Dawno temu Pan spojrzał na ludzkość i wzgardził nią. Zesłał zarazę, która pożarła ludzkie dusze, zaś sam stworzył nowy lud, by z jego woli rządził światem. Obecnie ludzie żyją już tylko w rezerwatach. Światem rządzą tajemniczy kapłani zwani Sługami, a czystość krwi i oddanie Bogu to najwyższe nadludzkie cnoty.
Laila Hencelrinki to dziedziczka fortuny, wierna wyznawczyni religii swych przodków. Kiedy jej narzeczony umiera w niezwykłych okolicznościach, a ona w wyniku wypadku trafia do pełnej mieszańców dzielnicy nędzy, jej życiu zaczyna grozić niebezpieczeństwo. Do tego nieznany morderca podąża jej śladem, gotów za wszelką cenę osiągnąć cel. Czy pomoc bezczelnego mieszańca ze slumsów wystarczy, by Laila bezpiecznie wróciła do domu?
Naprawdę chciałem polubić tę książkę, dawałem jej kilka szans, odkładałem na rzecz krótszych form. Nie da się. Coś tu jest grubo nie tak.
Pół książki to tak naprawdę info dumping czystej wody z wprowadzeniem do świata, który jest nawet ciekawy, ale umiera w męczarniach ilości informacji, jakie nam się tu serwuje. Konwersacje są nienaturalne, naszpikowane dodatkowymi informacjami, nie ma tu zwykłych rozmów tak po prostu, wszystko musi nam przekazać coś o świecie.
Główna bohaterka to jedna z najbardziej irytujących postaci, jakie przyszło mi śledzić. Poznawanie świata z perspektywy rozkapryszonej, oderwanej od świata szlachcianki jest bardzo dziwnym przeżyciem i o ile pomysł wydaje się okej, o tyle wykonanie jest na jedno kopyto i bardzo szybko zaczyna męczyć to jej ciągłe zrzędzenie na sytuację, w której się znalazła.
W drugiej połowie książka momentalnie przyspiesza, zmienia się miejsce, jest wyraźnie lepiej, ale za to z nowymi problemami. To nie jest zamknięta historia, nie broni się jako całość. Finał jest zwykłym cliffhangerem w momencie, gdy coś się w końcu zaczęło dziać.
Personalnie uważam, że na finał bohaterka w żaden sposób nie zasłużyła. Nie widziałem w niej żadnej przemiany, czy czegokolwiek co mogłoby nam uzasadnić taki koniec. Wszystko wydawało się tam już zbyt szybkie, aby do końca, bo widać metę i gdy już już mamy się czegoś ciekawego dowiedzieć o świecie poza info dumpem o religii czy szlachcie, nagle akcja się urywa.
Jest tu potencjał, ale na Boga, to jest krótka książka. Naprawdę, nie muszę wiedzieć dosłownie wszystkiego o świecie z jednego tomu książki, jakbym czytał Wikipedię w dialogach.
Kolejna nieudana polecajka od Krzysztofa.
Cumsz
P.S może to już lekkie dowalenie się, ale cena też gra rolę a ta książka była dość droga, wypadałoby, żeby za taką cenę ogarnąć papier na tyle dobrej jakości, coby oznaczenia rozdziałów nie prześwitywały na stronę, którą aktualnie czytam. Gratisy były fajne okej, ale warto czasem zadbać o solidne podstawy.
Mam nadzieję, że nie zostanę bohaterem kolejnego odcinka "Krytyka czy Hejt, czytam negatywne komentarze!", skoro autorka jednak zachęcała w posłowiu do wyrażenia swojej opinii. Gdyby mimo to stało się inaczej, to chciałbym na wstępie zaznaczyć, że starałem się podejść do tytułu z otwartą głową. Na pewno oceny znajomych miały jakiś wpływ na postrzeganie całości, ale powiedziałbym, że raczej ogólny i sumiennie opierałem się próbom wpływu na mój osąd.
