Nie wiem, czy nie będzie to jedyna skrajnie negatywna opinia o tej książce i w sumie nie dziwię się - autorka jest sympatyczną osobą, ja również uwielbiam jej kanał i porady pisarskie. I naprawdę chciałabym lubić też jej książki i mieć same dobre rzeczy do napisania. Ale Każdej nocy słyszę twój oddech przelało u mnie czarę absurdu. Wcześniej czytałam póki co tylko Nie chcę być tobą (które było ok) i Wszystkie nasze granice (które uważam za bardzo nieudolną próbę zrobienia romansu z relacji będącej następstwem naprawdę poważnych daddy issues bohaterki). Jednak tak jak nad poprzedniczkami postanowiłam się nie pastwić, tak ta książka była tak słaba, że aż muszę napisać kilka słów.
Na wstępie dwa pozytywy. Moim zdaniem autorka bardzo dobrze pisze technicznie, dzięki czemu szybko i przyjemnie się czyta jej teksty. Sam wątek kryminalny (nie licząc samego zakończenia, ale o tym potem) jest również angażujący i naprawdę byłam ciekawa, co wydarzyło się w przeszłości bohaterki.
No ale tyle mam do powiedzenia z plusów.
Mila jest bardzo pretensjonalna, szczególnie w rozdziałach Kiedyś, taka typowa edgy nastolatka z książek okresu 2010. Trochę przypominała mi Gaję z Wszystkie nasze granice. Gaja też była oceniającą marudą i uważała, że jest "inna", bo się nie socjalizuje i nie imprezuje. Mila też z góry osądza ludzi i nie chce się z nimi zaprzyjaźniać, ale w jej przypadku zupełnie nie rozumiałam, dlaczego, bo wspomina, jak imprezowała w Londynie z Wendy i całowała się co wieczór z innym chłopakiem. Czy więc Mila próbuje się odciąć od londyńskiej przeszłości? Na pewno chce tego jej matka, a dziewczyna ma do niej o to pretensje. Coś tam niby było o tym, że chciała się schować przed światem, a Noah pokazał jej że nie musi z nikim walczyć. Ale dlaczego przyjęła taką postawę? Chyba tylko po to, żeby było emo mrocznie.
W dodatku strasznie nie podoba mi się, że Mila ocenia Alex, która jest zazdrosna o Noaha i ubiera się w szpanerską sukienkę na imprezę, podczas gdy sama zachowuje się jak napalona gówniara. Ale nie, przecież ona nie leci na Noaha. Będzie to powtarzać jeszcze kilka razy. Tak samo, jak powtórzy kilka razy, że kiedyś Noaha "zabije", tak jakby miało to stanowić foreshadowing do rozwiązania akcji. A nie stanowi, bo Noaha widzimy od początku rozdziałów Teraz, więc wiemy, że to nie on zginął.
Wątek romantyczny jest koszmarnie pospieszny. Zarówno w rozdziałach Kiedyś jak i Teraz. W retrospekcjach wystarczyła jedna rozmowa, podczas której Mila była dla Noaha niemiła, a ten już jest nią tak zafascynowany, że tego samego dnia mówi pijany, że podoba mu się jej "inność". Bo wszyscy inni tylko mu przytakują, a ona nie. No naprawdę? Nie uwierzę, że w całej szkole nie ma nikogo, kto by go nie lubił. To wszystko było bardzo płaskie i takie, żeby było. Kilka scen obmacywania z czasów liceum, a po latach bohaterka uważa to za wielką miłość i mówi o chłopaku “Mój Noah”. Nie wierzyłam w to uczucie kompletnie, do tego stopnia, że wszelkie hot sceny omijałam. Po co mam czytać o mizdrzeniu się kogoś, w kogo relację nie wierzę.
