Magdalena Grzebałkowska na tropie Konopnickiej. Bezkompromisowa biografia poetki.
Matka ośmiorga dzieci opuszcza męża i przenosi się do Warszawy, by pisać poezję. Autorka bajki O krasnoludkach i o sierotce Marysi chorą córkę zamyka w szpitalu psychiatrycznym. Pochylająca się nad losem dzieci społeczniczka oddaje obcym ludziom własnego wnuka.
Postać migotliwa, niejednoznaczna, nieuchwytna. Wybitna reporterka Magdalena Grzebałkowska mierzy się z legendą Konopnickiej. Odkrywa rysy na jej wizerunku i sprawia, że znana z czarno-białych portretów ponura matrona przeistacza się w barwną, pełną życia kobietę.
Decyzje, dylematy i rozterki Konopnickiej – buntowniczki, feministki, artystki, pokazują, że była postacią na wskroś współczesną, która wciąż może inspirować, zaskakiwać i szokować.
Grzebałkowska znowu to zrobiła. Zamieszała w na pozór już znanej historii. Powołała do życia zupełnie nową, nieznaną nam Marię Konopnicką. Ludzką, skomplikowaną i - wciąż - wybitną.
“Dezorientacje” to kolejna wybitna książka Grzebałkowskiej.
Zanim napiszę o samej Marii Konopnickiej, to chciałbym, żebyście kogoś poznali. Józef Balcerzak ma czterdzieści pięć lat i zniszczony pilśniowy kapelusz. Opowiada, że urodził się w Kole, pracuje jako majster fajansowy. O Brozelli dowiedział się od takiego jednego i razem, "on z żoną i ja z żoną" wyruszyli w podróż.
"Wzrost średni, oko czarne, wąs duży, sterczący. Włos kędzierzawy, spojrzenie bystre, zsiadły w sobie. Ręce same idące w kułaki". Maria Konopnicka uważnie notuje opowieść Balcerzaka. Jest rok 1891. Z Brazylii wracają tysiące robotników, którzy myśleli, że znajdą tam raj na ziemi. A przynajmniej miejsce przyjaźniejsze niż ojczyste strony. "Przybywają półnadzy, głodni, bosi, chorzy, tak że się tutejsza ludność zbiega oglądać". Poetka jest w Zurychu, gdzie na miejscowym dworcu spisuje ich historie. Pomaga jej Maria Dulębianka, malarka, a prywatnie - partnerka poetki. Z zapisków powstanie utwór, który - przynajmniej początkowo - odczytywany jest jako nowy epos narodowy. Początkowe zachwyty krytyki ulegną jednak szybkiej zmianie. Dzisiaj "Pana Balcera w Brazylii" niemal nikt już nie czyta. Konopnicka stała się dla nas, dwudziestopierwszowiecznych autorką "Roty", "O krasnoludkach i o sierotce Marysi", czy kilku nowelek. A przecież w swoich czasach była potęgą.
Magdalena Grzebałkowska "Pana Balcera..." przeczytać musiała. Jak i setki innych utworów Konopnickiej. Przeczytała też listy - pisane przez poetką, jak i te wysyłane do niej. Odnalazła zapomniane notatki, zrekonstruowała nawet - dzięki odkryciu pewnych wypisów - te niezachowane. Włożyła Grzebałkowska w Konopnicką mnóstwo pracy, zadała wiele pytań, założyła strój z epoki, by sprawdzić czy da się w tym chodzić (zaskoczenie: nie jest tak źle) i stworzyła fascynujący portret patronki setek polskich szkół.
Czy Konopnicka była niezwykła? Tak. I nie.
Była niezwykła, bo postawiła wszystko na jedną kartę i opuściła męża, żeby żyć na własnych warunkach. Nie była niezwykła, bo ulegała naciskom. Ulegała, bo musiała, jak choćby w sytuacji, gdy została oskarżona przez prasę literacką o bezbożność i wisiała nad nią groźba, że nikt nie wydrukuje jej już ani linijki. Poszła do kościoła, położyła się krzyżem i głośno wyznawała swoje przewiny. Chrystus też zaczął częściej przenikać do jej wierszy.