Na wstępie wyłożę kawę na ławę – odczucia mocno mieszane na podwójnym cienkim, zasadniczo powiedziałbym „nie podoba mi się”, dołożyłbym „nie kupujcie”, a na koniec telemarkiem wyraziłbym zdziwienie dla entuzjastycznego blurba Michała Cholewy. Ale kłębi się we mnie coś więcej. Niestety z uwagi na ograniczenia medium musiałem pozbyć się części cytatów - zaznaczę strony, gdzie możecie znaleźć przykłady.
Poniżej znajdują się spoilery, które mogą zdradzać zwroty akcji i zakończenie - czujcie się ostrzeżeni i ostrzeżone.
I. Bold & Beautiful w szarym sosie - wątki, tematy, świat
Ultrareligijna panna z dobrego domu trafia do dzielnicy nędzy, by później próbować się z niego wyrwać. Zderzenie modelowych dwóch światów to główny sens tej opowieści – syty głodnego nie rozumie, a biedny nie ma pojęcia jakie bogactwa są na wyciągnięcie parchatej ręki. Temat i wiecznie aktualny, i ciekawy, ale wymagający zniuansowania, wsparcia szerszą perspektywą. Autorka sprowadziła konflikt społeczny do dość prostej dychotomii – bogate elity trzymają pod butem tłuszczę, tłamsząc przy tym ewentualne zarzewia konfliktu. Każda z grup żyje swoim życiem, oddzielona, w osobnym biomie. Nie ma tu stanów pośrednich czy szarości – to poprzecierany drucianą szczotką świat disneya pozbawiony barw. Bogaci tkwią w iluzji swojej wyższości, pełni egoizmu i pogardy względem niższych klas – szarpiąc się w białych rękawiczkach o władzę i przywileje. Przedstawiciele biedoty walczą natomiast o okruchy z pańskich stołów, radząc sobie z rzeczywistością pod jarzmem swoistego bandyckiego samorządu. Karykaturalne. Każdy z tych tematów został ledwie liźnięty – ani nie ma tu intryg politycznych (poznajemy pobieżnie tylko dwa rody i kościół), ani zarzewi rewolucji (choć biedocie nie podoba się ich sytuacja), niemniej mogę domyślać się, że autorka chciałaby wprowadzić politykę w kolejnych tomach.
Wątki poboczne, jak boża gorączka, kasty czystości krwi czy rezerwaty dla podludzi wypadają lepiej – choć eksplorowane są oszczędnie. Zbyt dużo opisu poświęcono samemu przejściu tej choroby niż jej przyczynom – zostawiając to zapewne na tom drugi. Nie do końca wiadomo skąd wzięły się kasty (poza źródłem religijnym dawkowanym co rozdział), jaka jest ich rola i czym różnią się nadludzie (pojęcie zdecydowanie nadużywane) od ludzi – poza oczywiście obecnością primionów, czegoś co najprościej byłoby porównać do starwarsowych midicholorianów (i dobrze się to sprawdza). Mogę jedynie wywnioskować, że wewnętrzny podział nadludzi jest tak naprawdę konstruktem społecznym narzuconym w celu kontroli, a może na siłę doszukuję się tu lekkich zajdlowskich inspiracji. Nie rozumiem co wniosło spotkanie towarzyskie z głównym gangusem (aka biba) w dzielnicy nędzy, gdzie Laili groziło zdemaskowanie, ale jakimś szybkim tekstem i plotarmorem odbiła wszystkie oskarżenia. Już wtedy powinna zostać wywleczona na plac i wybatożona. Temat został porzucony, być może to plan na następny tom. Koncept ras wyższych i niższych jest dość ciekawy, szkoda tylko, że więcej miejsca zyskał sztampowy romans dwojga bohaterów, który ani nie ekscytował (wręcz przeciwnie), ani nie był na razie specjalnie potrzebny. Właśnie, na razie - nie wiem co autorka pichci na potrzeby kolejnych tomów.
