Nie ma jednej prawdy o pegeerach, mimo że wszystkie powołano do życia jednym dekretem i zamknięto jedną ustawą. Miały gwarantować wydajność, stabilne zatrudnienie i postęp techniczny wsi. Na niemal pół wieku zdominowały jej pejzaż, choć tworzono je również na terenie miast. Jednak rzeczywistość zweryfikowała wielkie plany i propagandowe postulaty władzy. Jak się okazało, każde państwowe gospodarstwo rolne było osobnym organizmem, zarządzanym lepiej lub gorzej.
Poszukując prawdy o codzienności ich mieszkańców, Bartosz Panek zadaje pytania: ile naprawdę wiedzieli rządzący o funkcjonowaniu kombinatów? Jak wyglądało życie ludzi, którzy wzięli udział w tym wielkim projekcie? Jak od środka wyglądał proces prywatyzacji? Jakie są materialne i niematerialne ślady po pegeerach? I wreszcie – czy popegeerowskie pochodzenie wciąż jest stygmatem? Rozmawia z dyrektorami wzorcowych kombinatów, którzy czasy postępu, usystematyzowanej pracy i zorganizowanego życia po godzinach wspominają z nostalgią. O ciężką pracę w często spartańskich warunkach pyta tych, którzy – zmęczeni okupacją i tułaczką – z różnych zakątków Polski przyjeżdżali w poszukiwaniu zatrudnienia. Wczytuje się w artykuły, opracowania naukowe, śledzi relacje mediów, które otwarcie mówiły o rzekomo wyuczonej bezradności mieszkańców pegeerów. Sprawdza też, co zostało z kombinatów trzydzieści lat od ich likwidacji.
Zboże rosło jak las to reporterska próba odpowiedzi na pytanie – czy wszędzie było aż tak źle?
PGRy są nadal obecne w języku ("popegeerowskie") i w przestrzeni (bloki w środku wiejskiego krajobrazu, zrujnowane, zamknięte zabudowania), ale pamięć o nich inna jest w mieście i inna na wsi. Dla mnie PGR to fakt historyczny, bez wydźwięku emocjonalnego, dla rozmówców Bartosza Panka to dużo więcej, to przeszłość i naznaczona nią teraźniejszość. W opowieściach pojawiają się różne czasy i tworzą bardzo ciekawy obraz, uzupełnienie "miejskiej" wizji PRL i czasów transformacji.
PGR – dla mojego pokolenia tajemniczy skrót ze wspomnień, starych filmów i podręczników do historii, dla poprzednich – punkt odniesienia w rzeczywistości. Pegeery karmiły obywateli PRL i swoich pracowników, a ich upadek w trakcie transformacji wpłynął na setki tysięcy życiorysów. Pegeery, zwane też kombinatami, były podstawą produkcji żywności w centralnie sterowanej gospodarce za czasów komunizmu. Setki hektarów pól, ogromne budynki służące hodowli zwierząt, a także biura, bloki mieszkalne, domy kultury, kina, knajpy. To wszystko tworzyło krajobraz gospodarstw, które miały wyżywić całe społeczeństwo.
Bartosz Panek w swoim reportażu przemierza tereny dawnych pegeerów, rozmawia z mieszkańcami, byłymi pracownikami oraz osobami wychowanymi w pegeerze. Z tych rozmów i opisów szybko wyłania się obraz pegeeru jako wspomnienie specjalistycznej fabryki, która dawała pracę, mieszkanie, wikt i opierunek tysiącom ludzi, a wraz z upadkiem PRL-u i planem Balcerowicza upadła i pozostawiła ich bez pracy i perspektyw. Dawni pracownicy nawiązywali często do tego jak PGR postrzegali inni. Dla „miastowych” było to miejsce dla ludzi, którym zabrakło innego pomysłu na siebie, postrzegano ich jako margines społeczny, szczególnie w latach 90., czyli już po upadku komunizmu. Inni, tzw. „młodzi” wspominają kombinat jako krainę dzieciństwa, z której wyrwali się w pogoni za edukacją i lepszą pracą, na co nie mieli szansy ich rodzice.
