Ciekawość to pierwszy stopień do.... Instytutu Absurdu?
Eliza Żaczek, niedoszła studentka dziennikarstwa, podczas poszukiwania swojego pierwszego wielkiego tematu wplątuje się w niedorzeczną historię. Podążając tropem tajemniczego mężczyzny, trafia do biblioteki uniwersyteckiej, gdzie przeżywa atak krwiożerczych moli książkowych. Nie poddaje się jednak – chęć napisania wspaniałego artykułu sprawia, że ciekawość staje się silniejsza niż instynkt samozachowawczy. Śledztwo doprowadza ją do magicznego Instytutu Absurdu, gdzie nic nie jest normalne: na widok wilkołaków to kobiety wyją do księżyca, wampiry są weganami, a gargulce – niszczarkami do papieru.
Absurd goni absurd, a Eliza staje w samym jego centrum i może wybrać – albo przyjmie posadę stażystki w tym pokręconym miejscu, albo pożegna się z marzeniem o samodzielnym życiu w dużym mieście.
3⭐️, ale takie mocne 3. Wspaniałe w tej książce jest to, jak bardzo jest absurdalna i nastawiona na dobrą zabawę osób ją czytających... kosztem logiki 😅. Problem jest tylko wtedy, gdy ma się kij w 🍑, a ja mam, więc czasami ten humor jednak mnie bardziej żenował niż bawił. No i po lekturach powieści Musso jestem cięta na nadużywanie wykrzykników, a tu pojawia się czasami ten przypadek i aż mnie skręcało.
Niemniej to było bardzo miłe i książka jest w sam raz, jeśli ktoś potrzebuje wyluzować i zwyczajnie się zrelaksować.
Wybierając tą książkę do lektury, szukałam czegoś lekkiego, czegoś na miarę Dożywocia - Marty Kisiel, czegoś co będzie odpoczynkiem dla mojej głowy. Okazało się, że wybór the książki był strzałem w dziesiątkę.
Po prawdzie nie pokochałam bohaterów tak mocno jak mieszkańców Lichotki, ale ich przygody sprawiły mi niemałą przyjemność i już wiem że z przyjemnością sięgnę po kolejne tomy.
Główną bohaterką tej przygody jest Eliza Żaczek, niedoszła studentka, którą poznajemy gdy przestępując z nogi na nogę czeka w kolejce do dziekanatu, w celu wyjaśnienia błędu, bo to musiał być błąd, w końcu to nie możliwe by nie dostała się na wymarzone studia, spełniała warunki i w ogóle. Gdy dziewczyna jest pewna, że jej życie właśnie się posypało na całego, splotem przypadków i jej ciekawskiej natury, trafia do Instytutu Absurdu, w którym niespodziewanie otrzymuje staż.
Eliza nagle odkrywa cały nowy magiczny świat pełen możliwości i przygód. Może zbyt szybko zaakceptowała całą dziwność Instytutu wraz z dobrodziejstwem inwentarza, ale w końcu poruszamy się w strefie absurdów :). Choć na początku jej praca ma być tylko przy biurku, to szybko okazuje się, że w terenie jest dużo ciekawiej, a z nowymi kompanami na pewno nie będzie się nudzić.
Bohaterowie tej historii są mistrzami rozmów opartych na sarkazmie, które trzeba przyznać były pełne humoru. A sam skład jest bardzo interesujący i stanowi całkiem eklektyczne grono: Bernard Kruk - Dyrektor, trochę zakręcony, nielogiczny i roztargniony, Pani Lusia wspaniała sekretarka, która zdecydowanie jest królową instytutu, Aldona Ostrzyżek (Strzyga) - Naczelniczka, która nadzoruje wszystkich i wszystko, Inspektor Zaskakujących zjawisk - Aleksander Garlicki (Wampir), Inspektor kłopotliwych kreatur - Wiktor Morawski (Wilkołak), Inspektor Dziwnych dokumentów - Feliks Lange (Historyk - Człowiek), Inspektor Uciążliwych Uroków Jadwiga Babicz (Wiedźma), Inspektor od Frapującej Flory - Maja Wawrzynek (Rusałka), Inspektor od magicznych miejsc - Oskar Hohmann (Człowiek), Inspektor osobliwych obiektów - Marcel Kruk (Człowiek), Gargulec Granit - zwany dalej urządzeniem biurowym. Oczywiście jak na każde przyzwoite biuro przystało jest też księgowa która trzęsie wszystkim i zakopany w archiwum duch, no i sam Instytut oczywiście.
