Hotel ZNP to prawdopodobnie najbrzydszy hotel w Warszawie. Ma jednak kilka zalet: z jego okien rozpościera się ładny widok na Wisłę, w szufladach nocnych stolików zamiast Biblii można znaleźć kryształowe popielniczki, a przede wszystkim – położony jest dokładnie w połowie drogi między domami Belci i mężczyzny, który ją interesuje. To dlatego para wybrała właśnie ten przybytek na miejsce schadzki.
Hotel ZNP jest bernhardowską z ducha, bezwzględną rozprawą z mieszczańskim społeczeństwem i tradycyjnie pojmowaną rodziną. Świat ukazywany przez Tadrę to emocjonalna pustynia, na której nie mają prawa przetrwać żadne prawdziwe uczucia i więzi. Bohaterka walczy tu dosłownie o swoje prawo do łysej głowy i papierosów, a metaforycznie o prawo do własnego głosu i poszukiwania szczęścia. To powieść dowcipna, a zarazem okrutna i bolesna.
Dzięki tej książce za każdym razem kiedy mijam Hotel ZNP podczas przechadzki nad Wisłą, nie myślę już „o matko, jaki brzydal”, tylko wyobrażam sobie te kryształowe popielniczki w szufladach stolików nocnych.
Było groteskowo, pomysłowo i wartko. Fajna, dobrze napisana rzecz; autorka fenomenalnie operuje językiem. Do sięgnięcia po książkę skusiły mnie głosy porównujące ją do twórczości Bernharda i nie zawiodłam się. Lekturę polecam uzupełnić wysłuchaniem odcinka “Orbity Literackiej” :)
Błyskotliwa, zabawna, w świetny sposób porusza bardzo ważny temat, o którym wielu ludzi boi się myśleć. Ciężko się czyta przez formę słowotoku, rozumiem ten zabieg ale uważam że samej treści nie odjęłoby wiele, gdyby zastosować bardziej klasyczny schemat narracyjny. Mimo to doceniam eksperyment i wiele fragmentów zostanie ze mną na dłużej
Na kursach pisania uczą, że pierwsze zdanie to musi być petarda, że trzeba je szlifować. Na to wchodzi autorka, cała w seledynach (nawiązuję do okładka) i mówi: szach mat! Pierwsze zdanie niczym mantra pokoleń kobiet. Obawiam się, że tylko kobiety, uwikłane w skomplikowane relacje ze swoimi matkami, są w stanie dostrzec głębie tego prostego zdania. Poczuć to zadnie w trzewiach, bo wszystko nam się przewraca na samą myśl o nim. Bolesne i jakże prawdziwe.
„Moja matka jak zwykle miała rację”.
Mamy tu randkę. Belcia zalewa mężczyznę, którego chce uwieść, potokiem słów. Zalewa go biografią swoją, swojej matki, byłego męża i jeszcze kilku osób. Porażka goni porażkę, upadek za upadkiem. Belcia nie ma szczęścia w życiu i do życia. Ale ma matkę, która zawsze czuwa, by powiedzieć córce, co ma myśleć i co ma robić. Matka jest mózgiem tej operacji. Operacji pod nazwą: życie Belci. W jej narracji są wszyscy, brakuje jej samej. Cała ta opowieść to ścieżka pod górę. Niczym Syzyf, Belcia wtacza pod górę kulę ulepioną ze skrawków nieswoich życiorysów. Niby to o miłości, ale miłości nie ma tam zbyt wiele. Nie ma też czułości i uważności. Mnóstwo rad i wskazówek, jak powinno się żyć. Nie ma czasu się zastanowić, czego samemu się chce. Nie ma zaufania do swoich osadów. Narracja pierwszoosobowa. Monolog. Ona, on i niemy świadek tej spowiedzi, hotel ZNP. Paskudny budynek, ale jest gdzieś po drodze.
Ja uwielbiam takie historie. Osadzone bardzo mocno w naszych realiach. „Mnie się podobają melodie, które już kiedyś słyszałem”- cytując klasyka. Znam takie kobiety, znam takie historie. Z pozoru nie dzieje się tam wiele, ale ja czuję rezygnację, zagubienie i moje pieści się zaciskają. Belcia! Zawalcz o siebie! Kopnij ich wszystkich w d…
Ilość zakładek indeksujących, które umieściłam na stronach tej książki przekracza 20... Skłoniła mnie do myślenia i jednocześnie trzymała za gardło, co jest (w jej przypadku) największym komplementem. Napisana językiem precyzyjnie ostrym i skonstruowana w sposób idealnie opisany jednym zdaniem ze strony 165.:
„Porcjuję panu tę opowieść jak tabletkę, nożem na cztery, dawkuję, by pana uspokoiła, ale by pan nie zasnął, żeby cały czas przyjemnie bolało ”.