Półotwarte zakończenie nie w pełni satysfakcjonuje. Nie wiadomo dlaczego to wszystko przydarzyło się akurat Laili Hencelrinki. Można się jedynie domyślać kto jest głównym antagonistą (spodziewam się zwrotu akcji w tym zakresie), a sytuacja wprowadzonych bohaterów pobocznych jest co do zasady nieokreślona - zostali porzuceni po wyeksploatowaniu. Finał przynosi wspięcie się o szczebel wyżej w drabinie eskalacji, odpowiedziano na zbyt mało pytań, by opowieść była samodzielna. Trzeba czekać na drugi tom. Przyznaję, w innych okolicznościach chętnie poznałbym tajemnicę tego świata. Może i nie zaskakuje, jego boczne uliczki świecą pustkami, ale wydaje się całkiem spójny.
Miejscem całej akcji jest Tremoriał – duże miasto podzielone na trzy główne dzielnice o zróżnicowanym poziomie zamożności i poziomie rozwoju wskazującym na XVIII lub XIX wiek. Wspomniałem o biomach – no i właśnie, dzielnice te przypominają oddzielone, sterylne ekosystemy – stereotypowe getto dla biedoty, mało znaczący segment pośredni dla rzemieślników i mniej zamożnych mieszczan, wreszcie luksusowy dystrykt dla arystokracji i kapłanów. Żadne z tych miejsc nie wychodzi poza stereotyp, brakuje wyróżników czy jakiejś esencji, która pozwoliłaby mi uwierzyć, że to coś więcej niż puste scenografie wypełnione aktorami. Jakimi aktorami – to już inna kwestia, do której odniosę się później. Natomiast o świecie poza Tremoriałem nie wiem praktycznie nic. Gdzieś tam są rezerwaty, w których trzyma się (pod)ludzi i w sumie tyle. Przywołuje to na myśl realizację planów niespełnionego akwarelisty, ale znów, bez ikry. Nadal siedzimy głęboko w schemacie. Świat po prostu jest. Tremoriał mógłby być Budapesztem, wenusjańską kolonią czy CyberPekinem – bez znaczenia. Widać sporo inspiracji belle époque - ale to przede wszystkim wybór estetyczny, bez konkretnych konsekwencji dla fabuły.
II. Co z oczu, to z serca - bohaterowie
Historia opiera się co do zasady na dwóch osobach – Laili Hencelrinki i Tanurilu Aave. Poświęcono im najwięcej czasu, realizując przy tym koncept enemies to lovers z gracją godną słonia. Od samego początku wiadomo czym skończy się ta relacja. Ona – rozpuszczona, naiwna i odpychająco pobożna. On – cwany badboy z miękkim serduszkiem i honorem złodzieja. Oboje na początku kłócą się, potem ciągną ku sobie, przejmując wzajemnie część cech drugiej osoby i z czasem wzajemnie sobie imponując oraz imputując cechy, których tak naprawdę nie widać, tyle że zostały one wskazane palcem autorki (nie nazwałbym Laili specjalnie inteligentną). W przypadku książki jako medium oczekiwałbym mimo wszystko bardziej zróżnicowanych portretów. Tak naprawdę niewiele więcej można o nich powiedzieć. Zmiany, character arki? Są, na lepsze, oczywiście – ale to nadal syntetyczne formy życia sfokusowane na celach narzuconych im przez fabułę. Dlaczego Tanuril pomaga Laili? W sumie… nie wiem, najpierw podobno dla pieniędzy (naciągane, nie miał żadnej gwarancji że to się uda), potem oczywiście się zakochał. Dlaczego Laila nie poszła od razu na posterunek policji lub po pomoc do kogoś innego? Bo… pojawiły się przeszkody w postaci ograniczeń narzuconych przez niebiosa. W wielkim finale zmiany są już bardziej znaczące i doceniam, że przed Lailą nadal stoi wyzwanie; choć po Tanurilu nie spodziewam się już niczego.
