Ta książka jest czerstwa jak tygodniowy razowiec. Wydawca krzyczy z okładki, że rzekomo jest to „światowy bestseller dla wszystkich fanów Dana Browna”. Ktoś, kto to wymyślił, albo nie przeczytał „Tulipanowego wirusa”, albo ani jednej powieści Browna.
Słów kilka o fabule. Godzina 5:30 nad ranem. Alek dostaje dziwny telefon od wuja. Zaniepokojony udaje się do niego do domu, by zastać tam Franka w stanie agonalnym. Umierający ma przy sobie starą księgę o tulipanach. Czy to klucz do zagadki? Czy księga pozwoli wyjaśnić tajemnicę śmierci wuja?
Historia biegnie dwutorowo, bo wydarzenia z roku 2007 przeplatają się z flashbackami do wieku XVII. Tu również mamy morderstwo, tajemnicę i – oczywiście – tulipany.
Pierwsze i najważniejsze - autorka. Nie. Umie. Konstruować. Postaci. Pisze ich historię, dodaje im przeszłość, wciska je w przeróżne relacje i… to wszystko. Nie uwierzyłam w ani jednego bohatera. Żaden nie był autentyczny. Wpychanie do tekstu szczegółowych opisów gestów, przemyśleń i spostrzeżeń zwykle sprawia, że postacie wydają się być prawdziwe. Tu wyszło to niemal groteskowo. Momentami nagromadzenie detali tak spowalnia akcję, że człowiek ma ochotę zasnąć. Innym znów razem zupełnie takich smaczków brakuje i mamy do czynienia z czymś na kształt suchego sprawozdania.
Historia z warstwy współczesnej w ogóle mnie nie wciągnęła. Do tego stopnia, że wszelkie zwroty akcji były mi całkowicie obojętne. Decyzje i zachowania bohaterów, momentami koszmarnie irracjonalne, powodowały szereg jakichś następstw. No dobra, przyjęłam. Czy mnie to jakoś przejęło? Niestety, wynudziłam się jak mops (a nawet trochę zirytowałam, że marnuję czas). Nieco ciekawsze były rozdziały retrospektywne, ale i te nie stanowią wirtuozerii słowa pisanego.
Wróćmy do szumnego porównania „Tulipanowego wirusa” z książkami Browna. Gdyby Brown pisał tak słabo, w życiu nie sięgnęłabym po kolejną jego książkę. Tymczasem nie zaliczyłam jedynie „Cyfrowej Twierdzy”, a i to wyłącznie dlatego, że nie było ku temu okazji. Czy powieści Browna są wybitne? A skąd. Gość pisze pod publiczkę i to widać. Ale umie przyciągnąć uwagę czytelnika. Umie zaciekawić. Sprawia, że odbiorca chce wiedzieć, co będzie dalej, chociaż i tak przeczuwa, jak się to wszystko skończy. Tu… No cóż. Nudny wątek współczesny, papierowe postacie i ich przerysowane reakcje jedynie męczą.
Zupełny brak chemii między mną a tą powieścią rekompensują tylko ciekawostki historyczne o tulipomanii, o wirusie pstrości i o cebulce Semper Augustus. Na plus można policzyć również wydanie, które wywołuje przyjemne wrażenia estetyczne (chociaż z jednym wyjątkiem: numeracjo stron na bocznych marginesach – giń!). Całość to wg mnie takie 3/10 i choć nie jest to kaszana, to raczej nie pokusiłabym się o lekturę kolejnej książki Daniëlle Hermans.