Wielu z was tego o mnie nie wie, ale studiowałam pracę socjalną. Może dlatego moje pierwsze skojarzenia poszły w tym kierunku, tak samo jak pracownicy socjalni, pracownicy instytutu przyjmują petentów, wychodzą w teren i piszą mnóstwo raportów, a to wszystko za pomocą archaicznych narzędzi, gdyż magia nie współpracuje z nowoczesną technologią.
Fabuła toczy się przez kolejne sprawy, które muszą rozwiązać nasi inspektorzy, nie brakuje tu magii, psotnych istot magicznych i ciekawych przypadków, naprawdę nie da się nudzić. D
Wielkim atutem tej książki są lokalizacje, autorka wraz z bohaterami zabiera nas do Poznania, Krakowa czy na Podlasie, ale nie tylko, bo poznajemy też miejsca nie z tego świata, jak podmorskie królestwo syren, czy miejscówkę Leszego.
Jak widzicie ta historia bardzo mi się spodobała. Na pewno będę sięgać po kontynuację. Przyjemna, ciepła i warta przeczytania.
Jestem zdegustowana zakończeniem. Jak można budować akcję przez całą książkę tylko po to, żeby zakończenie było zupełnie nijakie i na dobrą sprawę ucięciem tej akcji w punkcie kulminacyjnym? XD Jestem zawiedziona jak cholera.
Poza tym książka była okej, bez szału, ale przyjemnie pokręcona. Szkoda tylko, że autorka nie zrobiła żadnego researchu co do wyglądu opisywanych miast - jako Białostoczanka jestem zdegustowana opisem Białegostoku rodem z PRLu i wiejską gadką tamże. Szkoda, że książka nie jest dopracowana tak, jak mogłaby by być - miałaby wtedy potencjał na zostanie Hardą Hordą młodszego pokolenia, ale teraz to tylko obraza autorek z Hardej… a szkoda, bo mocny początek obiecywał coś zupełnie innego.
Edit: super, że wypowiadają się tutaj panie redaktorki w recenzjach (nikogo nie zdziwi, że same pięciogwiazdkowe i wychwalające pod niebiosa tą książkę, co trochę zakrawa na wpływanie na opinie czytelnika, ale ja się nie znam) więc mam pytanie: naprawdę nie zauważyliście takiej ilości błędów, luk w tekście i na dobrą sprawę nieszanowania innych miast? Gdyby to była książka autora zagranicznego, ta gównoburza sięgałaby wyżyn książkowej strony Internetu. Naprawdę kocham wydawnictwo SQN, ale panie redaktorki mogłyby robić trochę lepsza robotę w sprawdzaniu książek z wattpada zamiast przyjmować je jak leci, bo są popularne i się będą sprzedawać. Naprawdę, kto jak kto, ale wy na zyski nie musicie narzekać ;) (tak, jestem zgorzkniała stara panna w tym momencie, sue me za wyrażanie opinii)
Z jednej strony pomysł był super i na papierze to powinna być książka, która mi się spodoba.
A wyszło tak, że bardzo ciężko mi się ją czytało. Mam wrażenie, że jest to trochę za długi wstęp do już konkretnej historii. Nie pomagało tez to, że momentami miałam wrażenie, że musiałam przebijać się przez ścianę tekstu.
Bohaterowie sympatyczni, chociaż troszeczkę stereotypowi, co w sumie nieźle wypada. Humor - przyjemny. Pomysł na świat - super!
