Czytając opis tej książki, poczułam, że to będzie to. Przemówił on do mnie, bo właśnie takie historie, mające na celu złamać mi serce są moimi ulubionymi. Czemu więc zdecydowałam się na DNF tej historii?
Współpraca z wydawnictwem.
Meredith pod wpływem chwili podejmuje decyzję o spędzeniu wakacji u dziadków. Nie odwiedzała tego miejsca od dnia tragedii, która ją spotkała. Ten jeden dzień odcisnął na niej piętno, które nosić miała przez resztę życia, czy na jej drodze stanie ktoś, kto pomoże jej się go pozbyć? Czy przyjaciele z dzieciństwa zdołają ocalić ją przed samą sobą?
Zacznę od tego, co w tej książce było nie tak, a jest tego bardzo dużo. Zanim przejdę do błędów w samym tekście, skupię się na pisowni, z którą coś było mocno nie tak. Wyczułam, że autorka chciała napisać książkę, która w słowach będzie kryła głębokie znaczenie, ale to, że normalne zdanie ozdobisz słowem „Podniósłszy, rozchyliwszy, założywszy, odłożywszy, przeprosiwszy, odwróciwszy, dołączywszy, opuściwszy, kiwnąwszy”, nie sprawi, że taka ona będzie, szczególnie gdy po chwili bohaterowie wypowiadają się, używając zwrotów żeś, aleś, czyś ty. Odniosłam po prostu wrażenie, że ktoś za mocno chciał pobawić się w poezję niezwykłymi opisami CZEGOKOLWIEK co kilka stron, które nie potrzebnie ciągnęły fabułę. Sami bohaterowie są niezwykle durni, przepraszam, ale inaczej nie jestem w stanie tego ująć. Albo zaczynają żarty, których puenta nie miała absolutnie nic wspólnego z rozmową dokładnie tak, jakby autorka dawała te żarty tylko po to, żeby były, albo próbują sobie dowalić tekstami też totalne z czapy, które nijak mają się do czegokolwiek w rozmowie czy fabule. Nie zabrakło także niezwykle zabawnych żartów o okresie bo hehe ktoś ma zły humor hehe to napewno okres hehe… 🥴 (hehe).
Wiecie, jak cudowni są przyjaciele Meredith? Otóż Meredith mówi że jej ciężko ale sobie radzi, na co jej przyjaciółka odpowiada, że żarty ich przyjaciela są jak pioruny i bla bla ta wypowiedź nie ma sensu ani puenty, to randomowy wklejony suchar o tym, jak nieśmieszne kawały ma ich ziomek…
W „Too broken for you” pojawia się niesamowicie wiele niedopowiedzeń, jak fakt, że jeden z bohaterów nie zna się na rozmiarach butów dokładnie tak, jakby sam ich nie nosił całe życie. Jest także fragment, gdzie inny bohater wybiegł z domu bez butów, CO BYŁO WRĘCZ ZAZNACZONE, uciekając przez główną bohaterką, potem on wraca do swojego domu wciąż bez tych butów, bo nie wrócił się po nie… po prostu sobie odchodzi.
Jordan widzi, że Raul trzyma butelkę, po czym odwraca się i nie wie, kto rzucił wyzwanie…? No heloł. Albo chłop nie ogarnia życia, albo gry, bo później bohaterowie niesamowicie oburzają się, że ktoś śmie zmienić zasady „ustalone w zamierzchłych czasach” do gry w butelkę. (🙄) Bohaterowie albo lubią bawić się w filozofów i zadawać durne pytania albo serio nie myślą. Nie zliczę ile pojawiło się pytań, z serii „co on tu robi?”, girl, on wszedł do piekarni i kupił pączka, NO CO ON MÓGŁ TAM ROBIĆ. Przytoczę również słynne zdanie, które rozbroiło mnie z wszelkiej cierpliwości i chęci na kończenie tej historii „Skrzywiła się, czując zalewający jej pachwiny smród”… i mean nozdrza? Czy korekta tu w ogóle istnieje?!
Mogłabym wymieniać w nieskończoność, co w tej książce było nie tak, co poległo, ale miało być naprawdę dobre, bo sam zamysł na fabułę niesamowicie mi się spodobał, poległa realizacja, bohaterowie i styl pisania, który bardziej mnie męczył, niż zachęcał do dalszej lektury. Cieszę się, że zrobiłam DNF, bo w kościach czułam zastój czytelniczy! Rozumiem sarkazm, rozumiem inne poczucie humoru oraz styl wypowiedzi u młodych osób, ale w tej książce absolutnie nie przypadło mi to do gustu.