Żeglarska gwara, bitwy morskie, smak tajemnic i parny klimat karaibskich wysp…
Młody porucznik Royal Navy William O’Connor miał ambicje zostać kiedyś kapitanem okrętu wojennego, ale nigdy by się nie spodziewał, że jego marzenie spełni się tak szybko, a do tego w tak wybuchowych okolicznościach. Nigdy by też nie oczekiwał, że stanie na czele załogi złożonej z moczymord, rzezimieszków, szajbusów i piromanów, a popłynie w świat na „Magdalenie”, okręcie, którego akt własności wywoła sporo kontrowersji.
Na szczęście kapitan O’Connor zawsze może liczyć na swój żeglarski kunszt oraz dwóch najlepszych przyjaciół, poruczników Edwarda Love’a i Vincenta Fowlera, którzy dobrze wiedzą, jak wyprowadzić okręt z tarapatów i przepędzić kapitańskie fochy. Ich wsparcie bardzo się przyda, bo za O’Connorem podąża pech, który ściąga na pokład morskiego diabła, popycha dowódcę w ramiona pewnej tajemniczej Hiszpanki i przypadkowo pomaga rozpętać wojnę między mocarstwami.
Urodził się 5 kwietnia 1976 roku w Poznaniu, który stał się pierwszą miłością jego życia. Kolejne spotykał stopniowo, a były to: muzyka rockowa i metalowa, mistyka Skandynawii, epoka wielkich żaglowców, aż wreszcie pisarstwo. Już podczas studiów parał się pisaniem artykułów o tematyce erpegowo-historycznej do czasopism „Magia i Miecz” oraz „Portal”. Jest autorem powieści „Ostatnia saga”, jej kontynuacji „Wojna runów” oraz „Świt po bitwie” oraz dylogii „Karaibska krucjata”, na którą składają się tomy „Płonący Union Jack” i „La Tumba de los Piratas”. W lipcu 2007 zadebiutował w Fabryce Słów powieścią "Ragnarok 1940”. Za niedościgniony wzór uważa Patryka O’Briana, którego powieści pracowicie przekłada na język polski. Trudną dolę tłumacza łączy z pracą nauczyciela i lektora języka angielskiego. Latem - pod pozorem pracy pilota wycieczek - ucieka w chłody Islandii. Pasjonat ciszy i spokoju, strażnik ogniska domowego, poszukiwacz nieprzetartych szlaków pośród puszcz i jezior, co stało się kolejną miłością jego życia. Największą jest jednak Marta, z którą pewnego lata wziął ślub w cudownie pachnącym kościółku z drzewa modrzewiowego. Wkrótce został ojcem małego Michałka, który również bardzo lubi książki.
Anglicy walczą z Francuzami i Hiszpanami, a do tego pod kilami, to znaczy pod nogami, plączą się Holendrzy. Jakby tego było mało, swoje ambicje mają też piraci, dezerterzy i cała masa podejrzanych morskich wyjadaczy, a wszystko skąpane w magicznej otoczce Indii Zachodnich.
Poznajemy wcześniejsze losy Williama O’Connora, który bardzo szybko spełnia swoje marzenie o zostaniu kapitanem okrętu. Przy pomocy wiernych przyjaciół radzi sobie z bandytami, diabłami morskimi, duchami i nieznajomą Hiszpanką. Chociaż z tą ostatnią nie do końca. Puszczam oko do tych, którzy znają już dalsze losy Williama ;)
„Karaibska Krucjata” to opowieść pełna zwariowanych przygód, skąpana w iście „mortkowym”, ciepłym poczuciu humoru. Nie jest książką, która by mnie zachwyciła, ale z pewnością dała kilka godzin dobrej zabawy na dobrym poziomie.
I zakończę tak samo, jak poprzednio: DLACZEGO TAK MAŁO MANUELI?!? 😫🤭🧡
Cierpię na niedobór mórz i oceanów w literaturze, brakuje mi piratów, kapitanów i wielkich bitw. Ten tytuł mi uzupełnił te niedobory i dał wiele radości
Karaibska krucjata to książka w klimacie morskim stworzona przez Marcina Mortkę, która została wydana przez Wydawnictwo SQN.
Ta książka stanowi niezwykle ciekawą opowieść osadzoną w kontekście historycznym, z którego czerpie pełnymi garściami. Mortka ta wprowadza politykę karaibskich kolonii oraz spięć między europejskimi potęgami, że nie trzeba mieć rozległej wiedzy historycznej, by zorientować się w sytuacji. A to wszystko jest okraszone typowym humorem autora, a to wszystko sprawia, że jest to pozycja, od której się trudno oderwać.
Poza zachwycającym morskim klimatem, książka wprowadza elementy nadnaturalne będące częścią wierzeń marynarskich. Pomiędzy humorem oraz terrorem walk na wodzie przewijają się duchy i inne zjawiska, które trudno wytłumaczyć. I choć pozornie wydaje się nic ze sobą nie łączyć, z czasem czytelnik dostaje wystarczająco fragmentów układanki, by zaczął się wyłaniać jakiś obraz. Na ten moment jednak niepełny, zostawiający miejsca na teorie i domysły.