Na przykładzie pegeerów można dojrzeć, jak istotny wpływ na życie szarego obywatela miała transformacja ustrojowa i jak trudno było odnaleźć się ,,popegeerowcom” w kapitaliźmie i przemianach lat 90. Zarzucano im brak przedsiębiorczości, nieporadność życiową.,
Reportaż zaczyna się naprawdę dobrze, autor umiejętnie wprowadza czytelnika w temat pozwalający zrozumieć perspektywę mieszkańców, których opowieści przytacza w dalszej części książki. Tam pojawia się już niestety chaos, miejscowości i osoby przeplatają się czasem nawet co akapit, utrudniając lekturę. Dla mnie na dłuższą metę było to dość nużące.
Doceniam reporterów budujących mosty pomiędzy tylko pozornie odległą przeszłością i teraźniejszością. Dzięki temu lepiej rozumiem jak to, co było, wpływa i kształtuje to, co jest. Pegeery to historia dotycząca mas. Warto ją znać, by lepiej rozumieć rzeczywistość,w której żyli nasi rodzice i dziadkowie.
Momentami bardzo monotonnie, czasem wręcz miałam wrażenie, że autor trochę za bardzo odbiega, ale mimo to, bardzo się ciesze, że trafiła w moje ręce. Na pewno pomaga to zrozumieć jak funkcjonują popegierowskie wsie. Dowiedziałam się dużo o swoich korzeniach. Nawiązałam wiele ciekawych dyskusji w ramach weryfikacji faktow z rodzina. Będę ją miała na pewno przez długi czas w pamięci..
Świetna książka, którą czyta się czasami z zaciśniętym gardłem. Historia potężnego awansu społecznego milionów ludzi i równie potężnej, nieprzepracowanej traumy, wynikającej ze zmiany systemowej i zmiany priorytetów. Małe a przeraźliwie smutne historie o wyborze keczupu albo biletu powrotnego, czy o sprawdzaniu wszy przed przydzieleniem zasiłku socjalnego. Makabry, jakie sami sobie fundowaliśmy, przeobrażając się błyskawicznie w nowe społeczeństwo.
Szokujące cytaty z lat 90-tych, pokazujące zmianę narracji i walkę klas, o której do teraz nie chcemy mówić (np. ten autorstwa prof. Łagodzińskiego, który wklejam poniżej).
Cytaty:
"Reformatorom towarzyszy poczucie misji, w końcu nikt jeszcze nie przechodził w tak krótkim czasie z gospodarki socjalistycznej do kapitalistycznej. Przekonanie, że inflacja to rak, który zżera oszczędności, determinowało działania. Administracja, w znacznej mierze tworzona przez ludzi pracujących dla starego systemu, nie sabotowała działań, wcielała w życie tworzone prawo, zatem i sejm, i aparat państwowy zgadzały się na radykalne zmiany."
"W 1990 roku gospodarstwa państwowe dostarczają na rynek jedną trzecią wieprzowiny, jedną piątą zbóż i połowę rzepaku. Choć dotąd wykazywały zyski globalne – jedne traciły, a inne zarabiały – od momentu wprowadzenia nowych zasad wzrasta liczba pegeerów słabych i zadłużonych. Coraz więcej zakładów traci płynność finansową. Nie dają rady spłacać odsetek, kupować nawozów, paliwa i nasion, a banki nie chcą negocjować. Jesienią jest takich gospodarstw prawie sześćset, o czym minister Janusz Lewandowski informuje powołaną rok wcześniej Radę Ekonomiczną działającą przy premierze. To ponad trzydzieści sześć procent. Dwie trzecie pegeerów, nawet tych dotąd lepiej prosperujących, notuje poważne straty. Żeby starczyło na wypłaty dla pracowników, niektóre gospodarstwa sprzedają bydło, nawet całe stada jałówek, co jest szczytem niegospodarności. Nie widzą jednak innego wyjścia. Wygaszanie produkcji brzmi jak wyrok."
"Kiedy przy wejściu do bloku zawisła klepsydra z nazwiskiem sąsiada, przyjmowało się, że ktoś ze sobą skończył, bo już nie dawał rady. Odpadł i tyle."
"Pegeery należały do starego świata. A ten miał zostać starannie oddzielony grubą kreską od nowego."
"Jaki był ten pegeer, taki był. Ale zapewniał porządek, pracę i pieniądze. Nie ma kombinatu, nie ma nic. Bez pegeeru ubywa człowieka."
"W byłych pegeerach nie czyta się naukowych opracowań. Nie używa się miejskich nazw, słów takich jak: deprywacja, ekskluzja społeczna, ograniczona partycypacyjność, deficyt sprawczości, uwięzienie przestrzenne, defaworyzacja, pauperyzacja, regres, anomia, utrwalanie postaw utrudniających asymilację społeczną. Nie dyskutuje się o deruralizacji, dezagraryzacji i depezantyzacji. Takie rzeczy się praktykuje."
