Doliną zawładnęła zima, ale Edmund zwany Kociołkiem wie doskonale, że nie powstrzyma to Złego. Nie mogąc znieść bezczynności, zabiera swoją drużynę na wyprawę do Krzemyku, by rzucić Złemu wyzwanie na wrogim terytorium. Nie przypuszcza, że tym razem zagrożenie nadejdzie z nieoczekiwanej strony.
Komu chce się przypodobać Eliah? Za co Gramm może być wdzięczny tacie? I dlaczego Zwierzak za nic w świecie nie powinien lepić bałwana?
Zarówno drużynie do zadań specjalnych, jak i stojącej na straży Gryfa Sarze przyjdzie stoczyć zaciekłe boje i podjąć trudne decyzje, a Dola zadba, by nie dręczył ich nadmierny spokój. Do Gryfa zawita bowiem pewien szczególny gość... i to niejeden! Po Dolinie rozejdą się listy, których skutków nie sposób przewidzieć. W pewnym lesie pojawią się ogromne jamy, krzemycki książę popadnie w nieliche tarapaty, a do posępnej granicznej twierdzy zjadą osobliwi interesanci.
Na szczęście wciąż jest bigos. I wciąż są glify. No nie?
Bo za miecz chwytasz po to, by móc później usiąść przy ogniu, uśmiechnąć się do bliskich i złapać za łyżkę.
Urodził się 5 kwietnia 1976 roku w Poznaniu, który stał się pierwszą miłością jego życia. Kolejne spotykał stopniowo, a były to: muzyka rockowa i metalowa, mistyka Skandynawii, epoka wielkich żaglowców, aż wreszcie pisarstwo. Już podczas studiów parał się pisaniem artykułów o tematyce erpegowo-historycznej do czasopism „Magia i Miecz” oraz „Portal”. Jest autorem powieści „Ostatnia saga”, jej kontynuacji „Wojna runów” oraz „Świt po bitwie” oraz dylogii „Karaibska krucjata”, na którą składają się tomy „Płonący Union Jack” i „La Tumba de los Piratas”. W lipcu 2007 zadebiutował w Fabryce Słów powieścią "Ragnarok 1940”. Za niedościgniony wzór uważa Patryka O’Briana, którego powieści pracowicie przekłada na język polski. Trudną dolę tłumacza łączy z pracą nauczyciela i lektora języka angielskiego. Latem - pod pozorem pracy pilota wycieczek - ucieka w chłody Islandii. Pasjonat ciszy i spokoju, strażnik ogniska domowego, poszukiwacz nieprzetartych szlaków pośród puszcz i jezior, co stało się kolejną miłością jego życia. Największą jest jednak Marta, z którą pewnego lata wziął ślub w cudownie pachnącym kościółku z drzewa modrzewiowego. Wkrótce został ojcem małego Michałka, który również bardzo lubi książki.
Ajm sori, ale mam wrażenie, że to wszystko już było, walka ze Złem, kapłani, książęta.. Plus za perspektywę Sary i jej nieoczekiwanego gościa - to było całkiem zabawne. Niestety jednak poboczny wątek nie pociągnie całej historii, z której już zrobił się niezły tasiemiec i chyba przestałam liczyć na to, że dostanę epickie zakończenie..
Pan Mortka znowu dowozi. Przypominam sobie, że w recenzji pierwszego tomu "Nie ma tego Złego" napisałam, że rzeczywiście tego Złego nie było za dużo, a tutaj aż kipi od walk z potworami. Naprawdę świetnie mi się tego słuchało, le sieur Kosior jak zawsze wspaniale oddał głosy wielu postaci. Lecę z kolejną częścią, która właśnie wjechała na Audiotekę
Świetny tom serii o Kociołku i jago druzynie! Podobała mi się przeplatana narracja z dwóch perspektyw. No i tutaj już w pełni czujemy powagę sytuacji panującej w dolinie, chociaż oczywiście nie brakuje tutaj tego charakterystycznego dla serii humoru. Bardzo jestem ciekawa kolejnego tomu!
