Radka Franczak powraca z powieścią o relacjach człowieka z naturą. Pewnego dnia tajemnicza narratorka wyrusza w podróż, by zrozumieć zwyczaje wielorybów. Chce dowiedzieć się o nich jak najwięcej, chronić je. Ma poczucie, że w ich imieniu powinna przekazać światu wiadomość. Ale jaką? W amerykańskim Instytucie Oceanografii zadaje ważne pytanie: Ile mamy czasu? Odpowiedz jest niepokojąca.
'Marzyłem o wielkim świecie. Ale żadne z miejsc uzurpujące prawo do tego określenia nie zadziwiło mnie, nie uwiodło. Tak było do momentu, kiedy zobaczyłem ocean.'
Widziałem kiedyś wieloryby wygrzewające się w słońcu, w zatoce, wśród porośniętych lasem gór, w Hoonah na Alasce. Płynąłem też z kolegami małą łódeczką z silnikiem za wynurzającym się co kilkadziesiąt metrów humbakiem- wynurzył się tak blisko nas, sapnął, przegiął grzbiet i majestatycznie zanurzył przed nami ogromny ogon. Więc kiedy zobaczyłem w bibliotece okładkę książki Radki Franczak - szary ogon wieloryba na tle szarego morza i nieba - sięgnąłem w ciemno, bo wcześniej nigdzie o niej nie słyszałem.
Czytałem z uwagą prawie dwa tygodnie, po kawałeczku, żeby nie pogubić wątków, dać im się odłożyć w pamięci, przyswoić sobie nietypową formę - trochę dziwaczną może. Temat książki jest jeden, ale wątków kilka: snują się w różnych czasach i miejscach. Mój ulubiony to historia Mary Fisher - postaci, ku memu zaskoczeniu autentycznej - kobiety, która w XVII wieku została wędrowną kaznodziejką, wzywając ludzi do refleksji, introspekcji, szukania momentu ciszy.
Wewnętrzny głos, który przemówił do Mary, jest może głównym bohaterem tej dziwnej książki. Usłyszał go np. człowiek, który polował na statku wielorybniczym, ale porzucił to zajęcie i został zbieraczem nasion - nasiona nosił także ze sobą ojciec w "Drodze" Cormaca McCarthy. Nasiona to potencjalny nowy początek. Początek czego? Życia, które nie musi przetrwać, jak życie chłopca w "Drodze", stale na krawędzi zagłady.
Książka Franczak nie jest opowieścią post-apo, ale obrazy zniszczenia grają w niej ważną rolę. To zniszczenie gatunku: rzeź wielorybów, płetwali błękitnych, największych żyjących istot w historii, większych niż dinozaury. Co kilkadziesiąt stron u Franczak pojawia się dwu-, trzystronicowy przerywnik, mini kompedium wiedzy o tych majestatycznych istotach: te wstawki mnie zafascynowały, przeczytałem je wszystkie na samym początku, kartkując całą książkę.
Zniszczenie, o którym pisze Franczak, nie dotyczy tu jedynie natury, zwierząt, plastiku w oceanie, który zabija morskie ssaki. Franczak pokazuje też zniszczenie relacji międzyludzkich - sugerując, i w tym jest dla mnie rewelacyjność tej książki - że naprawdę żyjemy w świecie naczyń połączonych: obumieranie miłości, zanik instynktu macierzyńskiego (wątek Katherine), zranienia tak głębokie, że wypychają człowieka poza obręb społeczności (wątek Sary) - wątki, z których splata swoją opowieść Franczak nie łączą się na poziomie fabularnym, logicznym, racjonalnym. Jeśli kogoś chciałbym przekonać/zachęcić do poświęcenia paru godzin tej książce, to powiedziałbym: nie irytuj się, czytelniku, nie oczekuj puenty, to nie young adult, tu nie będzie prostego plot twistu, który wszystko uspójni.
Dobra literatura, tak myślę, tworzy modele myślenia o świecie, narracje łączące motywy i wątki, których ja w swojej ograniczonej wyobraźni nie łączę, widzę osobno. W tej historii bohaterem jest np. wiatr, całkiem realny, działający w świecie wiatr, któremu Franczak przypisuje charakter i sprawczość, samica płetwala o imieniu Cardhu (pięć rozdziałów nosi wspólny tytuł "Kroniki wielorybów"); samica orki zrozpaczona po śmierci swojego młodego. Pojawiają się fragmenty wierszowane (nieliczne), mnóstwo zdjęć i grafik ułożonych zazwyczaj w intrygujące kolaże: np. zdjęcie około sześćdziesięciu drwali (liczyłem) pozujących na początku XX wieku na zwalonym pniu monstrualnej sekwoi...
Nieszczęścia natury i nieszczęścia ludzi łączą się w narracji Franczak w dziwną, dziwaczną, nieoczywistą opowieść rozszczepioną na wątki i czasy. I chciałbym podkreślić, że to nie jest fabularyzowany ekologiczny alert, książka z rodzaju: ratujmy zwierzęta, tak szybko odchodzą. W podziękowaniach autorka wspomina, że nad tą relatywnie nie taką długą książką pracowała kilka lat. To się czuje, że ta proza dojrzewała, nie ściekała na klawiaturę jak monsunowy deszcz. To druga książka Franczak, która poza pisaniem reżyseruje filmy dokumentalne.
Ta książka przyszła do mnie jak szept z głębin – cicha, ale wyraźna. „Godzina wieloryba” to nie tylko powieść, ale doświadczenie. Prowadzi przez czas i przestrzeń, sny i jawę, zostawiając pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi.
W różnych miejscach na świecie bohaterowie słyszą tajemniczy zew. Skąd dochodzi? Czy to głos wielorybów, Ziemi, a może nasze sumienie? Radka Franczak splata te historie z wyczuciem, zostawiając miejsce na refleksję i ciszę. W centrum opowieści stoi kobieta, która wyrusza w podróż – nie dla przygody, ale z potrzeby serca. Coś ją wzywa.
Urzekły mnie opisy wielorybów – nie jako zwykłych zwierząt, ale jako istot tajemniczych, noszących w sobie pamięć oceanów. Ich pieśń jest jak echo czegoś większego. A opisy wiatrów? Tak sugestywne, że niemal czułam je na skórze – raz delikatne, raz gwałtowne.
Najbardziej poruszyło mnie pytanie zadane w instytucie oceanografii: „Ile mamy czasu?” – pytanie, które dotyczy nie tylko wielorybów, ale i nas samych. Czy jeszcze umiemy się zatrzymać? „Godzina wieloryba” to książka pełna emocji i niedopowiedzeń. Taka, której się nie tylko czyta – jej się słucha. Jak fal. Jak oddechu świata.
Historia która uczy, która daje poczucie inspiracji i nadziei że może jeszcze nie wszystko stracone. Książka ta pozwoliła mi znaleźć wyciszenie i wzbudziła jeszcze większy szacunek do natury i naszego ekosystemu.
wymęczyła mnie, daję gwiazdkę za świetny temat i kilka przepięknych momentów, ale nie rozumiem poszatkowania tego i wplecenia zantropomorfizowanego wiatru i kilka wątków wciśniętych na siłę