Ogólnie akcja zbudowana jest raczej z mniejszych wydarzeń niż z fabuły idącej po jakiejś linii, nie znaczy to jednak, że owe zdarzenia nie są ze sobą powiązane. Łączą je przede wszystkim bohaterowie, którzy stanowią barwną zgraję. Ich wzajemne relacje i to, w jaki sposób funkcjonują jako drużyna, są zdecydowanie najciekawszym aspektem historii.
Przyznam szczerze, że Karaibska krucjata podeszła mi zdecydowanie bardziej niż dziejąca się lata później Karaibska odyseja. Może ma to coś wspólnego z tym, że bohaterowie są młodsi, jeszcze nie tak bardzo doświadczeni życiem i przesiąknięci cynizmem. A może dlatego, że mierzą się z tego typu wyzwaniami po raz pierwszy i z pewną przyjemnością przychodzi mi śledzić ich niepewne, czasem głupie kroki w nowej przygodzie, do której wcale się nie prosili.
Karaibska krucjata, łącząc wszystkie te elementy, stanowi zbiór humoru, terroru oraz specyficznej morskiej magii, które stanowią kombinację lepką jak smoła - raz złapany czytelnik aż tak łatwo się nie uwolni z Karaibów.
*Książka otrzymana dzięki uprzejmości wydawnictwa.
Marcin Mortka tak jak w przypadku cyklu o Madsie Voortenie, wraz z wydawnictwem SQN postanowił wznowić cykl o przygodach Williama O’Connora. Po “Karaibskiej Odysei”, otrzymaliśmy prequel tej historii pt “Karaibska Krucjata - Płonący Union Jack”.
Ten tom przybliża nas do różnych początków. Początku przyjaźni trzech kamratów Billiego, Edwarda i Vincenta. Początku objęcia roli kapitana Magdaleny, przez Billiego i pozyskania statku czy początku znajomości O’Connora z temperamentną Manuelą. Tak jak w przypadku poprzednich książek autora, nie brakuje tu zabawnych sytuacji, humoru, chaosu czy solidnego mordobicia. Do tego dochodzą piraci, morskie bitwy i niewytłumaczalne zjawiska.
Styl przywódczy Billiego głównie opiera się na dużej dawce szczęścia i umiejętności kreowania takiego zamieszania jakiego świat nie widział. Czasami przez to gubiłam się w akcji, by za chwilę tak jak nasz kapitan wypłynąć z tego zamieszania i brnąć dalej w przygodę. To kto z kim walczy, kto kogo nie lubi i kto z kim się brata, by za chwilę go wystrychnąć na dudka, pozwoliło mi dojść do jedynego sensownego wniosku, że po prostu kto się napatoczy to z tym walczymy, nie ważne czy to Diabeł morski, Pirat, Hiszpan, Francuz czy Anglik. Billie całkiem przypadkowo ma dar do wpadania w tarapaty i rozpętywania strasznej rozróby. Na szczęście potrafi przemówić do zbieraniny zdemoralizowanych leni, pijaków, ślepców, złodziejaszków, półgłówków, piromanów, morderców czy panikarzy zwanych jego załogą, którzy jakimś cudem w obliczu bitki stają się całkiem przyzwoitą załogą.
Najmocniejszą stroną tej książki są William O’Connor, Edward Love i Vincent Fowler, trzech gości, którzy nie mogliby się bardziej różnić od siebie, tworzą świetną grupę przyjaciół, idealnie się uzupełniając. Podobają mi się kontrasty między nimi, każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy, a gdy postawić ich naprzeciwko jednego wroga, ten z góry ma przechlapane. Dynamika tych postaci, robi większą część roboty w tej książce. Widać, że znają się jak łyse konie i że doskonale wiedzą, jak się motywować i na siebie wpływać.
Tak jak pisałam w recenzji dotyczącej tomu poprzedniego Manuela jest moją najmniej ulubioną postacią, na szczęście w tym tomie nie wydała mi się, aż taką wariatką jak w tomie poprzednim (kolejnym), wręcz byłam w stanie dostrzec w niej przebłyski tego, co tak urzekło naszego kapitana. Z jakiegoś powodu autor uwielbia obdarowywać głównych bohaterów książek cechą pantoflarstwa. I mimo, że krzyczą, tupią, walczą i rządzą w swoich małych królestwach, to do kobiet w swoim życiu nie podskakują. Scena z nurkowaniem w cyckach rozbawiła mnie do łez, a to jak nasz kochliwy Billie przepadał było równie zabawne.