Trosze zrobiło się poważnie 🤔 dalej jestem zadowona z lektury 👏🙃ale poprzednie 2 tomy były dla mnie ciekawsze zaraz siadam do nowości czyli "Dola i Los" zobaczymy jak historia się półkula 😉
"Szary płaszcz" to niezwykła podróż w świat fantastyki, którą każdy miłośnik literatury powinien przeżyć! Autor, Marcin Mortka, zapewnia czytelnikom ekscytujące doświadczenie, przenosząc ich w mroźny, pełen niebezpieczeństwa świat, gdzie magia splata się z przygodą.
Dzięki tej historii poczułem się wciągnięty w wir wydarzeń razem z bohaterami, Edmundem i Sarą. Ich odwaga i determinacja poruszały moje serce, a rozwijające się relacje między postaciami dodawały głębi całej historii.
Ta opowieść to nie tylko historia o walce dobra ze złem, ale także o wartości przyjaźni i poświęcenia. Autentyczność postaci oraz nieprzewidywalny rozwój wydarzeń sprawiają, że lektura staje się niezapomnianym przeżyciem.
Jestem pewien, że każdy, kto sięgnie po tę książkę, odnajdzie w niej coś dla siebie. To idealna propozycja dla tych, którzy pragną zanurzyć się w magicznym świecie pełnym niespodzianek i niezwykłych przygód!
Z całego serca polecam "Szary płaszcz" każdemu, kto poszukuje literackiego klejnotu, który porwie go w fascynującą podróż! Współpraca płatna
Działo się wiele, czasem było śmiesznie, czasem strasznie, ale zawsze smacznie 😉 Bądźmy szczerzy - w tak znakomitym towarzystwie nawet najtrudniejsza sytuacja nie pozostaje bez wyjścia, a humor bohaterów zdecydowanie podnosi morale. W tej części dużo jest o relacji rodzic - dziecko, co może czytelnika zaskakoczyć, jeśli tym dzieckiem ma być m.in. krasnolud Gramm.
Kociołkowi i jego drużynie do zadań specjalnych (choć może to jednak chodzi o gulasz ;)) nie jestem w stanie się oprzeć. ;) Dlatego zarzuciłam na plecy Szary płaszcz i ruszyłam z ekipą ku kolejnej przygodzie, którą sponsoruje oczywiście Marcin Mortka. ;)
Kierunek Krzemyk. Zima przyszła, ale spokój nie będzie trwał długo. Doliną zawładnęła zima, ale Edmund zwany Kociołkiem wie doskonale, że nie powstrzyma to Złego.
Nie mogąc znieść bezczynności, zabiera swoją drużynę na wyprawę do Krzemyku, by rzucić Złemu wyzwanie na wrogim terytorium. Nie przypuszcza, że tym razem zagrożenie nadejdzie z nieoczekiwanej strony.
Komu chce się przypodobać Eliah? Za co Gramm może być wdzięczny tacie? I dlaczego Zwierzak za nic w świecie nie powinien lepić bałwana?
Zarówno drużynie do zadań specjalnych, jak i stojącej na straży Gryfa Sarze przyjdzie stoczyć zaciekłe boje i podjąć trudne decyzje, a Dola zadba, by nie dręczył ich nadmierny spokój. Do Gryfa zawita bowiem pewien szczególny gość… i to niejeden! Po Dolinie rozejdą się listy, których skutków nie sposób przewidzieć. W pewnym lesie pojawią się ogromne jamy, krzemycki książę popadnie w nieliche tarapaty, a do posępnej granicznej twierdzy zjadą osobliwi interesanci.
Na szczęście wciąż jest bigos. I wciąż są glify. No nie?
Witaj Drużyno! W poprzednim odcinku narzekałam trochę, że brakowało mi drużyny.
I wiecie co, chłopaki znowu są w komplecie!
Dzięki czemu walka ze Złym jest jeszcze ciekawsza, a ta niesamowita chemia między chłopakami, powoduje, że historię przeżywa się bardziej. :)
Szczególnie iż dzięki kolejnej wspólnej wyprawie drużyny, odkrywamy kolejne smaczki związane nie tylko z politycznymi zawiłościami Doliny, opieszałością rządzących, ale także poznajemy lepiej Eliaha i Gramma.
No i w tym miejscu czas oddać głos paniom. Gdyż, szczególnie Sara robi w tej odsłonie niesamowitą robotę. Nie chodzi tylko o utrzymanie Gryfa przy życiu, ale o jej zaangażowanie w walce ze Złym i wykorzystanie nabytych w młodości umiejętności Upiorniczki. Ponadto mamy okazję poznać rodzicielkę Gramma, która nie tylko zdradzi nam kilka pikantnych szczegółów o swoim synu, ale też pokaże coś więcej, niż niesamowity urok osobisty.