Niezwykła, bo osiągnęła status, który miały tylko nieliczne wówczas kobiety. Tym bardziej niezwykła, że nie pochodziła z majętnej i ustosunkowanej rodziny. Zwykła, bo wobec swoich córek nie była najlepszą matką. Choć przyznać trzeba, że Helena też się narobiła, by matka miała jej dość. Co było jednak skutkiem, a co przyczyną? Grzebałkowska wyraźnie dystansuje się od swojej bohaterki, gdy pisze o Konopnickiej w roli matki.
Jest tu też o miłości. Nienachalnie, choć są przecież “dowody na istnienie miłości”. Grzebałkowska dba jednak o to, by nie przyszpilić Konopnickiej tożsamościowymi kategoriami. Bo po kilkunastu latach od “Homobiografii” czujemy, że tu nie chodzi o to, by powiedzieć o kimś - był taki, a taki. Była tą, a nie tamtą. Chodzi o to, by powiedzieć - kochała, zadurzyła się, z nią lub z nim była szczęśliwa. A jak już to nazwiemy? Przez ostatnie sto pięćdziesiąt lat nazwy się zmieniały, a ludzie kochali, rozchodzili się i cierpieli tak samo. Jest w tym mądrość Grzebałkowskiej, jest w tym więcej queeru, niż pozornie może się wydawać.
“Dezorientacje” to lektura na długie godziny, utkana z listów, tekstów i intuicji autorki. Czasem ryzykowna - w momentach fabularyzowanych Grzebałkowska tylko dzięki olbrzymiemu doświadczeniu pisarskiemu unika sentymentalizmu nadciągającego na rumaku o nazwie “kicz”. Potrafi jednak w odpowiednim momencie opuścić kurtynę. Umiejętności dziennikarskie i reporterskie sprawiają, że choć to biografia sążnistych rozmiarów, czyta się ją szybko i łatwo zapamiętuje co ciekawsze epizody z życia autorki “O krasnoludkach…”. Grzebałkowska ożywia Konopnicką i - na szczęście - nie pisze hagiografii.
Dla czytających mam pewną propozycję. Zwróćcie uwagę na Konopnicką-reporterkę. Nie jest niczym dziwnym, że Grzebałkowską, od lat piszącą formy reporterskie i dziennikarskie, bardzo taka Konopnicka interesuje. Ze szkoły wynosimy przekonanie, że nasi “wielcy” twórcy i twórczynie zajmowali się tylko patriotycznymi uniesieniami, romantycznymi westchnieniami, czy mesjanistycznym wizjonerstwem. A przecież żyli w czasach równie ciekawe, co nasze. I mieli świadomość - która dzisiaj już wygasa - że tylko oni mogą pewne historie zachować i przenieść na karty czasopism, czy książek. Dzisiaj każdy może sfotografować, zrobić notkę, wysłać tekst do gazety czy założyć profil poświęcony ważnym dla niego sprawom. Sto lat temu pisarze i pisarki mieli - wydaje mi się silniejsze niż dzisiaj - poczucie odpowiedzialności za danie świadectwa.
Dlatego warto wrócić do pana Balcera, który był Balcerzakiem (“Katolik przecie, Bóg nie da mu zginąć”) i jego żony Józefy Walerii, która to była “rezolutna, wygadana, kędzierzawa, lat 45” i “od łez do śmiechu przechodziła łatwo”. Warto zobaczyć, co z ich opowieści zrobiła Konopnicka w - prawda, że nieznośnym momentami - poemacie. I zobaczyć w Konopnickiej kobietę, która naprawdę rozumie dramat Balcerzaków. Choć sama dramatów ma w swoim życiu pod dostatkiem.
Jako “ps.” chciałbym też zauważyć, że ważną bohaterką książki Grzebałkowskiej jest Eliza Orzeszkowa. I choć dzieła Orzeszkowej - niesłusznie - są dziś raczej pomijane, to autorka “Marty” wydaje się być idealną bohaterką na kolejną opowieść o niezwykłej kobiecie w zwykłych-niezwykłych czasach. Nie wiem jak Państwo, ale ja bardzo polubiłem Orzeszkową po lekturze książki o Konopnickiej.