Tylko trochę ciężkie w odbiorze, a w takich historiach liczyłabym na coś innego.
Gdy trzeba utulić do snu Smoka Wawelskiego, poskromić magiczny bluszcz, czy okiełznać stado moli książkowych, do akcji wkracza ekipa Instytutu Absurdu. Niewiele rzeczy jest w stanie zadziwić inspektorów IA, no chyba że jest się stażystką, która całkiem przypadkowo przekroczyła pewien próg. Przyjemna, zabawna lektura, napisana lekkim piórem. Duży plus za to, że każdy z rozdziałów rozgrywa się w innym mieście, przez co mamy możliwość spotkania się z bohaterami różnych polskich legend i podań. Czekam na kolejny tom, bo cała ekipa, z Elizaczkiem i Panią Lusią na czele, bardzo przypadła mi do gustu.
Zobaczyłam rekomendację tej książki na GoodReads. Dodałam skrupulatnie do biblioteki i w końcu przeczytałam. Pomysł fajny - pojawiający się znikąd Instutut Absurdu wpływający w pewnym stopniu na rzeczywistość. Młoda dziewczyna w biurokratycznych tarapatach. Pierwszą połowę przeczytałam z ciekawością, gdyż widziałam rekomendację "lekkości" "świeżości" oraz fajnie zarysowanych postaci. Niestety po pierwsych kilku rozdziałach wprowadzających , całkiem fajnie napisanych, i rzeczywiście dość lekkich, miłych i przyjemnych do czytania reszta mnie rozczarowała. Główna bohaterka permanentnie zdziwiona, (wyobrażcie sobie Harry Pottera dziwiącego się wszystkiemu w połowie pierwszego tomu zamiast brania udziału w akcji) po raz enty wypowiadająca bezsensowne komentarze na temat tego co widzi, odwiedzane miesjca bez konkretów, postacie dość płytkie i powierzchowne, wydarzenia i akcje przerysowane, pozlepiane z różnych źródeł. Najbardziej mnie zniesmaczyło nawiązanie do Piotrusia Pana jako osoby, która może podpisała się jako Pan P. Serio? W Piotrusiu Panie Pan oznacza nie Pana jako Pan i Pani, tylko boga - Pana, Fauna. Ech, czytam fantastykę i fantasy aby nie musieć się martwić czy autor zrobił research i podaje prawdziwe informacje w treści, ale każdy kto sięga po historie mające źródło poza polską kulturą powinien się trochę dokształcić a nie pisać co mu się nawinie pod pióro. Dwie gwiazdki za pomysł. Mogło być fajnie.
Książka w teorii powinna mi się podobać, bo lubię absurdalną fantastykę osadzoną we współczesności i motywy słowiańskie (nareszcie liczenie ziaren przez wampira gdzieś widzę wykorzystane!), w praktyce trochę się na tym przejechałam. Bo przez to, że widać tylko absurd i komediowość na powierzchni i nic więcej - żadnej głębi postaci, żadnego bagażu, tylko "ten jest taki, a tamten taki" nie poczułam sympatii do żadnej z postaci. Fajny był motyw instytutu będącego też portalem, więc można było skakać z akcją po całej Polsce. Zakończenia nie ma, jest budowany jakiś główny wątek , który nie ma żadnego plottwistu. Książka właściwie kończy się po kolejnej epizodycznej opowieści. Zabrakło mi takiego zachęcenia do przeczytania kolejnej części? Nie jest to książka zła, po prostu drugi raz do niej nie wrócę.
Książka jest napisana strasznie infantylnym językiem, fabuła jest na podobnym, przedszkolnym poziomie. O ile nie jesteś w grupie Muchomorków, to nie polecam.