Ogólnie jest moc. Akcja porywa, humor jest dokładnie taki, jak powinien być, a Kufelek — tfu, Kociołek — z ekipą robią, to co do nich należy, w swoim niepowtarzalnym stylu. ;)
Więc jeżeli lubicie fajną, lekką fantastykę, pełną różnorodnych bohaterów, to zakładajcie Szary płaszcz i ruszajcie ku przygodzie. Ta na pewno Was nie zawiedzie!
Szary Płaszcz to kolejny tom przygód Drużyny do zadań specjalnych autorstwa Marcina Mortki. Książka została wydana w przepięknej szacie graficznej przez Wydawnictwo SQN.
Niezmiennie uwielbiam Kociołka i resztę gangu, przez co z wielką przyjemnością powracam do tych książek. Te książki to gwarancja dobrego humoru, odrobiny asurdu, bigosu (lub grzybowej) oraz Złego. Nie da się ukryć, że po czterech poprzednich tomach nabudowały się w mojej głowie dość duże oczekiwania do kolejnych tomów.
Co jest ciekawe, książka wprowadza nową narrację. Do tej pory wszystkie przygody poznawaliśmy przez oczy Kociołka, który wiernie opisywał swoje perypetie. W tym tomie dochodzi jeszcze perspektywa Sary, choć pisana w trzeciej osobie. I to mi, niestety, trochę nie zagrało.
Sara jest ciekawą postacią, ale preferuję ją w małych ilościach. Jej perspektywa, choć ważna i wiele wnosząca do fabuły, nieco popsuła mi odbiór przygód drużyny i tempo akcji. A jednak to drużyna jest głównym powodem, dla którego sięgam po te książki.
Chociaż było wiele naprawdę ciekawych scen, między innymi zdobywanie zamku przez Gramma (zdecydowanie moja ulubiona sytuacja z tej części), nie bardzo potrafiłam się wciągnąć w treść. Nawet humor początkowo wydał mi się jakiś taki inny i dopiero po 300 stronach, niemal że na końcówce, w mojej głowie przełączył się jakiś pstryczek i w pełni poczułam, że tak, to jest ta drużyna i ten Kociołek, których uwielbiam.
Najciekawszy aspekt powieści, czyli wciąż nieubłagalnie zbliżającą się walka ze Złym, został wprowadzony i wykorzystany jak zawsze na medal. Wyobraźnia autora w kwestii potworów nie zna granic, przez co wymyśla kolejne nieco przerażające, ale wciąż zachwycające bestie.
Odrobinę zaczynają mnie irytować zabiegi, które mają na celu budowanie napięcia pojawiające się, gdy któryś z bohaterów dowiaduje się czegoś innego. Kilka razy się zdarzyło, że z kilku usłyszanych słów kilkadziesiąt stron później bohater wyciąga wnioski, które nie pełnią roli przypuszczeń czy podejrzeń, a stają się faktami. Na dodatek cały ten proces zachodzi poza tekstem, trzymając czytelnika w niepewności. Mam wrażenie, że zostało to tu trochę nadużyte.
Ogólnie jednak historia jest dobra. Fabularnie wszystko gra, przygody są, drużyna jest, humor też się pojawia, a do tego można znaleźć sporo grzybów - takich różnych, nawet tych, co z lekka zmieniają spojrzenie na grzybową. Myślę, że fani Kociołka i reszty odnajdą w tej części dobrą zabawę. Ja się jednak, zapewne przez moje dość spore oczekiwania, odrobinę zawiodłam.
Wow! To była taka książka na jakie w serii "Drużyny do Zadań Specjalnych" liczę.
Po kilku słabszych częściach wreszcie mamy wspaniały powrót!
"Szary Płaszcz" ocieka fantastyczną fabuła, nieprzewidywalną i wielowątkową, w której czytelnik się zatapia i nie chce przestać czytać.