Jeśli czytelnik sympatią obdarza drugo- a czasem i trzecioplanowych bohaterów przerabianej właśnie książki, uznać można ten fakt, za miarę doskonałości powstałego dzieła. Zaiste są bowiem “Dezorientacje” “płodem umysłu dojrzałego, wyobraźni o szerokich skrzydłach, bystrym i górnym locie", jak pisał pewien recenzent cytowany w książce. Idealne pod choinkę i do skarpety.
Książka świetnie napisana. Maria Konopnicka nigdy nie była postacią, którą się interesowałam. Jej twórczość znam powierzchownie, opowiadania i wiersze będące na liście lektur szkolnych. O życiu osobistym miałam ogólne pojęcie, oczywiście, w czasach gdy chodziłam do szkoły nazwisko Dulębianki chyba nigdy nie pojawiało się w życiorysie poetki. Nie zapałałam do Konopnickiej szczególnie cieplejszymi uczuciami po wysłuchaniu tej biografii, ale wysłuchałam jej z ogromnym zainteresowaniem. Pani Marta Grzebałkowska w świetnej formie!
Biografię polecam, bardzo wnikliwa, poznajemy nie tylko samą Konopnicką, ale sporo innych osób z jej otoczenia (Eliza Orzeszkowa, to dopiero była petarda) oraz ówczesny krajobraz społeczny. Czyta się (a właściwie to słuchałam jej w audio) znakomicie.
Mały minus za pojawiające się parafrazy tekstów czy też wymyślanie, dopowiadanie brakujących elementów z życia Marii (nie ma tu jednak takiego zabiegu zbyt dużo)
Świetnie napisana biografia. Autorka często oddaje głos Konopnickiej, przez co lektura zmienia dynamikę i nie nuży. Ciekawa postać, interesujące życie i dobrze oddane realia epoki (w tym emancypacja oraz życie codzienne pod zaborami). Po lekturze jestem wdzięczna losowi, że urodziłam się w "swoich" czasach! A do tego M. Grzebałkowska to autorka, którą polubiłam z książek o tym "Jak zestarzeć się bez godności" 😉
3,75* Dałabym 4, ale nie lubię w biografii zbyt dużej "inwencji" biografów, wymyślania fikcyjnych listów córek do matek, które nie wiem, czemu mają służyć, poza fantazjowaniem, czego już szczególnie nie znoszę w biografii. "Mogło być więc tak..." itd. również dla mnie w biografii odpada, od razu mnie łapie alergia podejrzliwości. Czuję się zdezorientowana ;-) Poza tymi kiksami ogólnie wartko i ciekawie napisana książka. Głownie o życiu, za mało o twórczości (przydałoby się też więcej relacji z drugiej ręki, jakieś wyjątki z innych niż Konopnickiej listów, pamiętników, relacji z gazet itd.). Na końcu brakuje rozdziału o pogrzebie Konopnickiej i tym, co działo się z jej twórczością na przestrzeni lat, jak zmieniała się jej recepcja. Co do relacji Konopnicka-Dulębianka myślałam, że książka dostarczy niezbitych dowodów na to, że one były parą. Brakuje dowodów na potwierdzenie, choć autorka tego się trzyma. Jak dla mnie niewątpliwie były w głębokim, zażyłym związku, ale nie ma dowodów co do jego rzeczywistej natury. Odkryciem była za to Konopnicka badassowa antyklerykałka. Love!
Biografia rzetelna, skrupulatna, pozbawiona chęci, by stawiać poetce pomniki i malować laurki - wręcz odwrotnie, niejednokrotnie przywołująca niewygodne fakty, cytaty i poglądy Konopnickiej. Dość dużo tu fabularyzowania, nie każdemu się to spodoba, ale ostatecznie wszystko w słusznych proporcjach i w dobrej wierze.