Jakby tego było mało, Mili nie wystarczy jeden chłopak, musi również zainteresować się jego przyjacielem, który na początku był niemiły, ale potem również się w niej zakochał (no kto by się spodziewał). Zanim to się jednak stało, mamy bardzo dziecinną dramę między tymi dwojga, która zaczyna się kłótnią na lekcji. Nie wiem, skąd w Mili taka nienawiść do legend i podań. Czy naprawdę jest to temat, którego można nienawidzić z taką pasją, że aż nie jest się w stanie zdzierżyć lekcji, gdzie jest wałkowany? Przy czym Mila cały czas w głowie ironizuje, że jak umrze, to wróci jako duch i będzie straszyć w jej domu.
Niestety przez ten wątek absurdalnego konfliktu również Noah i Mila nie rozmawiają praktycznie o niczym innym, tylko o jej dramie z Calebem. Nawet kiedy Caleb jest razem z nimi, to cały czas jest główny temat: te ich dziecinne przekomarzanki. Nie otrzymujemy żadnych interesujących rozmów pomiędzy Milą a Noahem, które pozwolą nam wierzyć w to uczucie. Również Mila i Caleb mają może dwie rozmowy o czymś innym, kiedy już się lubią trochę bardziej. Ale poza tym cała fabuła kręci się wokół pogodzenia tych dwoje. Dla mnie to było absurdalne, jak bardzo Noah próbował ich ku sobie popchnąć, jakby chłop nie miał swoich problemów (a wiemy, że miał). Jasne, na pewno wolałby, żeby jego przyjaciel i dziewczyna się dogadywali. Ale wątpię, żeby chłopak uczynił z tego cel życia. W dodatku biorąc pod uwagę, że Milę ledwo co znał.
Co do problemów Noaha, to był naprawdę przykry wątek, ale został bardzo strywializowany, a nawet w pewnym momencie wykorzystany jako pretekst, żeby zbliżyć Milę z Calebem. Nawet nie z Noahem. Z Calebem.
Podobnie pretekstowe było to, że Noah zabrał Milę i Caleba do salonu gier, bo tak naprawdę to miejsce nie miało żadnego znaczenia fabularnego. Równie dobrze to, do czego dochodzi tam między Milą i Noahem, mogłoby dziać się w domu któregoś z nich. A tak bohaterowie pojechali tam chyba tylko po, żeby była "ładna" sceneria w hot scenie.
Absurdalne jest też to, że Noah, dowiadując się o relacji Caleba i Mili, w ogóle nie ma z tym problemu. Mówi, że wyjeżdża i mają jego błogosławieństwo. Czyli z głowy. Mila nie musiała się martwić, że kocha dwóch chłopaków, problem sam się rozwiązał.
Szczerze liczyłam, że to na tym polu będzie jakiś konflikt i tajemnica. Że Noah poczuje się zdradzony przez przyjaciela i dojdzie do tragedii. Byłam niemal przekonana, że właśnie to Mila ma na myśli, mówiąc, że wszystko zniszczyła przez swoją głupotę. I naprawdę, gdyby to się tak skończyło, to może i dałabym dwie gwiazdki wyżej. Byłoby przewidywalnie, ale ten wątek byłby niezły. Ale to były moje pobożne życzenia.
Ok, nie spodziewałam się, że Caleb ostatecznie nie żyje. Natomiast forma przedstawienia jego śmierci była tak sucha i pospieszna, że coś mi nie pasowało. Nagle chłopak udał się na bagna i utonął, o czym Mila dowiaduje się z TV (zmarnowany potencjał, bo Mila powtarza tyle razy, że coś wydarzyło się na obchodach Dnia Rowcroft, a w sumie na samych obchodach nic nie było). Zastanawiało mnie, co w tym jest winą Mili, bo jak na moje, to ona nic nie zrobiła, skoro po jarmarku normalnie wróciła do domu i nawet nie była z nikim pokłócona.