Dużym plusem jest wprowadzenie narracji dwu osobowej prowadzonej przez Edmunda i Sarę. O ile do fragmentów z Edmundem jest czytelnik przyzwyczajony, o tyle fragmenty w których to Sara przejmuje pałeczkę postaci pierwszoplanowej są zdecydowanie czymś nowym, ujmującym za serce i pochłaniającym czytelnika bez reszty.
Mówiąc o postaciach należy zaznaczyć ogrom nowych postaci, mających realny wpływ na fabułę, jak Vincent, Salia, Thani czy właśnie większy nacisk położony na rozbudowę postaci Sary. Nie można jednakże zapominać o drużynie, która w tej części jest świetnie napisana, a dialogi pomiędzy poszczególnymi jej członkami są urocze i zabawne (nawet jeśli zawierają przekleństwa).
Postaciami są także antagoniści, którzy w tej części dzięki wielkiej wyobraźni autora weszli na bardzo wysoki poziom! (Grzybki hehe)
Ode mnie jak zwykle plusik za mapki świata oraz drzewo genealogiczne Kociołka. Uwielbiam takie mini szczególiki!
Podsumowując, "Szary Płaszcz" jest jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą częścią serii "Drużyny do Zadań Specjalnych". Książka praktycznie perfekcyjna!
Mniej w tej części mordobicia, lecz nie mniej przeżyć. Kumulują się emocje związane z rozstaniem z rodziną, przemęczeniem przygodami drużyny czy wszechobecnego zagrożenia. Czy ta historia zmierza ku końcowi?
"Szary płaszcz" – przepis na bigosu i walki ze Złem
Przygotujcie się na prawdziwy fantasy rollercoaster, bo Marcin Mortka znowu ubrał Kociołka w szary płaszcz i wysłał go ratować Dolinę, w której zima zapadła na dobre, a spokój jest równie trwały co glif z taniej ceramiki. Tym razem dostajemy więcej akcji, więcej humoru i więcej… bigosu. Jak widać, bohaterowie Doliny wiedzą, że walka ze Złym na pusty żołądek to jak lepienie bałwana bez rękawiczek – niby można, ale po co?
Drużyna – bohaterowie i ich perypetie
Kociołek, nasz ulubiony lider z misją i beczką optymizmu, jak zwykle prowadzi swoją ekipę przez polityczne intrygi, potworne niebezpieczeństwa i, oczywiście, kolejne porcje magicznego bigosu. Tymczasem Sara, która przeszła ewolucję od „pionka fabularnego” do prawdziwej królowej chaosu, kradnie show i dowodzi, że Upiorniczka w akcji to coś, czego nie można przegapić. Do gry wchodzą też postacie, które do tej pory stały w cieniu – Eliah i Gramm, a ich interakcje są jak dobrze przyprawiony gulasz: pikantne i nieoczekiwane.
Magia, potwory i absurd w najlepszym wydaniu
Fabularny przepis Mortki jest prosty: wziąć drużynę, wrzucić ją w sam środek zamieszania, dodać szczyptę niespodzianek i zamieszać, aż czytelnik straci rachubę, co jest żartem, a co śmiertelnym zagrożeniem. Każdy ruch bohaterów prowadzi do nieoczekiwanych skutków – od tajemniczych jam w lesie po wybuchy śmiechu, kiedy Zwierzak próbuje lepić bałwana (spoiler: nie róbcie tego w domu).
Jedzenie, walka i dialogi – czyli czym żyje Dolina
Bigos to nie tylko jedzenie, to stan umysłu, który cementuje drużynowe więzi. Sceny akcji przeplatają się z groteskowym absurdem, a dialogi brzmią tak naturalnie, jakby Mortka podsłuchiwał je na spotkaniu RPG. Nawet w chwilach największego zagrożenia bohaterowie znajdą czas, by rzucić ciętą ripostę – bo jak inaczej przełamać mrok Złego, jeśli nie sarkazmem? Najlepszy tom Kociołka
Kolejna niesamowita przygoda z Edmundem zwanym Kociołkiem i jego szalonymi przyjaciółmi raz jeszcze udowodniła kunszt i umiejętne podejście do sprawy Marcina Mortki.
Tym razem Kociołek, świadom, że pakuje się we wszystkie kłopoty niekoniecznie świadomie, postanawia wyprzedzić Złe o krok i razem ze swoją drużyną rusza w drogę, chcąc przejąć inicjatywę w trosce o zdrowie i życie najbliższych.