Tylko to poczucie niedosytu na koniec... bo tak, tak czuję. Myślę jednak, że to nie kwestia niedostatków "Dezorientacji". Rzecz nie tkwi w tym, jak ta biografia została napisana, a raczej kogo dotyczyła. Konopnicka chyba była osobą dość zdystansowaną i odległą, więc i "Dezorientacje" takie się mogą wydawać.
Nie cierpię Marii Konopnickiej jako pisarki, ale tę biografię czytało się świetnie. Wszystkiego było "akurat" - dobra dawka wiedzy o epoce i odpowiednia ilość kontekstu literackiego tamtych czasów w połączeniu z informacjami z życia Konopnickiej.
Sporo sobie obiecywałam po tej pozycji, bo i Maria Konopnicka życiorys miała ciekawy, i Magdalena Grzebałkowska pisać potrafi. Czytałam z zainteresowaniem, niektórym rozdziałom dałam się porwać, ale finalnie zostałam z pewnym niedosytem.
Nie jestem miłośniczką twórczości Konopnickiej, ale uznaję oczywiście jej miejsce w historii literatury. Człowiekiem jednak była dość specyficznym. Jasne, sporo dźwigała na wątłych barkach - niezaradny mąż, gromada dzieci, choroby, mierzenie się z beznadziejną sytuacją kobiet i własnymi pragnieniami. Ale to, jak traktowała swoją córkę Helenę wydało mi się mocno odstręczające. Zniechęciłam się do Konopnickiej i to uczucie towarzyszyło mi do ostatnich kart tej książki.
Doceniam pracę autorki, bo rzeczywiście ożywiła przebrzmiałą trochę artystkę. Doceniam też zarysowanie tła polityczno-społecznego, te wszystkie historie o żonach będących własnością mężów, o dobrych radach dla gospodyń domowych czy realiach szpitali psychiatrycznych. Fragmenty o relacjach między pisarzami czy o antysemityzmie Prusa też bardzo mnie zainteresowały. Czego mi zabrakło? Pogłębienia wątku Dulębianki - czuję niedosyt w tej kwestii i wcale nie mam na myśli jakichś łóżkowych historii.
A co do tytułowych dezorientacji - przy okazji nieustannie polecam pierwsze "Dezorientacje", czyli antologię polskiej literatury queer (wstęp, wybór, opracowanie: Alessandro Amenta, Tomasz Kaliściak i Błażej Warkocki @krytykapolityczna)
Bardzo lubię prace Grzebałkowskiej, a 1945 Wojna i pokój to jedna z najważniejszych książek mojego życia.
Szanuję reporterskie zacięcie i żmudną robotę bibliograficzną w każdej jej dotychczasowej pozycji, ale w tym przypadku czułam się jak w pociągu osobowym. Gdy już lokomotywa nabrała rozpędu i płynnie przesuwał się obraz za oknem, co rusz akcję przerywała stacja, na której nikt nie wsiadł.
I chyba ta wierność faktom i szczegółom sprawiła, że nie jest to najprzyjemniejsza lektura świata, ale bardzo się cieszę, że nie została napisana pod żadną tezę i można TĘ SŁYNNĄ KONOPNICKĄ obejrzeć dokładnie, z każdej strony.
Wnikliwa i wielowymiarowa opowieść o jednej z najbardziej znanych polskich pisarek. Autorka demitologizuje postać Konopnickiej, ukazując ją nie tylko jako autorkę Roty czy literacką ikonę, ale przede wszystkim jako człowieka pełnego sprzeczności.
Odkrywa nieznane aspekty życia pisarki, takie jak jej trudne relacje rodzinne, samotność, bunt wobec konwenansów i próby odnalezienia własnej drogi w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Konopnicka zostaje przedstawiona jako osoba pełna pasji, ale też wycofana emocjonalnie, odważna, a jednocześnie pełna lęków. Autorka analizuje również związki Konopnickiej, w tym jej relację z Marią Dulębianką, które budzą kontrowersje w kontekście ówczesnych norm społecznych.
