Rzecz dzieje się na wsi. Studnia przed domem Zuszki jest jej matką, dąb ojcem, a wiatr hulający po pejzażu babcią. Zuszka wchodzi w relacje z chłopakiem Wiśnią. Po jakimś jednak czasie oparcie w nim zaczyna ją usztywniać i w przypływie złości, buntu, w potrzebie szukania autonomii, ze wsparciem koleżanki Maliny, pali Wiśnię na stosie drewna. Po tym czynie bohaterka staje wobec świata przykrytego ciemnością, pogrążonego w pustce, winie, stracie. Musi zaopiekować się swoim życiem i odnaleźć w nim na powrót siebie.
Och, cóż to było. Sama historia do indywidualnej interpretacji - można z niej coś wynieść, o ile człowiek przebije się przez te wyniosłe zdania, poetyczną nutkę i wydarzenia oraz opisy, które sprawiają wrażenie, że mogły zostać napisane tylko pod wpływem czegoś mocnego. Dla mnie chyba TOO MUCH.
W jednym z najsłynniejszych melodramatów wszechczasów bohater grany przez Humphreya Bogarta po tym, jak pozwala ukochanej odejść z innym, poszukując ukojenia w muzyce zwraca się nieśmiertelnymi słowami: „Zagraj to jeszcze raz, Sam”. Jaga Słowińska Samem nie jest, tym niemniej podjęła ryzyko skomponowania etiudy z doszczętnie zgranej ostatnimi czasy feministycznej melodii. Ryzyko się opłaciło, ale nie dlatego, że z tych nut wykrzesać zdołała nowe akordy, ile z powodu ciekawej aranżacji. Zamiast postawić na srogo poważną i nurzaną w bolesnym realizmie opowieść o męskiej przemocy i kobiecym pożądaniu, stworzyła na poły bajkową na poły mitologizującą prozę poetycką, w której niedostatki fabularne rekompensuje czytelnikom pomysł – choć niekoniecznie jego wykonanie. W tylnookładkowej polecajce Natalia Królikowska pisze o szlifowaniu przez autorkę własnego i ciekawego stylistycznie idiomu. Jeśli tym własnym idiomem miało być nadużywanie przez Słowińską zdrobnień, to nie jest to ani trochę ciekawe stylistycznie. O ile początkowo te wszystkie spieszczenia miały oddać psychologię głównej bohaterki i wskazywały na jej delikatność, o tyle prowadzenie całej narracji za pomocą deminutiwów nie dość, że męczy, to jeszcze infantylizuje i język i przekaz, a myślę, że nie o to autorce chodziło. W tej samej polecajce przeczytać możemy o postleśmianowskim języku Słowińskiej. Cóż, w przeciwieństwie do Królikowskiej nie mam doktoratu z literaturoznawstwa, lecz z Leśmiana widzę w Siostrze jedynie dość dużą koncentrację na naturze. Poszczególne sceny przenikają się nawzajem dzięki symbolice, której nie powstydziliby się młodopolscy poeci, na czele ze Staffem. Skoro już o symbolice mowa – jak na feministyczną balladę Jaga Słowińska operuje niewyszukanymi formami archetypalnymi. W jej prozie kobiety są wilgotne, chaotyczne, nieracjonalne, empatyczne i pomocne, zaś mężczyźni są tępymi destruktorami, władczymi, apodyktycznymi i nieco aroganckimi.
Wiele osób zachwyca się językiem Słowińskiej, tymczasem ja tę powieść bardziej zobaczyłem niż usłyszałem. To, że poza pisaniem w wolnym czasie autorka jest przede wszystkim ilustratorką odgrywa w jej twórczości kolosalne znaczenie. Stworzone przez nią obrazy oddziaływały dalece bardziej na mą wyobraźnię niż sposób, w jaki było mi to zakomunikowane. Najbardziej w pamięci zapisała mi się oczywiście scena semikastracji chłopa, a następnie wywiezienie go na taczce. Taki feminizm jak najbardziej do mnie przemawia. To, w jaki sposób Słowińska zdecydowała się podsumować tę powieść już niekoniecznie. Ponowne odzyskanie siebie poprzez pozbycie się męskocentrycznego balastu nie jest szczególnie odkrywcze i brzmi trochę jak te wszystkie kołczingowe zaśpiewy o wsłuchaniu się w wewnętrzny głos, udrożnienie kobiecych synaps i skomunikowanie się ze swoją yoni.