DOSKONAŁY DEBIUT! Cudowna, groteskowa, magiczna, momentami bardzo zabawna, a przy tym poruszająca wiele ważnych i trudnych tematów. Czekam na więcej pozycji od Izabeli Tadry! ;)
Kobieta spotyka się w hotelu z mężczyzną. Rozmawiają. A raczej to ona snuje opowieść o sobie, swojej matce, małżeństwie, wzlotach (nielicznych) i upadkach (bolesnych). Pokazuje drogę, jaką przebyła, by nauczyć się asertywności i poznać swoją wartość. To monolog podzielony na niedługie rozdziały, który trochę bawi, trochę zniesmacza, trochę drażni. Nie widzę w bohaterce kandydatki na moją koleżankę, ale przeczytałam z zainteresowaniem.
Nie mogę się doczekac, kiedy w polskiej prozie skonczy się moda na pisanie książek o niczym. Nie mogę się też doczekać, kiedy ludzie przestaną pisać tym męczącym nieświeżym stylem długich zdań i porównań bazarowo-syfianych. Nie chce mi się już takich rzeczy czytać.
Po przeczytaniu pierwszego rozdziału debiutanckiej powieści Izabeli Tadry rzuciłam książkę w kąt, po czym zaczęłam opowiadać tym, z którymi dzielę się wrażeniami z lektur, że „Hotel ZNP” reprezentuje sobą wszystko, czego nie znoszę w nowej polskiej prozie. Że ciężar prowadzenia narracji przerzucony jest na naiwnie skonceptualizowaną „pracę w języku”, która w gruncie rzeczy sprowadza się do niezbyt wyrafinowanego naśladowania toku mowy; że książka oparta została na pierwszoosobowej narracji, której głównym celem jest uzewnętrznienie stanu wewnętrznego osoby mówiącej; że od pierwszych stron najważniejszym tematem jest trudna relacja z matką, najwyraźniej konstytuująca wszystkie kolejne związki międzyludzkie opowiadającej.
Prawdopodobnie trwałabym w tym przekonaniu – i wyrażałabym je wyłącznie w prywatnych opiniach, nigdy zaś w publicznej wypowiedzi – gdyby nie splot zupełnie przypadkowych czynników, który skłonił mnie do ponownego sięgnięcia po książkę Tadry. Z pewnym zdziwieniem odkryłam, że dalsza lektura wzmaga we mnie nie tyle zgorzkniałość czy zniechęcenie, ile raczej zaintrygowanie. Przemknęło mi wtedy przez myśl, że chyba dałam się autorce zrobić w konia…
Moje poczucie bycia przechytrzoną wynika z faktu, że początek powieści w ogóle nie zapowiadał tego, co potem. Zamiast łzawych zwierzeń gadatliwej kobiety, której matka nie kochała (albo kochała za bardzo, dla tego typu monologów to niewielka różnica), dostałam rytmiczny słowotok zupełnie niewiarygodnej narratorki, subtelnie artykułującej myśl, że najsprawniejszą formą kontroli jest troska. I – co dla mnie chyba najważniejsze – nie tylko opowiadającej o tym, jak to jest być ofiarą troski, ale przede wszystkim chytrze zafascynowanej możliwością kontrolowania innych za pomocą tego narzędzia. Życie składa się z kolejnych relacji, a kolejne relacje to walka o władzę – tak w skrócie brzmi motto głównej bohaterki, Belci. W powieści jest ono aplikowane nie tylko do tradycyjnego modelu myślenia o tradycyjnych damsko-męskich związkach.