Książka nie tylko przybliża życie Konopnickiej, ale również osadza je w szerokim tle historycznym, społecznym i kulturowym, pokazując, jak epoka wpłynęła na jej twórczość i wybory. Grzebałkowska, korzystając z licznych źródeł, listów i wspomnień, kreśli obraz kobiety, która na przekór przeciwnościom odcisnęła swoje piętno na polskiej kulturze.
To biografia, która każe na nowo spojrzeć na Marię Konopnicką, zrywając z uproszczeniami i odsłaniając jej ludzką twarz.
Plusy: kontekst społeczno-kulturowy. Przypomniałam sobie dzięki tej książce, jak duzo daje narracja, żeby zrozumieć, kto jak na kogo wpływał, z kim się znał, kogo nie lubił. Dowiedziałam sie wielu rzeczy, m.in jakie paszporty funkcjonowały w Królestwie Polskim, ze miasta ktore aktualnie uznajemy za "drogie", kiedyś były "tańsze" niż warszawa, jak funkcjonował system więziennictwa i sądownictwa, a nawet na jakich zasadach kobiety jeździły na zsyłkę na Sybir. Bardzo wartościowa wiedza. Oczywiście sporo sie dowiedziałam o samej Konopnickiej, głównie, ze była zaskakująco anypatyczną osobą, nie podobało jej sie prawie żadne miasto, w którym przyszło jej mieszkać, a juz zwłaszcza ludzie w nich mieszkający. No i że z paszportami było jej bardzo nie po drodze, choc na ogół wydawała się być bardzo zaradną kobietą. Minusy: 1. otwierająca biografię, wymyślona korespondencja córki Konopnickiej do jej matki. Po co taki zabieg w biografii? 2. Rozdziały urywane jakby bez pomysłu. Wielokrotnie autorka podawała jakieś informacje po to tylko, zeby skończyć rozdzial i nigdy wiecej do tematu nie wracać. Jaki dana rzecz miała wpływ na Konopnicką, czy poetka na daną sytuację zareagowała czy mamy źródła o ewentualnych konsekwencjach? Tego juz sie czytelnik nie dowiadywał. Szczytem byla informacja o śmierci wieloletniego przyjaciela Konopnickiej. Czy pojechała na pogrzeb? Czy napisała wiersz? Czy wyraziła swoją żałobę w korespondencji z innymi osobami? Nie mam pojęcia, możliwe ze autorka tez nie. Tylko po co o tym pisala, skoro ów przyjaciel byl dla mnie istotny tylko w kontekście Konopnickiej? 3. Autorka dość swobodnie określa Dulębiankę jako "partnerkę" Konopnickiej. Fantastycznie, ze badacze doszukują sie potencjalnej relacji między kobietami, ale zakładałam, że biografka jakos bedzie w stanie tę hipotezę udowodnić. Tymczasem z korespondencji zachowały się dwa świstki mówiące dokładnie nic o relacji obu kobiet. Z kolei górnolotne sformułowanie, jakby kobiety "żyły wiele lat pod jednym dachem" niespecjalnie przystaje do rzeczywistości, skoro przez większość lat co najwyżej podróżowały wspólnie, zazwyczaj wynajmując osobne mieszkania, do tego jeszcze razem z nimi podróżowała matka Dulębianki. Bardzo rozczarowujące.
„Sobota 8 października 1910 roku. „Daj mi te książki od Lewickiej, będę czytać, a ty idź się połóż, posłuchaj mnie… ". To były ostatnie jej słowa do mnie zwrócone – zanotuje tuż po śmierci Marii Dulębianka. Strony zeszytu szkolnego w zielonych tekturowych okładkach zapełni pismem na granicy czytelności. Zostaną odczytane dopiero za ponad sto lat”.