Jeśli ktoś spyta się, czy warto, odpowiem: siostro, bracie, warto. Nie jest to bowiem pozycja nieudana ani wtórna wobec tego, co już mogliśmy przeczytać, choć moim skromnym zdaniem nadal otwarte pozostanie pytanie, czy w tym mitologizowaniu nie jest to ciut epigońskie wędrowanie szlakami wytyczonymi przez Olgę Tokarczuk.
14.05.2024 Proza plastyczki: wybitnie oryginalna wyobraźnia. Czytając, widziałam tę historię zekranizowaną przez twórców Twojego Vincenta i Chłopów.
"- Babciu jakbyś pocerowała moje życie? Z tym już nic się nie da zrobić. - Zbierzemy oczka, zawiążemy niteczki pozaciągane, nie, nie będzie wyglądało jak nowe, nie, nie, ale będzie miało swój urok, zobaczysz - powiedziała pewnie babcia [...]. - Jaki urok, kto to zechce? - Och zobaczysz, zobaczysz, jak godnie założysz, to znajdą się tacy. - A co z tym, co ciężkie? - Wszystkie łezki nawlekaj na niteczkę, bo są najcenniejsze. Perełeczki wytoczne twoim własnym życiem. Z bólu, z bólu je tocz. Tam się największe złotko chowa [...] Z lęków. Ze ściśniętego gardła bierz [...]".
Historia niczym baśń. Gdzieś między tym co realne, a tym co zmyślone. Między tym co namacalne, a tym co ulotne.
Zuszka i Wiśnia. Kobieta i mężczyzna. Jedno i drugie to postaci stereotypowe, z całym dobrodziejstwem inwentarza. On decyduje i wyznacza kierunek, ona podąża za nim. Ona wpada coraz głębiej w jego objęcia. Ma być coraz lepiej, a robi się duszo. Wiśnia zagarnie, kawałek po kawałku, świat dziewczyny. Dla niej zostaje coraz mniej. Jej zostaje coraz mniej. Aż pojawia się Malina, kobieta, która uświadamia Zuszce, że warto zawalczyć o siebie, że może stanowić sama o sobie. Pojawiają się też inne kobiety, wiedźmy, działania magiczne, wszystkie dodają odwagi Zuszce.
Wspaniała historia. Niby malutka, a jednak wypełniona treścią, symbolami i życzeniami. Trochę codzienna, a bardzo odświętna. Bardzo w moim guście.
"Wraz z orzechem coś w Zuszce umarło, a dach, który zbudował nad nią ze swoich ramion Wiśnia, zaczął ją uwierać. Już nie tak pewnie kładła mu głowę w zagłębieniu ramienia, w ich rozmowach zdarzały się ostre cięcia, w spojrzeniach drobne bitwy, w gesty wkradła się ostrożność, twarde ścierało się z miękkim, bliskie z dalekim. Im bardziej Zucha próbowała głowę z jego ramion wydostać, tym bardziej te ramiona się zaciskały. „Moja, moja”, powtarzał Wiśnia, zabierając jej nawet oddech. To nie były już ramiona, ale sidła. Zaczęli mijać się we wzajemnym tańcu, wciąż mocno ze sobą złączeni w bezwładnym, dusznym splocie szli, zataczając coraz większe kręgi. – Wiśnia? – dyszała Zuszka, ale odpowiadało jej echo. – Zucha! – wołał Wiśnia, ale ze ściśniętego gardła Zuchy nie wydobywał się żaden głos". Tamże, s.25.
"– Jesteśmy! Wzywałaś nas? Zuszka spojrzała szybko na Malinę, która w jakimś rozchichotaniu cała się trzęsła. Ależ armia się zjawiła! Żadne rusałki o modrych oczach, żadne usteczka koralowe, żadne rączki alabastrowe, ale prawdziwe wiedźmy. Każda wykrzywiona, rumiana, uwolniona z pięknej twarzy, którą jak na procesji trzeba było nosić sztywno całe życie, czyściuteńką. A teraz tylko być sobą, hej! być sobą, ależ ulga! Przepychały się, jakby jakąś kolejność chciały sobie w tym przybyciu nadać, a kiedy już ochłonęły, ta na przedzie spytała: – A co tu się dzieje, bo się dzieje, czy możemy się przyłączyć? – Uniosła znacząco brew, ukazując w półuśmiechu żółtobrązowe zęby. – To nie pytanie. – My nie pytamy! – odezwał się głos z tyłu, a po chwili wszystkie chórem zaczęły przez siebie mówić. – My oznajmiamy!". Tamże, s. 39.
