Ponieważ teorie spiskowe dotyczące miasta 15-minutowego należą do moich "ulubionych" (zaraz po filmikach "z żółtymi napisami" o tym, że Szymon Hołownia jest dominikańskim agentem Watykanu), z radością przyjęłam wieść o nowej książce Łukasza Drozdy. Nie rozczarowałam się, chociaż rozminęła się z moimi wyobrażeniami o niej. Myślałam, że będzie więcej rozgryzania nastrojów społecznych i dyskursów, a jest więcej śledzenia układów władzy i "kto za tym stoi". To taki disclaimer dla osób, które wiedzą, czego by w takiej propozycji chciały szukać.
Trochę mi szkoda, że Drozda nie poczekał chwili z ukończeniem książki - konkretnie, że nie poczekał na kampanię do wyborów samorządowych, która była festiwalem tego rodzaju miejskich legend i panik moralnych. Chętnym polecam prześledzenie narracji o buspasach, które wypączkowały w ostatnich miesiącach z tych opisywanych w "Miejskich strachach". Okazuje się bowiem, że buspasy to dzieło komunikacyjnego, bolszewickiego szatana i narzędzie wznoszenia społecznych murów wykluczeń. Świetnie to gra z opisywanymi w książce zjawiskami, a i katalog wygłaszających te tezy aktorów pewnie byłby podobny.
Parę rzeczy mi zgrzytnęło - w jednym z rozdziałów mam wrażenie lekkiej fetyszyzacji nieneurotypowości (niekoniecznie na temat). Gdzie indziej trochę zabrakło mi większej refleksji nad tym, że teorie spiskowe okazują się czasami prawdą i co z tego wynika dla nas, rzekomo "oświeconych". Ta pojawia się dopiero na zakończenie i dość pobieżnie.
Ale all in all zachęcam. Można się i złapać za głowę, i pośmiać. I zmobilizować do działania, mam nadzieję.