Jeśli chodzi o samą fabułę, to naprawdę dużo się dzieje, uważam jednak, że dobrze jest się dać porwać w wir akcji i przygód, odkrywając kolejne niespodzianki samemu, dlatego nie chcę za dużo zdradzać.
To nie tajemnica, że książki pana Marcina bardzo mi leżą, szczególnie w kategorii rozrywki i humoru. Kolejnych tomów będę wyczekiwać. A was zachęcam do poznania twórczości autora i do wzięcia udziału w tych morskich przygodach.
🐚🦑 Wiem co powiecie - że dopiero marzec, do lata w sumie daleko i że to nie jest pora na wakacyjne książki. Wiem aleee, tak bardzo mi tego brakuje; słonka, ciepłego wiatru, turkusowej wody i pysznego jedzenia. To wszystko zebrane razem sprawiło że z przyjemnością złapałam za książki będące totalnie POZA moją strefą czegokolwiek.
🐚🦑 Warto wspomnieć też o tym że to moje pierwsze spotkanie z twórczością Pana Marcina. Przez to niestety nie umiem porównać ich do innych (: ale, no właśnie ale..
🐚🦑 Bawiłam się tu przepysznie - niczym ta szczęśliwa 🦦 w rzece. Styl jest lekki, opisy barwne a humor wręcz wylewa się z kartek. To sprawiło że przy obu tomach nie sposób się nudzić ! Trójkąt o nazwie O'Connor - Edward - Vincent zwyczajnie doprowadza do łez wierzcie mi 😉
🐚🦑 Obie książki są zapisem przygód pewnego pechowego porucznika. William O'Connor na samym początku był pełny ambicji. Chcial poprzez swoje zasługi zostać znanym kapitanem okrętu. CÓŻ wszyscy wiemy że życie bywa przewrotne i często złośliwe - wobec tego William dosyć szybko zostaje kapitanem pewnego okrętu którego akt własności zostawia wiele do życzenia - zwlaszcza gdy pech chłopaka ściąga na niego gniew morskiego diabła! A Żeby tylko jego..
🐚🦑 W Karaibskiej odyseji dalej podążamy śladami Williama. Tym razem jednak zobaczycie co się wydarzy gdy po ważnych zmianach w życiu bohatera znów wszystko wywróci się do góry nogami. A powrót na łajbę będzie szybszy niż się wszystkim wydaje..
3.75/5 - bo bawiłam się naprawdę wybornie! Komu polecę książkę? Absolutnie każdemu! Bo można się tu cudownie bawić niezależnie od wieku. Książki spokojnie możecie podsunąć komuś młodszemu 😀
Mimo wartkiej akcji, humoru i ciekawych bohaterów nie potrafiłam się wciągnąć w tę historię. Strasznie jest mi głupio z tego powodu, bo całość prezentuje się naprawdę dobrze, tyle że... kompletnie to do mnie nie trafiło. Jeżeli jednak szukacie dobrej przygodówki, przypominającej odrobinę "Piratów z Karaibów" to możecie sięgnąć po tę powieść. Mnie nie zachwyciła, ale istnieje duża szansa, że większości z was się spodoba.
Francja, Holandia, Hiszpania i Anglia i Piraci i bitwy i masa odniesień do popkultury czy współczesnej historii. Mnie urzekł pies Winston, który zgodnie ze słowami swojego pana będzie walczył na plażach, wzgórzach i w miastach! (Chociaż major Callahan pseudonim "Brudny" też mnie ubawił).
"Płonący Union Jack” to świetna książka na urlop, lekka, przyjemna i bardzo zabawna. Akcja toczy się wartko, a O'Connor ma wszystkie cechy typowe dla bohatera powieści awanturniczej. Niestety, miałki romans i duże znaczenie przypadków sprawiają, że książkę ciężko zaliczyć do najlepszych pozycji tego autora.
Trochę jednak jestem zawiedziony. Brakuje tu zdecydowanie klimatu Wyspy Skarbów Stevensona. Nie ma skarbu a intryga niby o piratach, ale tak jakoś płynnie przechodzi jedna w drugą, jakby autorowi brakowało pomysłu na całości, a pomysły wpadały do głowy w trakcie pisania. Sięgne po drugi tom, gdyż jest to jednak ciągłość, ale bez szczególnej ekscytacji.
Ksiazke zaczalem czytac w Boze Narodzenie z nadzieja, a w zasadzie przekonaniem, ze skoncze przed narodzinami mojego syna. No i jak zwykle, los chcial inaczej i na skutek roznych zbiegow okolicznosci skonczylem dopiero dzisiaj, po 4 miesiacach. Ksiazka jest niesamowicie wciagajaca, napisana bardzo swojskim, naturalnym jezykiem. To, w polaczeniu z duza dawka humoru i szybka akcja, sprawia ze czytanie staje sie radoscia. Dalem 5/5 bo choc morskie klimaty mnie nie fascynuja, to nie moge sie doczekac az ktoregos dnia poczytam przygody kapitana O'Connora mojemu synowi.