"W 2000 roku „Super Express” publikuje diagnozę socjologa Wiesława Łagodzińskiego, dyrektora biura informacji Głównego Urzędu Statystycznego: „Nie ma co ukrywać, PGR stworzyły upośledzoną formę pracowników o niskich kwalifikacjach, niesprecyzowanych zawodach, ludzi bliskich marginesowi społecznemu, bez żadnej własności, nieprzypisanych do żadnego miejsca. Oni byli własnością państwa”."
To zbiór opowieści zwykłych ludzi o czasach trudnych, czasach pracy i znoju, czasach przemian, wielkich nadziei i wielkiej biedy. To opowieść o czasach, które na lekcjach historii zamyka się w kilku zdaniach, skupiając się głównie na strajkach, stanie wojennym i ustaleniach okrągłego stołu. O tym, jak po wojnie wiele rzeczy trzeba było urządzać na nowo, zagospodarować tysiące hektarów leżącej odłogiem ziemi i wreszcie w latach III RP zmierzyć się ze skutkami reform Balcerowicza, szkolna historia mówi bardzo niewiele.
Nie pamiętam czasów komuny, ale pamiętam biedę i beznadzieję początku lat 90-tych, dlatego zwłaszcza ta część reportażu poświęcona transformacji ustrojowej, prywatyzacji, reformom i zamykaniu PGR-ów oraz hiperinflacji i rosnącego lawinowo bezrobocia, poruszyła mnie najbardziej.
Nie mam wątpliwości, że jest to reportaż niezwykle potrzebny. Wymagał wielu lat pracy, zbierania materiałów, wielogodzinnego przesiadywania w archiwach, podróży wzdłuż i wszerz Polski i tysięcy godzin rozmów.
Do reportażu z pewnością będę wracać. Jest to ten rodzaj twórczości, której nie da się po prostu przeczytać i odłożyć na półkę. Pozostaje w człowieku na długo.
2.5 Bez wątpienia w książce podjęty jest bardzo istotny, a jednocześnie nieco zaniedbany temat. Jestem z pokolenia, dla którego pegeery to już dość odległy koncept, pojawiający się jedynie okazjonalnie w debacie publicznej. W moim mieście transformacja popełniła inne grzechy, a dopóki nie przeczytałam tej pozycji nie byłam nawet świadoma skali powszechnej konotacji państwowego rolnictwa z patologią, biedą czy nieudacznictwem. Moja wiedza na pewno się powiększyła i będę miała dobry wstęp do tego, aby nauczyć się więcej na ten temat.
Niestety, książkę czyta się topornie, w opowieściach panuje chaos, przeszkadza mnogość wątków. Miejscami padają ciekawe diagnozy, ale zupełnie nie są pogłębiane, a autor szybko wskakuje w inną myśl.
Autor dobrze pokazuje zarówno ciemne jak i te jasne strony PGRów i nie wciska czytelnikowi jedynie słusznej wersji rzeczywistości. Jak to zwykle bywa w tego typu książkach, większość kontekstu dostajemy dzięki historiom zwykłych ludzi uwikłanych w ten czy inny sposób w dumne osiągnięcia PRLu jakimi były PGRy. Bardzo dobra książka dla kogoś takiego jak jak, kto nie zna historii PGRów ani szerszego kontekstu ich upadku przy zmianie ustroju.
Wychowałam się w pegeerowskiej wsi i, chociaż autor o niej konkretnie nie wspomniał ani razu, dostrzegłam uderzające podobieństwa do realiów, które sama znałam. Ciekawa perspektywa dla tych, którzy wychowywali się w takich realiach (mi przypadło na lata 90/00s), ale nie byli do końca świadomi dlaczego było, jak było. Polecam.
Ciekawe spojrzenie, którego mi brakowało. Gdzie się nie jedzie widać te czworaki i stare budynki. Przeszłość zapomniana i porzucona, jakby było jej wstyd. Książka dla wszystkich, którzy mają w sobie jeszcze te okruchy PGR, czy to przeniesione czy to odziedziczone.
Bardzo ciekawa część II o polskiej transformacji. Kto by pomyślał, że będę mogła znaleźć w niej trochę informacji do pracy magisterskiej. Z tej perspektywy zostaje ze mną przynajmniej do skończenia studiów, a potem? Zobaczy się