Na horyzoncie raz jeszcze wisi widmo wojny ze Złem, a ich celem, tym razem dosyć pobocznym, ponownie staje się worek pełen dusz troli. Ale kwintesencją przygód kociołka są jego własne słowa - "do lochów trafialiśmy w zasadzie zawsze". Więc nawet pomimo podjętych decyzji i w miarę zarysowanego planu, nadal jest zabawnie, każdy z bohaterów ma swój własny szereg odzywek, które nawet w najtrudniejszych chwilach dają chwilę wytchnienia i chyba właśnie to stoi za całym urokiem serii.
Najciekawszą rzeczą był, moim zdaniem, podział historii na dwa oddzielne "obozy", bo tym razem całej akcji nie śledzimy tylko oczami Kociołka na szlaku, ale również Sary, jego żony, która pozostała w Gryfie i robi wszystko, aby jakoś utrzymać obejście we względnym porządku i szczęściu. Trafiają do niej liczne postaci, które debiutowały już w poprzednich tomach, część z nich odgrywa nawet bardzo ważną rolę w historii. Sara decyduje się również na walkę, ale na swój sposób, co zostało bardzo wciągająco przedstawione i moim zdaniem to ona skradła główne "show" Edmundowi.
Książkę serdecznie polecam! I już nie mogę doczekać się kontynuacji, która chyba przybliży nas do zakończenia historii. Panie Mortka, chyżo!
Chyba w żadnym tomie nie działo się tak dużo. Super, że dowiadujemy się więcej o Sraze, bo to jedna z moich ulubionych postaci. Ale czy możemy ustalić, że jej rodziców wsadzamy na jakiś powóz i wywozimy do lasu? 🙈
3,5. Nie mogę dać 4... Czytanie o przygodach drużyny - super. Czytanie o trudnych sprawach Sary i jej rodziców - coś okropnego. Wycięłabym to, bo niewiele mi wniosło, a przerywało bezsensu najważniejszą akcję.
Kolejna książka ostatnio, której zupełnie nie umiem ocenić, mimo że była na tyle okej, że spędziłam przy niej parę wieczorów.
Z jednej strony mamy tu to, co w sadze o Kociołku lubimy najbardziej - trochę dowcipu, walkę ze Złym, bohaterskie czyny, drużynowe interakcje i historie, męstwo, braterstwo, dbanie o siebie nawzajem i szczyptę wyśmienitych kulinariów. Postacie, które do tej pory były raczej nieme (tak, Sara, na Ciebie patrzę), tutaj W KOŃCU dostają własny głos i coś do powiedzenia, i wszystkim wychodzi to tylko na dobre, że zamiast rekwizytu powoli stają się osobą.
Z drugiej jest tu po prostu więcej tego samego, ze wszystkimi tego zaletami i wadami. Bohaterowie idą w miejsca, ale nie do końca wiadomo, po co, robią w tychże miejscach bohaterskie, wspaniałe czyny, ale z opresji najczęściej ratuje ich czysty przypadek, połowę czasu nie rozumieją, co się dzieje, by potem w jednym momencie doznać olśnienia (najczęściej oczywiście od zupełnie przypadkowo spotkanej osoby). Dużo tu walk ze Złymi potworami, dużo fajnych odzywek, dużo akcji... ale czy to wystarcza, żeby powiedzieć coś nowego?
Bardzo lubię serię o Kociołku i każdą część w Legimi witam z uśmiechem na twarzy, a potem z radością poświęcam jej kilka kolejnych wieczorów. Widać, źe Mortka wyrósł na wspaniałej, porządnej fantastyce, i że choć trudno byłoby mu zbudować tak wspaniały świat, jak jego Mistrzom (do których, podejrzewam, zalicza Pratchetta), to robi, co może, by stworzyć coś angażującego czytelnika i pozwalającego oderwać się od codzienności. To wychodzi znakomicie, zwłaszcza że Autor słucha uważnie głosów swoich czytelników i jest w stanie przyjąć na klatę, że w XXI wieku napisanie żony głównego bohatera jako pięknej, rudowłosej, wiecznie spragnionej namiętnego seksu, ale też świetnie gotującej i zajmującej się wspólnymi dziećmi kobiety li tylko czekającej na kolejne wieści od męża i niemającej poza tym żadnych innych cech osobowości (nawet jeśli usilnie próbuje się przekonać czytelnika, że jest inaczej) jest nieco passe. Jednocześnie mam wrażenie, że Autor przez większość czasu nie do końca ma jakikolwiek pomysł na zagospodarowanie wększości kobiecych bohaterek - teściowa Kociołka jest religijna i pochłonięta romansem, Sara jest dobrą gospodynią głównie stającą się bierną świadkinią wydarzeń, nadal stawiającą się w swoistej kontrze do męża oraz do ojca. Najlepiej wypada tu Salia, której opisom towarzyszy jednak pewna naiwność i upodobanie do opisywania dzieci jako o wiele doroślejszych, niż rzeczywiście są.