Jaga Słowińska zawiera w swojej prozie coś nieuchwytnego, jakąś tajemnicę. Zaciera granice między światem realnym i magicznym, w tym przypadku nie ma pewności kim (lub czym) są bohaterowie. Ale myślę, że to nadaje całości waloru uniwersalności. Można brać podane informacje wprost, interpretować lub dać się ponieść. Ta książka kliknęła ze mną bardziej niż Czarnolas, mimo że jest jeszcze krótsza.
“Pewnego dnia, między siedzeniem a leżeniem, byciem a niebyciem, życiem a nieżyciem, coś ją znienacka dziabnęło, pogilgotało w boczek. Ukłuło, z chichotem szepcząc: “Wstawaj.”
I dzieje się to w tym pomiędzy, gdzie męskość niesie destrukcję, a żeńskość, szesnastooczna niczym chór grecki, wymierza sprawiedliwość. A z tej sprawiedliwości życie się rodzi i śmierć przychodzi.
Zuszka, Wiśnia i Malina. Wiśnia zmienia świat, powoduje, że przestaje być naturą, staje się dochodem, cywilizacją. Zuszka i Malina to jak awers i rewers tego samego medalu - spokój i odwaga, pokora i duma. Dwie osoby, dwie postawy, a może dualizm w jednej osobie?
“Siostro” to opowieść poza czasem i miejscem. Nie one są istotne, lecz relacja między kobietą a mężczyzną, która równie dobrze mogłaby się dziać wieki temu jak i współcześnie. Ta książka, niczym przypowieść, głosi prawdę o przemocy, pożądaniu, pragnieniu, zemście, zdradzie, zatracaniu się i odzyskaniu tożsamości.
Postmodernistyczna zabawa konwencją, gatunkiem, słowem. Ballada romantyczna - prozą. Realizm magiczny, oniryczność, bukoliki bez optymistycznego końca. Mit o życiu kobiety z mężczyzną. Baśń o walce dobra ze złem. Parnasizm świata nieprzystajacego do wszystkiego co znamy, a jednocześnie po zdrapaniu tej poetyckiej powłoczki jakże naturalistyczny, szczery i prawdziwy.
To opowieść o Tobie, o mnie i o niej. Opowieść o każdej z nas. O naszym doświadczeniu. O pozornej miłości i bezpieczeństwie, które okazały się jedynie przykrywką zła. Opowieść o przemocy, opowieść o siostrzeństwie, opowieść o odzyskiwaniu siebie. Adam Woźniak na łamach "Dwutygodnika" pisze: "Ona [Słowińska - przyp. V] pisze setną ekofeministyczną powieść, w której bohaterki pytają: „Kiedy ostatnio kochałaś się z zapachem kaszy gryczanej?”. I nie, wcale nie chcę się naśmiewać. Nie mam ochoty, interesu, może prawa. Nie ma sensu. Chodzi raczej o to, żeby spróbować się wczuć, zrozumieć, dlaczego autorka postanowiła zagrać w tę grę jeszcze raz i dlaczego, mimo wszystko, jej drugą książkę trudno nazwać całkowicie wtórną lub nieudaną." Słowińska napisała "setną ekofeministyczną" powieść, ponieważ nadal ich potrzebujemy. I będziemy potrzebować dopóty, dopóki nie wywieziemy wszystkich takich Wiśni na taczkach. Chciałobym napisać książkę taką, jak Słowińska.
Proza Jagi jest przepyszna, chciałabym jak najczęściej widzieć świat w jej sposób. Podaje najsmutniejsze i najbardziej traumatyczne historie na koronkowej poduszce bezpieczeństwa z bukietem stokrotek. Jest feministycznym Leśmianem kobietą. Urzekło mnie imię głównej bohaterki - Zuszka i cała jej historia. Określiłabym „Siostro” jako coś pomiędzy opowiadaniem a obrazem, a poza tym iskierkę, która roznieca ciepło w serduszku.
gdy już myślałam, że rozumiem te wszystkie alegorie to nagle jest obcinanie moszny i mój mózg zdurniał, a później w miarę wrócił na dobre tory. Ładne to, ale coś czuję, że niedługo o tym zapomnę przez tą kombinację językową.