Pamiętnik z podróży po Rosji i krajach byłego imperium sowieckiego w czasie trwania wojny w Ukrainie. Dominują uczucia, emocje, wrażenia autorki nad faktami i zdarzeniami, nad wszystkim zaś jest cień “Imperium” Kapuścińskiego. Czasem mam wrażenie, że jest to podróż śladami tego reportażysty. Te same miejsca, hotele, te same wnioski.
Pierwszy dotyczy stanu mentalnego Rosjanina - dusza zniewolona, człowiek zlagrowany. Tak wtedy jak i teraz zaprzeczający, że dzieje się coś złego, przerażony pytaniami o władzę, politykę, historię, milczący, pozbawiony woli działania. Powtarzający propagandowe slogany, a najchętniej unikający próby zadania pytania. Dotyczy to i tych, którzy żyją w różnych zakamarkach tego kraju, jak i tych którzy wyjechali z niego.
Drugi wniosek dotyczy sankcji. Nie działają, a na pewno nie w takim zakresie jak można by oczekiwać, a jeśli nawet, to brak jakiś towarów “przykrywany” jest nacjonalizmem - dobrze że nie ma, dzięki temu nasza gospodarka, nasze uczelnie, nasz kraj rozwinie się.
Książka kończy się informacją o wydaniu zakazu wjazdu na teren Rosji i Białorusi dla autorki. I w sumie można by się tego spodziewać. To nie jest kraj, który potrzebuje obcokrajowców, krytyków, kogoś kto budziłby niepokój władzy lub ludzi. Orwellowski system zarządzania wydaje się być domknięty. Cudzoziemiec przydatny jest, gdy gra na zasadach władzy - jest pożytecznym idiotą, kimś kogo można wykorzystać propagandowo. W innym przypadku tylko szkodzi.
Mam z tą książką mieszane uczucia. Z jednej strony nic nowego - de Custin, Kapuściński, czy Pipes już o tym pisali. Z drugiej drażni mnie początkowy zachwyt kulturą, mentalnością rosyjską, współczucie dla tego narodu i przekonanie, że może on się wznieść ponad propagandę, indoktrynację. Nie jest, nie może. I chyba z rozczarowaniem, ale w końcu autorka sama to przyznaje.