якой пазнаваць гэты сусвет і жыць у ім цяжэй чым іншым, інакш чым іншым - пра невыносную немагчымасць дапамагчы, бясконцыя намаганні зразумець, і адначасова цвёрдае і нязменнае матчына 'яна і я ў адной камандзе, разам'. і напісаная такімі трапнымі словамі і метафарамі, што я мусіла надта часта звяртацца да слоўніка, каб іх зразумець і адчуць на ўсе сто. нялёгкае для мяне, але насамрэч каштоўнае чытанне.
Ojej. Płakałum tyle razy. Chciałubym przeczytać tą książkę wcześniej. Wyjaśnić rzeczy w relacjach. Rzeczy, których samu nie byłum w stanie tak skonkretyzować. Jestem bardzo wdzięczne, że ta książka istnieje. Chciałubym pokazywać ją wszystkim z którymi muszę rozmawiać. Nawet nie chodzi o jakieś podobieństwa między mną, a Rudą. Ta książka staje w absolutnej kontrze do takich porównań. Chodzi raczej o człowieczeństwo. Bycie widzianym. Niezrozumianym, to mogę przyjąć, ale człowiekiem. Tego mi właśnie brakowało. Książka daje przestrzeń matce na opisanie swoich doświadczeń, ale matka nie zapomina, że w momencie wydania książki jest też autorką.
Autorka szczerze opisała rzeczy i wielokrotnie uchwyciła wydarzenia w sposób pozwalający mi zobaczyć ich cały schemat. I tak, ruch jest straszny, słowa są ciężkie, życie jest trudne, szczególnie kiedy nie rozumiemy co się dzieje, ale przed wszystkim jest miłość.
Są takie części, które bardzo mi się podobały, pięknie napisane, poruszające językiem. I są też takie naleciałości, które wydawały mi się jakoś tam niewłaściwe - to zawsze trudne, gdy pisze się o memoirze, bo w życiu nie zawsze jesteśmy wrażliwi i nasz język bywa nieprzemyślany, ale te kolonialne naleciałości (inne kultury użyte jako metafory albo stereotypy) i tropy o niepełnosprawności budziły mój opór.
Obraz życia z niepełnosprawnością w Polsce - zawsze dobijający. Obraz uwrażliwiania się na potrzeby i inne postrzegania - ciekawy.
Niektóre fragmenty - zmęczyły mnie.
Fragmenty z cytatami wypowiedzi adresowanych do Kąckiej - uderzające.