Interesujaca opowieść z rodzaju urban fantasy z domieszką magii. Całkiem sprawnie i intrygująco napisana, a przy aktualnej konkurencji na rynku trudno o coś naprawdę "świeżego". Dużo można dowiedzieć się o Instytucie Absurdu oraz jego pracownikach, jednak kim jest główna bohaterka pozostaje tajemnicą... nawet dla niej samej. Książka jest częścią pierwszą, więc mam nadzieję, że kolejna pojawi się szybko i bedzie równie przyjemna.
Chyba jestem fanką cozy fantasy! Włączyłam ją na zupełnym spontanie - od spojrzałam na tytuł i kliknęłam, nie mając o niej absolutne zielonego pojęcia, a przepadłam całkowicie. Strasznie mi się podobała, wywołała mnóstwo uśmiechu i jedyne, czego żałuję, to tego, że jest tylko jeden tom i muszę czekać na kolejne! Nie mogę się już doczekać kolejnych przygód Elizy (aż mi się przypomniały te kolejki do dziekanatu, stare dzieje :D). Przypadkiem znalazłam totalny comfort read ❤️
I tu mamy przykład cosy fantasy, gdzie coś się dzieje, jest ciekawie i tylko czeka się z niecierpliwością na rozwiązanie wszystkich zagadek. Czekam na ciąg dalszy 💜🔮
Pojęcie "absurdu" używane całkowicie nietrafnie, aż dziw, że redaktor nie sprostował. I nie wyciął nadopisu (np. nic mnie nie obchodzi, jaką kawę czy herbatę piją poszczególne postaci - no chyba, że w kolejnych tomach zostanie to wykorzystane jako kluczowa wskazówka, od której zależy los bohaterów czy rozwiązanie akcji). I nie zareagował na "rzępolenie" jako wiodący przymiotnik określający muzykę np. Wieniawskiego (można nie lubić takiej muzyki, proszę bardzo, ale w życiu bym nie powiedziała, że Wieniawski grał źle, fałszywie lub nieumiejętnie - a tym właśnie według słownika jest "rzępolenie"). Ponadto główna bohaterka, rozpoczynająca studia dziennikarskie, zachowuje się jak infantylna 15-latka. Opisanych pięć epizodów-podprzygód, akcja liniowa, rozwiązanie głównej zagadki przeniesione do kolejnego (oby!) tomu.
marzec 2024: To było dokładnie to, czego w tej chwili potrzebowałam od książki! Humor, cudowni bohaterowie, przygody i odrobina magii. A, zapomniałabym! Do tego jeszcze absurd, dużooo absurdu. Jestem zachwycona tym, jak autorka wykreowała świat. Stawianie świata przedstawionego na fundamentach absurdu może być lekko ryzykowne, ale tutaj wyszło to wspaniale🫶🏻 Kolejnych przygód Elizy i reszty ekipy zdecydowanie potrzebuję na wczoraj❤️🔥
Lekkie, miłe, wtórne. To jest kolejny tytuł o magicznej szkole/instytucie/ organizacji, który wygląda jak kalka. To wszystko już gdzieś było, humor czasami spoko a czasem łapały mnie ciarki żenady, sama historia ok ale to nie jest książka przełomowa.
Lekkie, przyjemne, z fajnym humorem, który nie żenuje i barwnymi bohaterami. Na pewno można polecić na zastój czytelniczy albo dla tych, którzy potrzebują odetchnąć od cięższych pozycji :)
Wolicie czytać lekkie i przyjemne książki czy jednak wolicie kiedy ma trudniejszą tematykę?
Ja jednak ostatnio wolę kiedy książki są lekkie i szybko się je czyta. Lubię też kiedy poruszają ważną tematykę, ale opisane dosyć lekko.
Współpraca recenzencka wydawnictwo sqn
Przedstawiam wam dziś jedną z lżejszych książek fantastycznych, jaką ostatnio przeczytałam i mocno jestem nią zaskoczona, oczywiście pozytywnie.