W tym tomie Autor spróbował także rozwijać wątki terapeutyczne, tzn. rozliczania się z własną rodziną i konfrontowania członków rodziny z tym, co rzeczywiście robili, a nie to, co im się wydaje, że się działo. I o ile osobiści jestem za pisaniem i mówieniem wszędzie, jak dobra, naukowa terapia może przyczynić się do naszego dobrostanu psychicznego, również w sposób pośredni, o tyle tutaj ciągle zadawałam sobie pytanie, czy pozwalanie toksycznemu narcyzowi na przebywanie w naszym domu tak długo, jak będzie potrzebował, gdy są w nim również nasze dzieci, jest właściwe (nawet jeśli obwaruje się to przesłankami typu mycie przez narcyza garów).
Jednocześnie jednak jest tu mnóstwo wspaniałego absurdu, akcji, przygody. Członkowie drużyny, mimo że dostają mało czasu antenowego, są wyraźni i konkretnie opisani, a sceny akcji z ich udziałem przekraczają kolejne granice wyobraźni. Mam jednak wrażenie, że połączenia między niektórymi wydarzeniami bywają pozorne, a przy kolejnym ratunku z opresji następującym przypadkiem i w ostatniej chwili nieco już przewracałam oczami.
Przeczytam każdą kolejną część, będę się z niej cieszyć i ją polecać - to, jak Mortka panuje nad tempem powieści, a także jej wątkami, jest bowiem z kolei absolutnie wspaniałe. Autor wie, kiedy zwolnić i kazać drużynie pałaszować cebulową z grzankami, a kiedy wrzucać ją w chaos kolejnej bitwy. To sprawia z kolei, że na długi, męczący tydzień pełen wrażeń saga o Kociołku jest książką idealną - bo jest w stanie tak mocno nas wciągnąć, że zapomnimy o wszystkim innym. Jednocześnie jednak muszę zauważyć, że literacko nie zawsze jest to najwyższy poziom tworzenia historii, i że jeśli chcemy dostać fantastykę, która poza akcją i fabułą dostarcza nam także materiał do większych przemyśleń (bez sarkania na to, jaka żona głównego bohatera jest piękna i chętna), to powinniśmy raczej sięgnąć np. po doskonałą T. Kingfisher. Przy czym to nie jest typowa wada, bo i takie książki są potrzebne: lekkie, wciągające, nieprzytłaczające, zostawiające nas z uczuciem spełnienia. Będę czyta każdą kolejną część i mam nadzieję, że następna pojawi się już niedługo.
Marcin Mortka nie zdejmując nogi z gazu, znów próbuje ukierunkować uwagę wiernych czytelników na kontynuację fantastycznych przygód drużyny (tak zwanych popaprańców i szaleńców, by oddać hołd językowym smaczkom autora), która honorowo nadstawia czoła kolejnym przeciwnościom - a raczej przeciwnikom - Doli.
Tym razem niezawodna ekipa Kociołka wybiera się z własnej inicjatywy do niepewnych - pod względem aksjologicznym - terenów pobliskiego Krzemyku, by tam stoczyć bój z (nie)znanym. Szukają tego i owego (nie będę Wam psuła zabawy) w majestatycznej, zimowej aurze, natrafiając co rusz na nowych sprzymierzeńców i interesujące problemy do rozwiązania. Nie brakuje, jak zawsze, humoru, ciętego słowa i elementów zaskoczenia. Wątków rodzinnych, przyjacielskich, politycznych czy odnoszących się do wierzeń. Co jednak tym razem się wyróżnia i zasługuje na uwagę, to dzielona narracja na dwóch bohaterów, tj. małżonków: Sarę i Edmunda (Kociołka) - co, moim zdaniem, było bardzo dobrym zabiegiem, nadającym opowieści istotnego zabarwienia. Dodanie kobiecej ręki (choć jednocześnie miejscami nadal męskiej - co jest w pełni zrozumiałe) i rozwinięcie matczynej perspektywy nadało fabule głębi, wydłużając (nie tak obszerną wydarzeniowo!) historię, rozpisaną na 432 stronach. I wiadomix: kontynuacja na bank będzie. Opisywane tu przygody można ciągnąć tak bez końca i bez końca...
