Jak uczynić miasta przyjaznymi dla wszystkich? Urbanistyka już od ponad stu lat zajmuje się badaniem i planowaniem wygodnego życia dla mieszkanek i mieszkańców. Wydawałoby się, że naziemne przejścia dla pieszych, ścieżki rowerowe, maszty telekomunikacyjne czy słupki chroniące chodnik są racjonalnym standardem. Są jednak tacy, którzy widzą w nich zagrożenie, a za pierwsze na polskim ziemiach miasto 15-minutowe uważają... Auschwitz-Birkenau.
Łukasz Drozda opisuje jak prawicowy populizm i myślenie spiskowe stwarzają problem dla przyszłości otaczającej nas przestrzeni, dotykając nawet najbardziej liberalnych światopoglądowo miejsc w kraju, a także to jak przeciwstawić się tego typu zagrożeniom. Rosnąca liczba teorii spiskowych coraz bardziej uniemożliwia przeciwdziałanie kluczowym wyzwaniom współczesnej urbanizacji – od sprawnego internetu bezprzewodowego i zakorkowania miast, aż po walkę ze zmianami klimatu. Nie mówiąc o dostaniu się z wózkiem z domu do żłobka.
DNF 33% Liczyłem że do 1/3 książki znajdę chociaż jeden pozytyw przemawiający za tym żeby kontynuować niestety się nie udało xd
Chaotyczny styl autora, ciągle dygresje i brak uporządkowania informacji skutecznie zniechęcił mnie do przeczytania całości, a szkoda bo temat jest bardzo ciekawy. Nie twierdzę że nie mogą tu być zawarte jakieś ciekawe obserwacje ale sama forma zniechęca na tyle mocno że wolałbym wydłubać sobie szare komórki.
To jest naprawdę fatalna książka, zdecydowanie odradzam
Ponieważ teorie spiskowe dotyczące miasta 15-minutowego należą do moich "ulubionych" (zaraz po filmikach "z żółtymi napisami" o tym, że Szymon Hołownia jest dominikańskim agentem Watykanu), z radością przyjęłam wieść o nowej książce Łukasza Drozdy. Nie rozczarowałam się, chociaż rozminęła się z moimi wyobrażeniami o niej. Myślałam, że będzie więcej rozgryzania nastrojów społecznych i dyskursów, a jest więcej śledzenia układów władzy i "kto za tym stoi". To taki disclaimer dla osób, które wiedzą, czego by w takiej propozycji chciały szukać.
Trochę mi szkoda, że Drozda nie poczekał chwili z ukończeniem książki - konkretnie, że nie poczekał na kampanię do wyborów samorządowych, która była festiwalem tego rodzaju miejskich legend i panik moralnych. Chętnym polecam prześledzenie narracji o buspasach, które wypączkowały w ostatnich miesiącach z tych opisywanych w "Miejskich strachach". Okazuje się bowiem, że buspasy to dzieło komunikacyjnego, bolszewickiego szatana i narzędzie wznoszenia społecznych murów wykluczeń. Świetnie to gra z opisywanymi w książce zjawiskami, a i katalog wygłaszających te tezy aktorów pewnie byłby podobny.
Parę rzeczy mi zgrzytnęło - w jednym z rozdziałów mam wrażenie lekkiej fetyszyzacji nieneurotypowości (niekoniecznie na temat). Gdzie indziej trochę zabrakło mi większej refleksji nad tym, że teorie spiskowe okazują się czasami prawdą i co z tego wynika dla nas, rzekomo "oświeconych". Ta pojawia się dopiero na zakończenie i dość pobieżnie.
Ale all in all zachęcam. Można się i złapać za głowę, i pośmiać. I zmobilizować do działania, mam nadzieję.
Dawno nie czytałem równie bezsensownej książki. Jej treść nie ma zbyt wiele wspólnego z tytułem, bo autor zajmuje się w najmniejszym stopniu miastem, a głównym obszarem jego zainteresowania są nielubiane przez niego ugrupowania polityczne i ich działacze. Koniec końców zamiast polemiki z "miejskimi strachami" mamy po prostu wiwisekcję życiorysów osób nielubianych przez Łukasza Drozda. Autor książki tak skacze więc po różnych wątkach, że sam zaczyna się w nich gubić.
Nie wspominając o całkowitym zideologizowaniu książki. Rozumiem, że osoby krytykujące 5G to rzeczywiście zwolennicy absurdalnych teorii spiskowych, ale czy np. koncepcja miasta 15-minutowego rzeczywiście może być krytykowana tylko przez "urbanistycznych populistów"? Drozda zapewne dobrze wie, że są tam też założenia warte polemiki, jak choćby utopijne przekonanie, iż wszyscy mieszkańcy miasta są pracownikami i mogą pracować zdalnie, więc wystarczy wybudować im na osiedlu centra coworkingowe, aby spotykali się w nich raz na jakiś czas ze swoimi przełożonymi. Czy to nie jest utopia?
Podobnie jak w poprzednich książkach meczący jest także styl autora. Budowanie przez niego zdań zupełnie mnie nie przekonuje, ma być bardzo mądrze, a innym razem śmieszkowato, więc ostatecznie wychodzi z tego często zwyczajny bełkot.
Do poprzedniej książki autora o patodeweloperce miałam dużo zastrzeżeń i gdybym od początku wiedziała, że to ten sam autor, to pewnie nawet nie sięgnęłabym po tą książkę.
Chociaż jest lepiej niż w "Patodeweloperce" to nadal irytuje mnie trochę język i sposób opisywania niektórych rzeczy. Do tego chyba do końca nie rozumiem założeń książki, rozdziały wydają mi się miejscami chaotyczne.
Raczej zawód. Nie ma tu motywu przewodniego, jest tylko zbiór luźno powiązanych tekstów, które pewnie odrębnie nie znalazłyby miejsca nawet w zwykłych gazerach