Eliza Żaczek jest młodą, pełną ambicji kobietą, której nie zawsze wychodzi w życiu. Chce iść na studia, jednak nie dostaje się- splot różnych magicznych wydarzeń. Załamana nie wie, co robić, aż na jej drodze stoją magiczne drzwi i bardzo podejrzani mężczyźni. Instytut absurdu staje na drodze tylko osób, które potrzebują tego najbardziej. Daje prace i schronienie tak jak w przypadku naszej głównej bohaterki.
Eliza trafia do świata pełnego dziwów. Do miejsca, gdzie gargulec jest niszczarką do papieru, (wie kto, gdzie, z kim-no taka dobrze poinformowana plotkara), gdzie wampir jest wegetarianinem, a instytut ma własne emocje.
Elizaczek jest cudownie nieogarniętą postacią. Dosyć szybko się aklimatyzuje, może trochę za szybko przechodzi jej nieszokowanie się tym, co widzi i słyszy, ale nie jest to jakiś mocny minus. Historia jest lekka i bardzo angażująca. Postacie są bardzo ciekawe. Każdy bohater jest inny i przychodzi mu inna ważna rola.
W tej historii występuje mój ulubiony wątek, czyli wierzenia słowiańskie (np. Postać Jagi), ale też nie brakuje akcji i cały czas dzieje się coś fajnego. Autorka daje nam takie stare bajki, które wykorzystuje po swojemu i daje w nowej odsłonie, czy mi to przeszkadzało? Absolutnie nie! Spowodowało to u mnie dużo większe zainteresowanie.
Jest to książka, która jest moim comfort bookiem. Bardzo polubiłam panią Lusie z sekretariatu, polubiłam też bardzo tajemniczą rusałkę.
Jest to Urban Fantasy, jakie uwielbiam. Przemyślana konstrukcja historii, bohaterowie, którzy topią nasze serce. Bardzo chętnie przeczytałabym następne historie o instytucie i Elizie oraz tej całej dziwnej bandzie, która sarkazmu używa jak tarczy i miecza zarazem.
Staż marzeń? Takie rzeczy tylko od Justyny Sosnowskiej w Polskim Instytucie Przypadków Absurdalnych! (Lepiej nie używajcie skrótu)
Słuchajcie to jest po prostu GENIALNY debiut! Genialny! Wiecie jak czułam się czytając tę książkę? Jakbym była w domu. Tak po porostu. Było miło, przyjemnie, zabawnie i tak jakby ta książka musiała trafić w moje rączki! Tak swojsko. 💜
Justyna Sosnowska stworzyła absurdalnie zabawną parodię polskiej biurokracji, zabierając nas na absurdalnie pokręcony staż z wampirami, wiedźmami, wilkołakami, skrzatami i czym tam sobie jeszcze wymyślicie.
Razem z Elizą Żaczek traficie do tej części świata, która przed wieloma oczami jest ukryta. W waszej wyobraźni polskie legendy i słowiańskie podania ożyją. Być może nawet dotrwacie do spotkania ze smokiem wawelskim!
A w te wszystkie niezwykłe, absurdalne i magiczne przygody przeplatane przepisywaniem raportów i poznawaniem uroków Instytutu Absurdu dostaniecie nawet zagadkę kryminalną! Ludzie z różnych części polski rozpływają się w powietrzu, a na miejscu wyczuwalna jest dziwna magia.. Pracownicy mają nie lada zagwozdkę i zmartwienie, bo zniknięć jest coraz więcej, a poszlaki prowadzą tak naprawdę donikąd.
Dodatkowego uroku całej historii nadają przecież bohaterowie! Nadprzyrodzeni, ale i nie tylko, najważniejsze - są unikatowi, charakterni i zapadają w pamięci. Wiecie mamy tutaj taką typową zbieraninę od takich „klasowych” sympatycznych „głupków” po takich, przy których lepiej salutować i stawać na baczność. Wszyscy do uwielbiana i kochania.
No cóż mogę więcej. Totalnie się zakochałam! Topka roku bez dwóch zdań. I mam nadzieje, że niedługo dostaniemy kolejną dawkę instytutu. 🥹