Na żadną inną książkę nie czekałam w bibliotece tak długo, jak na „Dezorientacje” autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej. Czy było warto? Zdecydowanie TAK. Kosztowało mnie to ogrom cierpliwości, bo przez spory okres czasu widziałam tę biografię WSZĘDZIE i miałam wrażenie, że WSZYSCY już dawno poznali bardziej ludzkie oblicze Marii Konopnickiej, tylko ja jeszcze żyję pod kamieniem i jak utknęłam w cielęcych latach gdzieś między „O krasnoludkach i o sierotce Marysi” a „Rotą”, tak tkwię tam sama i łkam cichutko patrząc, jak inni zaczytują się w „Dezorientacjach” i rozpływają się w zachwytach. Ale w końcu i ja się doczekałam, no i muszę przyznać, że nie miała Grzebałkowska łatwego zadania podejmując się napisania biografii jednej z najsłynniejszych polskich poetek. Nie istnieją niemal żadne ślady po dzieciństwie poetki, późniejsze lata też pełne są białych plam wynikających ze zniszczonej korespondencji, telegramów, kart pocztowych i listów. Mimo to, autorce udało się opowiedzieć o Konopnickiej w ciekawy i porywający sposób, dzięki czemu „ponura matrona w binoklach” zyskała dla mnie nowy wymiar. Myślę, że warto sięgnąć po „Dezorientacje” i poznać Konopnicką na nowo.
Do Konopnickiej-pisarki stosunek mam ambiwalentny. Nie czytam, nie przepadam, nie tęsknię za czytanymi w dzieciństwie utworami. Podobnie było więc z życiem autorki – ani mnie szczególnie nie interesowało, ani nie emocjonowało. Natomiast stosunek zdecydowanie jednoznaczny mam do Magdaleny Grzebałkowskiej. Lubię jej styl, jej sposób pisania, jej obecność w reportażu, jej odwagę w podejściu do materiałów i źródeł oraz fantazję w szkicowaniu realiów życia.
życie Konopnickiej było pełne wzlotów i upadków, ale doceniam za bycie taką silną kobietą w takich niepewnych czasach. no i te czasy też tutaj świetnie wybrzmiały, wiele można się dowiedzieć!
Rzecz jest o Marii, a zakochać się każe w Elizie. Ja bym się z Konopnicką nie chciała zaprzyjaźnić, ale ten portret kobiety i czasów bardzo mnie ujął. Grzebałkowska w formie!
Swietna immersja w rzeczywistosc tamtej epoki, zwlaszcza doceniam pokazanie codziennosci zycia pod zaborami, bo lekcje historii jednak prezentowaly to dosc sucho. Z dzisiejszego punktu widzenia Konopnicka bardzo duzo podrozowala - albo zycie kiedys bylo duzo tansze niezaleznie od kraju albo miala bardzo male wymagania. Szkoda, ze jest tak malo o relacji z Dulebianka, zawsze jej towarzyszy, ale to tyle, nie ma zadnych o tym rozmow - tak jakby to byl pomijalny fakt. Ale za to mozemy podziekowac corkom, ktore zadbaly o to, zeby ich korespondencja nie przetrwala.
Nie jestem pewna, czy zostanę fanką fabularyzowanych biografii, ale ta książka wzięła mnie z totalnego zaskoczenia, zupełnie się nie spodziewałam, że aż tak mnie zainteresuje i wciągnie. Ogromnie się cieszę, że autorka przybliżyła mi postać Konopnickiej, bo okazuje się, że absolutnie nic o niej nie wiedziałam. Bardzo ciekawie zostały też przedstawione realia historyczne.
Kolejny raz jestem pod wrażeniem pracy jaką wykonała Magdalena Grzebałkowska. Ta książka to nie tylko biografia Konopnickiej, ale też zanurzenie się w epokę, w której żyła.
W przeciwieństwie do Magdaleny Grzebałkowskiej nigdy mnie XIX wiek szczególnie nie interesował, ale ta książka zdecydowanie zmienia mi perspektywę. Dowcipnie napisana, wyciąga mega ciekawe smaczki z życia poetki. I nie mam na myśli sensacyjnych, tabloidowych historii, a szczegóły, które pokazują, jak wiele łączy kobiety sprzed 150 lat z dzisiejszymi. Autorkę pokazuje zaś bez wybielania, ale bardzo życzliwie. Audiobook Barbara Liberek czyta tak pięknie, że te godziny słuchania płyną niezwykle przyjemnie.
