Jeśli macie się za najlepszych rodziców na świecie, to zapnijcie pasy. Zdziwicie się, jak wiele grzeszków, o które posądzacie swoje dorastające pociechy, można przypisać wam samym.
Zakazujemy dzieciom tego, na co sami sobie pozwalamy. Nastolatki nie znoszą podwójnych standardów. Nie są już wpatrzone w swych rodziców – po prostu się na nas poznały. Już potrafią nas właściwie ocenić i zbuntować się przeciw niesprawiedliwości.
Wspaniałą i kochającą rodzinę, wasze wyjątkowe więzi z dziećmi budowaliście latami. Przerabialiście wszelkie małe i duże konflikty, zwyczajowe potyczki i sposoby na oddalanie się od siebie. Tak czy inaczej jesteście na ostatniej prostej. Ale to nie koniec. Ani nadzieja na odbudowę, ani ryzyko zerwania relacji nigdy nie były tak blisko jak teraz. Wybierajcie!
Skusiłam się, bo zawsze warto poczytać i popróbować. No i się zawiodłam. Nie są to rozmowy jakie prowadził JesperJuul, może tylko by ktoś chciał. Trzy części. Pierwsza - autorki. Dłuuuugo wkładają jak popełniamy błędy nieświadomie, niechcący, no żeby to zauważyć. Ok, chociaż dałoby się to na 10 stronach, serio. Druga część - mówią nastolatki i potem komentuje to psycholożka. Najpierw parafrazuje (kolejne strony) a potem wrzuca. Ugh. Trzecia - dykteryjki od dorosłych (chyba gdzieś było coś, o czym zapomniano napisać... Co to i kiedy i jaki challenge itd)
Jest dziwnie. To jest jakiś blog, luźne gadki. Dorosła swój tekst zaczyna od "ja pierdykam", zawsze robię takie otwarcie jak myślę, że zostanie w książce. Wszystko to jest dziwne. Mam podejrzenia, że nie nastolatki pisały, bo to jest zbyt dorosłe i odmładzanie (może nastolatki były wysłuchane a potem sparafrazowane? To by miało sens, bo nie wierzę w te super talenty literackie, nawet przy dobrej redakcji) (wsady dorosłych z końca książki też szalenie i podejrzanie rozrywkowe)
Więc najpierw mnie ta książka wściekła. Myślę, że ok, to zawsze ten element zmiany i przyjmuję. No ale nie. Starałam się to czytać z duuuuużym nawiasem, i dalej nie. Nie wiem kto jest odbiorcą tej książki. Albo "psiapsióły" albo samozajebistość? Rady odklejone. Tu trochę widać profil odbiorcy, tfu, odbiorczyni książki. Kobieta, zamężna, nie ma zainteresowań poza zakupami, książką ani sportem nie kala umysłu, dom pod miastem (dużym!nie wiem czy Radom sprosta), obowiązkowy trawnik do skoszenia i garaż, pracuje w korpo i nienawidzi swojej pracy. Może takie klientki przychodzą do gabinetu? Albo to są odbiorczynie bloga, czegoś? Do czego biorąc książkę nie mam dostępu, nie wiem, że wkraczam w zamknięty krąg?
Więc rady są do nich (np: wyskoczcie do księgarni lokalnej... Po szkole i pracy, tak? A przed 15ta w małym mieście? Przy ulubionej herbacie zróbcie z młodzieżą coś że słoikami (znów po robocie a przed rozrywkami nastolatka, jassssne, tak jak pograć w te planszówki, cokolwiek złego to planszówki (są badania jak się tak wychowanym dzieciom będą kojarzyły planszówki?) ). Upiornie czasem jest dydaktyczna, tak chcę się nauczyć, ale nie tego tym razem żeby dbać o małe księgarnie, lokalnych dostawców, rozmawiać z sąsiadami i przejmować się klimatem i slowlifem... A te rzeczy są poniekąd podprogowo. (i zapomniały autorki żeby wkładać konieczność chodzenia na wybory)
Książka nie jest zupełnie zła. Fascynujące są te wtręty naukowe, takie z którymi nie można polemizować - jak się rozwija głowa, emocje kiedy, które, jak, to ładne i wiele wnosi. I mogło by być więcej. Albo ja nie mogę w poradniki 🤷