Ale Mila mówi Noahowi, że... to się stało, bo dała Calebowi książkę o legendach miasta. I że przez tą książkę chciał spróbować wskrzesić zmarłą matkę. Więc to wina Mili, bo dała mu tą książkę, mimo że nie znała jeszcze wtedy jego planów i nie próbowała go odwieść, kiedy już je poznała. Problem jest taki, że nie mamy najmniejszych powodów twierdzić, że Caleb chciałby tego spróbować. Mila ma z nim jedną rozmowę na ten temat, a później do niego nie wracają. Nie widać zafascynowania Caleba tym pomysłem i jakiegoś obłędu, który pozwoliłby nam uwierzyć, że naprawdę to zrobi. I że trzeba go od tego odwodzić.
Nie polubiłam się z właściwie żadną postacią. Cała fabuła kręci się właściwie wokół trzech osób, a poza nimi na wyróżnienie zasługuje jedynie matka głównej bohaterki. Reszta praktycznie nie istnieje, a szkoda, bo część akcji dzieje się w liceum. Alex w latach licealnych ma może dwie rozmowy z Milą, poza nimi jedynie rzuca jej złowrogie spojrzenia, w sumie nie wiadomo, dlaczego. Najpierw niby chodzi o Noaha, ale potem jest powiedziane, że Alex kręci z Tomem, więc nie rozumiem, o co ten konflikt. Chociaż z drugiej strony trochę się Alex nie dziwię, bo Mila jest nie do polubienia.
Zakończenie w rozdziałach Teraz jest chyba najbardziej absurdalne. Najpierw Mila myśli, że to Caleb ją dręczy z zaświatów. Potem jednak nie, bo nagle znikąd pojawiają się gangsterzy, dla których Mila rozprowadzała narkotyki i okazuje się, że oni sobie z nią pogrywali, co jest żenująco głupie. Nie znam się na tego typu sytuacjach, ale wątpię, żeby “poważnym” dilerom chciało się bawić z byłą współpracownicą w takie podchody. Raczej od razu by się z nią rozprawili. Cały wątek porwania Mili zaczyna się i rozwiązuje na kilkunastu może stronach. W dodatku kolesie porywają ją wieczorem, w centrum miasta, z gabinetu jej psycholog. No mistrzowie planowania. Na pewno nikt się nie zorientuje.
Moim zdaniem można by wymyślić coś ciekawszego niż to, bo takie rozwiązanie sytuacji może i zaskakuje, ale jest tak niepasujące do całej historii, że aż nie mogłam uwierzyć w to, co czytam. Oczywiście Milę ratuje Noah, no bo jak inaczej.
I kiedy wydaje się, że jest już ok to nagle, akurat w tym momencie Mila znajduje album, z którego zdjęć wynika, że ktoś śledził ją przez jej nastoletnie życie. Nagle okazuje się, że nie Caleb i nie tylko gangusy, ale to Noah jest odpowiedzialny za zastraszanie Mili, kiedy wróciła do miasta, bo chciał zemścić się za Caleba. Za to jeszcze chwilę później okazuje się, że tak naprawdę arcyzłolem książki jest matka, która kazała Noahowi pilnować Mili, dawała jej zioła, które ją otumaniały i to ona zabiła Caleba, popychając go na bagnie, bo nie chciała żeby koło jej córki kręcił się chłopak, przez którego Mila ją zostawi. Już mnie zaczyna denerwować, że w niemalże każdej książce autorki bohaterki mają jakieś mommy albo daddy issues. Matka Anki w Nie chcę być tobą też była toksyczna, ojciec Gai znęcał się nad nią, ale mamuśka tutaj już przekroczyła granice. Naprawdę nie można napisać ciekawych bohaterów, którzy mają normalne relacje rodzinne?
W dodatku nie jest sztuką zszokować czytelnika, jeśli po drodze nie daje się żadnych sygnałów i wskazówek, które w tym wielkim finale składają się w całość. Bo chyba nie o to chodzi, żeby czytelnik pomyślał “w życiu bym się nie domyśliła”, tylko “no tak, w sumie można było się domyśleć”. Wydaje mi się, że to jest najlepsze w tego typu książkach.
Daję dwie gwiazdki z uwagi na te pozytywy, które wspomniałam wcześniej. Poza nimi znowu jest meh.