Czuję powinowactwo z grzywką Konopnickiej. Sama mam od lat i bardzo ją sobie cenię. Doskonale maskuje frasobliwe czoło. Bo przyznać trzeba, że nasza wieszczka narodowa, która umiłowała sobie ten fryzjerski sznyt, kłopotów miała sporo. Z gromadką dzieci, mężem Jarosławem, którego zostawiła na wsi by „w latach 40-stu wykierować się na genialną, światową i piękną kobietę”* i z nieustannym brakiem forsy. Legendarnie wręcz pod górkę, z górki z rzadka. Zadłużona u wydawców, przyjaciół, służących, spokój odnajdywała jedynie u boku towarzyszki życia Marii Dulębianki lub poza granicami kraju, gdzie wyjeżdżała często ratując swoje wątłe zdrowie. Na starość zaś otrzymała w darze od narodu polskiego dwór w Żarnowcu i tym samym finansową stabilizację. Grzebałkowska wykonała niemalże tytaniczną pracę dokumentalistyczną, żeby oddać w ręce czytelników/czytelniczek biografię autorki „Roty”, używając przy tym klucza: „życia”, „twórczość” zaś zastawiając na planie drugim (ciut jednak inaczej niż w czytanych przeze mnie ostatnio biografiach Słonimskiego, czy Boya). Autorka pisze zatem "Konopnicką" rodziną i bliskimi (braki w archiwum m.in. spalenie jej korespondencji z Dulębianką etc. nie ułatwiały zadania). A niech będzie, że napiszę tą oczywistość – po reportersku, z racji wykonywanego zawodu. Zatem już w drugim rozdziale książki dostajemy fragment, który ustawia nam mocno narrację tej biograficznej opowieści - stosunek Konopnickiej do córki Heleny, której choroba psychiczna sprawia, że matka wyklucza ją z rodziny. Nie ją pierwszą, nie ostatnią. W ogóle Maria, to trochę „teściowa/matka” z dowcipów – nadmiernie kontrolująca, szantażująca emocjonalnie, narzekająca nieustannie. Czułość i serce jednak okazuje, gdy wymaga tego od niej służba Polsce (piszę to bez ironii!) i ukochana, druga Maria lub któreś z protegowanych dzieci. Udało się to odbrązowienie Grzebałkowskiej. Mamy więc na talerzu Konopnicką sauté. Zdolną przeraźliwie. Przełamującą tabu. Trudną albo pokonującą wszelkie trudności. Kłótliwą i dramatyzującą albo bezkompromisową i zdeterminowaną. Mężczyźnie wybaczyłaby się wiele. Jej można nawet więcej. *Cytat pochodzi z książki z listu Elizy Orzeszkowej do Jana Karłowicza.
Autorka podołała wyzwaniu w stu procentach. Przedstawiła prawdziwą Konopnicką. Biografia niezwykle wciągająca, poetka od tej strony nie była mi znana, a przyznam szczerze, że kontrowersje jakie gromadzą się wokół postaci Konopnickiej są tak zagmatwane i niewyjaśnione, że wątpiłem czy uzyskam odpowiedzi na dręczące mnie pytania w tej biografii. Uzyskałem, zrozumiałem bardziej fenomen poetki i polecam każdemu.
Ocena: 4,5 Biografia, którą czyta się jak powieść. Grzebałkowska stara się zarysować przede wszystkim Marię jako kobietę, człowieka. Przestaje być ona figurą w podręczniku, a żywym bytem z krwi i kości. Brakowało mi miejscami więcej tłumaczenia kontekstu, czy np rozwinięcia tematu pochówku obu Marii w jednym grobie. Ale ogólnie polecam z całego serca, bo poznanie Konopnickiej było niezwykłym doświadczeniem.
Irytowały mnie zmyślone przez autorkę listy, przypuszczenia. Przez to ciągle się zastanawiałam, co jest prawdą, a co dopowiedziane. Ciekawie przedstawia tamte czasy i życie pisarki, chociaż postaci tytułowej nie polubiłam. Z każdą stroną książkę czytało się przyjemniej.