Debiutancką powieść Izabeli Tardy Hotel ZNP łatwo byłoby wrzucić do szufladki z etykietką „praca z językiem” lub „kobieta, której życie nie wyszło”. I choć te hasła nie są zupełnie pozbawione sensu, to jednocześnie nie dookreślają w pełni tego, o czym ten debiut chce opowiadać. Nie chodzi tu o żal ani rozrachunek ze swoim życiem — to przede wszystkim historia narratorki prowadzącej przepychanki z cudzymi oczekiwaniami i z własną niemocą. Na pierwszy rzut oka fabularny szkielet książki Tardy przedstawia sobą standardowe uwikłanie: żona, mąż, jego kochanka, matka, która “zawsze ma rację” i oczywiście - piesek. Przerabiany nieraz schemat o którym każdy z nas słyszał. Szybko jednak okazuje się, że ten (zdawać by się mogło) oklepany trójkąt rodzinny to jedynie pretekst, aby opowiedzieć o czymś więcej: bo to nie jest ani klasyczna powieść konfesyjna, ani też zapis sesji terapeutycznej w przebraniu prozy - to raczej słuchanie rozmowy, w którą zostało się wciągniętym przypadkiem, ale nie sposób jej przerwać. Bo bohaterka Tardy - Belcia - to niewiarygodna narratorka w najciekawszym możliwym sensie: taka, której nie da się w pełni ufać, ale której nie sposób nie słuchać. Pozornie bierna, bezwolna, zbudowana z cudzych oczekiwań; wydaje się postacią pozbawioną wyraźnych konturów, tak naprawdę nie istniejącą bez relacji z innymi bohaterami. Tadra tworzy postać, która nie ma dostępu do „ja” bądź tego dostępu wcale nie chce mieć, bez przestrzeni na osobisty rozwój, bo każde jej działanie jest wynikiem zewnętrznego nacisku. Belcia nie jest kobietą, którą „coś spotyka”, tylko kimś, kto nieustannie istnieje w odniesieniu do innych: do matki, do męża, do kochanki męża, do swojego kochanka, do świata, który wrzuca ją w określoną rolę. Belcia nie wybiera, ona się dostosowuje: ,,Zawsze byłam akuratna, dokładnie taka, jaką ktoś sobie wymyślił. On miał prawo wyglądać, jak chciał, a ja miałam obowiązek wyglądać, jak chciał”. To wszystko dlatego, że Belcia to przede wszystkim figura, pusta forma, do której można coś dopisać, a nie pełnokrwista postać. Zresztą ten fakt często jest podnoszony przez różnych krytyków, przylepiając do narratorki łatkę antypatycznej bohaterki. W recenzji Pauliny Małochleb ta antypatyczność zostaje potraktowana jako słabość narracyjna, mimo że wcale nią nie jest. Tak, Belcia jest irytująca - i dobrze! W tej antypatyczności tkwi w końcu największa siła konstrukcyjna tej postaci. Narratorka irytuje, bo nie podnosi się z popiołów, nie staje się ,,silna mimo wszystko”, bo w momentach, których mogłaby coś zrobić, nie robi tego. Co więcej, to celowe niedążenie ku katharsis i wewnętrznemu empowerment to ważny element literackiej gry. Jeśli Belcia nas denerwuje, jeśli chcemy nią potrząsnąć, wykrzyczeć, żeby trzasnęła drzwiami, to właśnie w tym miejscu zaczyna się ta właściwa, niekomfortowa lektura. Lektura, która nie szuka w nas łatwego współczucia dla ofiary, tylko zmusza do przewartościowania własnych oczekiwań. Belcia jest rozmyta, bo nigdy nikt (wraz z nią samą) nie pozwolił jej się ukształtować. Kłamie, bo to jedyna jej znana strategia przetrwania. Bo Belci nie trzeba lubić - Belcię trzeba przede wszystkim usłyszeć. (ciąg dalszy w 9, wrześniowym numerze Magazynie Twórczość).
Autorka zdecydowała się na trudną formę opowieści szkatułkowej. Narratorka wypowiada swój długi monolog do tajemniczego, anonimowego słuchacza, który - jak wiele na to wskazuje - jest obiektem jej wieloletniej fascynacji, ale o którym wiadomo baaardzo mało (co mnie zirytowało...). Narratorka, Belcia, dorosła kobieta, bezdzietna mężatka (Wilhelm - imię męża), spędza noc w tytułowym warszawskim hotelu ZNP (to ten, który widać z pociągu, gdy przejeżdża się Wisłę?) i opowiada owemu mężczyźnie o całym swoim życiu. Tajemniczy słuchacz nie odezwie się ani razu - co właśnie uważam za słaby punkt tej narracji, słaby, bo psychologicznie mocno naciągany.
Centralną postacią w opowiadaniach Belci jest jej matka. Unosi się jak duch nad wodami "Hotelu ZNP" - mam wrażenie, że czasem nie da się odróżnić jej głosu od głosu narratorki, może to celowy zabieg? Tak jak Belcia jest psychologicznie niedojrzała (tak myślę), uwiązana do matki, tak niedojrzali są inni bohaterowie tej prozy: kobiety i mężczyźni. Zwykle mają na koncie nieudany związek, przynajmniej jeden i jakiś swój dość infantylny pomysł na życie. Psychologia postaci, mimo szumnych porównań z okładki do prozy Bernharda, jest ukazana fragmentarycznie (gdzie tym postaciom do rodziny narratora "Wymazywania"!), poprzez kilka przypisanych im cech (np. ojciec z nad gazety stale przytakuje matce Belci; matka na każdą okazję ma sprawdzoną mądrość; nie podam więcej przykładów, by nie spojlerować). Jest to dość ciekawe, ponieważ podane zostało w niecodziennej, dość wyrafinowanej formie naprawdę fajnie napisanych, skomplikowanych i utrzymanych w dobrym rytmie zdań, ale na dłuższą metę mnie nie poruszyło. Po pierwszym zachłyśnięciu się tą prozą (czyta się naprawdę dobrze) zaczęło mnie męczyć szatkowanie narracji na luźno powiązane ze sobą rozdziały, częste zmiany narratorów - nie sygnalizowane wyraźnie w tekście - których opowieści podporządkowane są nadrzędnej narracji Belci.