Po 4. nie do końca, w mojej opinii, udanym tomie, 5. podniósł mnie na duchu. Dostarczył odpowiednich wrażeń. Choć nie będę ukrywać... Lektura ta jest tak lekka, że jak szybko się w nią wciągam, tak szybko o niej zapominam, ale i proces przypominania wydarzeń nie stanowi wyzwania. Nie miałam również mega potrzeby powrotu do serii, ale jak nadarzyła się okazja, to skorzystałam. I nie żałuję! Co to to nie. Jednakże nadal... Jest to po prostu przyjemna książka na jedno, dwa posiedzenia. Idealny "odmóżdżacz", nie wymagający zbyt wiele od masowego czytelnika. Tajemnice rozwiązują się same. Dialogi są dość proste, mimo śmiesznych fraz i miejscami zawoalowanych spraw. Ciekawi bohaterowie pierwszo- i drugoplanowi. Urozmaicono gatunkowo świat. Książka idealna na weekend, wakacje czy wypad w góry.
Czy lektura spełnia funkcje dobrej rozrywki? Pewnie. Czy będę do niej wracać? Śmiem wątpić, lecz sentyment do serii pozostaje i... szczerze? Końcówka 5. mnie zaintrygowała, więc z chęcią sięgnę po tom następny. Sama lektura w punkt. Przyjemna, pocieszna i przystępna. Ciepła i odrywająca od codzienności. Większych oczekiwań nie mam.
Autor doskonale balansuje łącząc wartką akcję, przygodę i charakterystyczny humor. I to ten humor dla mnie ratuje całość, bo przy czytaniu (i słuchaniu - ukłony dla Filipa Kosiora) bawiłam się wyśmienicie, ale (łyżka dziegciu) po dwóch dniach od zakończenia prawie nie pamiętam intrygi... (co może być tylko moją winą, niemniej nie zmienia faktu, że nie zostało wiele). Kociołek ponownie kompletuje drużynę. Jak ja lubię jej pełny skład! Edmund ratuje, bo ktoś musi ratować w końcu Złe nie śpi. Tylko gdy on ratuje "wyjazdowo" niepokój dociera do Gryfa. Dzieje się dużo, szybko i zabawnie. Część powieści opowiadana jest przez Sarę i to też dodaje powieści powiewu świeżości.
Lubię tego słuchać w formie audiobooka choć czasem gubię się w tych wątkach politycznych w związku z dużą ilością książąt. Nie wiem czy w formie drukowanej jest jakaś legenda bo zdecydowanie by się przydała.
Wracamy do serii na której punkcie mam nie małą obsesję. Po raz kolejny przychodzi walczyć Kociołkowi i jego ekipie ze Złem, które czuwa i co najgorsze knuje.
Powrót do nich to jak powrót do domu. Genialny humor, który jest nierozerwalną częścią stylu Pana Mortki. Bohaterowie nie raz powiedzą coś tak wręcz absurdalnego, że śmieje się jak głupia pod nosem i zastanawiam jak autor wpadł na coś tak zabawnego .
W tej części widzimy nie tylko zmagania ekipy do zadań specjalnych ale też między innymi Sarę, która dodaje tej historii drugiej perspektywy z tego bardziej domowego życia Kociołka.
Męscy bohaterowie jak to już u nich bywa pakują się w kłopoty ale przez to widać, że pomimo ulatujących lat, chociaż to jedno się nie zmienia.
Genialna część, mimo tego, że uważam inną za jeszcze lepszą. Czyta się ekspresowo i nie da się oderwać, aż będzie koniec a czytelnik i tak będzie chciał więcej , bo właśnie tak bywa z tymi genialnymi bohaterami.