Prawdę mówiąc z ogromnym smutkiem daję tę ocenę, choć niektórym może się ona wydawać wysoka. Zabierając się do tej książki miałam nadzieję, że będzie ona jedną z najlepszych w tym roku. W głowie tworzyłam już peany, które będę mogła napisać w recenzji. Dlaczego zatem, mimo tak pozytywnego podejścia się nie udało?
Po pierwsze miałam już styczność z twórczością Marcina Jacoby, czytając "Chiny bez makijażu". Trudno mi zatem nie porównywać "Korei" do "Chin", gdyż format oraz kompozycja powieści właściwie są takie same. Jacoby jest sinologiem z wykształcenia, a o Korei Południowej pisze poprzez perspektywę prywatnych doświadczeń, głównie rodzinnych, choć oczywiście opiera się również na potwierdzonych źródłach. Być może z tego powodu już od pierwszej części przyszło mi do głowy to porównanie: "Chiny bez makijażu" były jak ciekawy wykład profesora, który poświęcił lata swoim badaniom, to jego konik, a dodatkowo umie pracować z publiką podrzucając anegdotki. "Korea. Republika żywiołów" to natomiast chaotyczny wykład prowadzącego, który ma skłonności do dygresji, skakania po tematach i rzucania średniej jakości żartów, na którym siedzi się, bo ma się świadomość, że gdzieś pomiędzy wierszami jest cenna wiedza. Ale notatek nie zrobisz.
Taka właśnie jest "Korea. Republika żywiołów" - absolutnie nie odmawiam zawartej w niej wiedzy; według mnie najlepszą partią książki jest część druga, gdzie Jacoby wykładowo prowadzi czytelnika przez historię Korei: od starożytności aż po czasy współczesne. Pokazuje w niej także scenę polityczną oraz gospodarkę i jej rozwój w ostatnich dziesięcioleciach. Ta część jest przemyślana, wynikowa, nie ma w niej przeskoków, a zaledwie kilka historii związanych z jego rodziną, które ubarwiają lekturę.
Niestety ani część pierwsza, ani trzecia nie podobały mi się tak bardzo. Chaotyczność wypowiedzi, ciągłe wrzucanie zdań: "ale do tego przejdziemy później", "ale o tym powiem więcej w dalszej części książki", żeby w miarę powrócić do poprzedniego tematu, kiedy się na inny przeskoczyło, rozprasza czytelnika. Dygresji i historyjek jest bardzo dużo i chociaż rozumiem jaką mają funkcję - wolałabym formę wykładową (jaka - o ile mnie wspomnienia nie mylą - tworzyła całe "Chiny bez makijażu").
Najgorszy jednak zarzut jaki mam do tej książki i który potwornie niszczył mi przyjemność lektury był język - wartościujący i generalizujący. Jestem pasjonatką kultury koreańskiej od kilku lat i uczę się, ile mogę, na własną rękę. Studiuję także filologię polską i uwielbiam naszą własną kulturę. Nie zamierzam zatem kłócić się o treść przedstawionych faktów, ale mogę przeciwstawić się sposobowi ich przedstawienia. Jacoby niezwykle często w tej książce zestawia ze sobą kulturę polską i koreańską i niestety nie mówi o nich, że są po prostu inne. Polska zawsze wychodzi na tę gorszą, zacofaną, wtórną. I to nie z powodu przedstawionych faktów, ale przez to, jak autor o niej mówi. Koreańska w tym wypadku wartościowana jest pozytywnie. Podobnie dzieje się z generalizacją; jest taki fragment, w którym Jacoby mówi, że w Korei jest bardzo bezpiecznie bo nikomu nie przyjdzie do głowy zabrać narzędzi z placu budowy - i tu puszcza oczko do Polaków. Mówienie, że całe społeczeństwo koreańskie np. ceni sobie czystość - wszystko to jest opinią absolutnie nieobiektywną i nie powinno się znaleźć w książce popularno-naukowej. Nie każdy Koreańczyk dba o czystość i nie każdemu Polakowi przyjdzie do głowy zabrać kilka leżących cegieł. Przedstawianie społeczeństw w taki sposób jest po prostu przykre. Dodam tu jeszcze szybko myśl, że w ogóle idealizacja społeczeństwa koreańskiego jest przesadzona w tej książce: Jacoby pisze o całej kulturze "yiiś", która ma przedstawiać silny temperament narodu. Tak wam powiem, że "yiiś" to po prostu początek najgorszego koreańskiego przekleństwa, które znaczy mniej więcej to co nasze "kur...".
Protekcjonalny ton pojawi się także wobec fanów tzw. "koreańskiej fali", których Jacoby bierze chyba głównie za nastolatki lubiące ładnych chłopców, wobec czego w trakcie książki puszcza do nich kilka komentarzy. Tak, tę społeczność fanowską tworzy wiele młodych osób doceniających azjatycką urodę, ale nie tylko; fani doceniają swoich idoli przede wszystkim za ich muzykę, ciężką pracę, osobowość, dobre uczynki. Wolałabym już nie widzieć takich uproszczeń w literaturze, której większość odbiorców będą stanowić właśnie fani, bo to oni przez popkulturę, zakochują się w kulturze.
Zatem wielki zawód. I choć zawiera w sobie naprawdę dużo przydatnej wiedzy, to polecam przeczytać tylko tę drugą część gdzieś z biblioteki.