W tej prozie (znowu słowo powieść nie wydaje mi się adekwatne) jest kilka wartych przeczytania kawałków: historia zamieszkiwania narratorki-studentki u "cioci" w kamienicy na stancji, gdzie "ciocia" wszystko musi mieć pod kontrolą; fragment o testach ciążowych; historia, którą w końcowych rozdziałach opowiada Niańka : o rodzinie swojego poprzedniego faceta, ich mega pruderii i lubieżności. Rozpadają się jednak te fragmenty na osobne epizody, które naprawdę bardzo luźno spaja jedynie sytuacja narracyjna. Mógłby to być zbiór opowiadań - krótkich, ale kto wie, czy nie byłoby to z korzyścią dla treści?
Językowo jest na 4-5 gwiazdek; fabularnie na dwie... Ta powieść - moim zdanie - jest niedomyślana lub niedopracowana, kończy się ni w pięć ni w dziesięć, nie dlatego że to celowy zabieg, ale ponieważ nie starczyło więcej narracyjnej pary. Na okładce mocne (i przesadzone) porównanie do prozy Thomasa Bernharda - formalnie: zgoda; jest pewne (ale tylko pewne) podobieństwo - długie zdania, czasem na stronę, mieszanie narratorów w jednym zdaniu, ale nie ma tu melodii powtórzeń Bernharda, no i nie ma jego ostrości i bezkompromisowości w rozliczaniu się z obłudą społeczeństwa.
Belcia nie ma w życiu szczęścia. Uwikłana w skomplikowane relacje z matką, mężczyznami i samą sobą miota się i gubi w gąszczu cudzych oczekiwań, własnych pragnień. Kobieta nie znosi gorzkich rozczarowań, ale ciągle szuka, z nadzieją na happy end. W warszawskim hotelu ZNP, relikcie przeszłości i milczącym świadku schadzki, spotyka się z mężczyzną – i próbując przyciągnąć jego uwagę, snuje opowieść o własnym życiu, związkach, rodzinie. Słowa płyną z jej ust wartkim potokiem. W żywym, gęstym monologu, który zdaje się nie mieć końca, słychać echa przeszłości i teraźniejszości, wypowiedzi jej matki, męża i kochanków, kakofonię prawdy i kłamstwa. Trudno stwierdzić czy i kiedy Belcia fantazjuje i popada w przesadę, a kiedy naprawdę rozlicza się z życiem – przegląda się we własnych słowach jak w lustrze. Opowiada o miłości, bliskości, rodzinie i samoakceptacji, a właściwie o ich braku. O przesuwaniu granic, kobiecości, krytyce i krzywdzących osądach. O więziach, które bywają toksyczne i nietrwałe oraz wyborach, które wciąż dokonuje za nią ktoś inny. Opowiada i może próbuje w końcu usłyszeć siebie. Historia dryfuje swobodnie doprawiona szczodrze ironią, przerysowaniem i groteską. Bywa zabawnie, czasami wulgarnie, pod powierzchnią przenikliwie – i wbrew pozorom całkiem poważnie. Czy miłość musi być na zawsze? Czy to bardzo źle, kiedy rozstanie kończy się nie rozpaczą lecz ulgą? Czy powielamy schematy swoich rodziców? Jak być sobą w tym nieprzyjaznym świecie? I czy człowiek może się naprawdę, autentycznie zmienić?
Nie do końca odnalazłam się w tej historii (wolę bardziej refleksyjne, z większym ciężarem emocji i psychologii) – ale nie mogę odmówić jej uroku. "Hotel ZNP" Izabeli Tadry to znane, aktualne tematy w nieco innym świetle, intrygującej konwencji i prozie.
Czasami zabawna, czasami bardzo smutna, czasami dziwaczna, ale dla mnie przede wszystkim mocno chaotyczna - pewnie to celowy zabieg, mnie jednak nie kupił.