Pozostałe postaci to też gotowe archetypy ze sklepu assetów Unreal Engine (nazwy za tvtropes.org) – Action Girl (Lydia), Cool Old Guy (Gawen), The Mole (Lupinor), Holy Hitman (Sługa), King of the Homeless (Glazer), The Chessmaster (Arcysługa). Reszcie poświęcono jeszcze mniej uwagi. Korzystanie ze schematów nie jest niczym złym, wszyscy to robimy – W imię Boga po prostu ich nie rozwija. Ot, figurka wyjęta z pudełka i wypchnięta do fabuły bez okraszenia własnym malowaniem. Może te postaci dostały za mało czasu, a może z głębi odarły je kiepskie dialogi. Z wyżej wymienionych moją uwagę zdobył tylko Gawen, ale głównie przez to, że lubię ten typ. Ostatecznie zniknął z planszy równie nagle jak się pojawił – bez słowa, bez rozwiązania wątku. Szkoda, pewnie wróci w kolejnym tomie. Słówko o niekonsekwencji względem Lydii - raz jest bojowa i odważna, kiedy indziej płaczliwa. Nie rozumiem, tak samo jak planu zatrudnienia jej w burdelu. Do cholery, prostytucja powinna być oczywistym dowodem na rozkład społeczeństwa, a potraktowano ją co najmniej pobłażliwie, wręcz niemal jak zajęcie podobne innym. Większym dyshonorem jest mezalians niż rozłożenie ud za kawałek chleba wbrew własnej woli? Pierwsze to społeczny konstrukt, drugie to tragedia.
Wrócę na moment do nieszczęsnego romansu, do którego para głównych bohaterów jest pchana z gracją buldożera (typu ogrzewanie się pod kocem w zimną noc niedługo po karczemnych kłótniach światopoglądowych). Kiedy już wreszcie dochodzi do pospiesznej i przelotnej konsumpcji, to skwitowanie jej wyznaniem "dziękuję ci za spełnienie mojej małej zachcianki, jesteś bardzo uprzejmy" naprawdę zasługuje na nagrodę im. Tommy’ego Wiseau. A wszystko to po paru minutach od spostrzeżenia, że ten Tanuril to jednak niebrzydki i w sumie go lubi. Skoro go lubi, to nie musi się z nim gzić na beli jedwabiu w magazynie! Jedyne co w tym względzie doceniam to pominięcie ociekających fizycznością opisów - od czego nie potrafią powstrzymać się inni autorzy. Wierzę, że dało się to zrobić lepiej, delikatniej, naturalniej. Ewentualnie nie każda relacja musi kończyć się seksem w tym samym tomie - lepiej rozłożyć relację, nie nogi głównej bohaterki. Szanujmy siebie i bohaterów.
III. “I did not hit her, I did noooot!” - dialogi, język, styl
To najsłabszy element powieści i chętnie posypałbym z rękawa cytatami, ale niestety Goodreads ma limit znaków i posługując się przykładami udało mi się go wyczerpać. W żołnierskich słowach – widzę jak próbowano zróżnicować styl poszczególnych klas społecznych i nadać biedocie luzu w kontrze do spięcia arystokracji. Nie udało się. Nieadekwatne, górnolotne słownictwo (“srodze strudzony”, “jak oni śmią”, “jesteś kwaśny jak zleżała śmietana”) zmniejsza wiarygodność postaci. Przekleństwa typu “do kroćset” czy “na mą duszę” mogą co najwyżej wzbudzać skwaszony jak śmietana uśmiech. Sam nie wiem czy to dobrze, że przesadnie teatralne zwroty to świadomy zabieg, o czym upewniło mnie przedrzeźnianie arystokracji przez jednego z bohaterów. Z jakiegoś powodu uznano, że arystokracja powinna mówić z kijem wpiętym równolegle do kręgosłupa. Jeszcze zrozumiałbym budowanie dystansu względem służek, ale błękitnokrwiści między sobą niekoniecznie powinni mówić górnolotnie. Podejrzewam, że miał to być środek stylistyczny, budulec dychotomii. Trudno przebrnąć przez dużą część dialogów - na oko ocenię, że połowa brzmi w podobny sposób. To nie tylko sposób mówienia klasy wyższej, ale też dialektyzacja wypowiedzi biedaków “lepij”, “tera”, “nu”, “chodźta”. Szkoda, że autorka zdecydowała się sięgnąć po tak nisko wiszący owoc. Wynotowane przykłady pochodzą ze stron: 50, 157, 179, 220, ale jest ich dużo więcej - można przekartkować książkę i znaleźć kilka tuzinów analogów. Nie potrafię przez to współczuć głównej bohaterce, śmierć nie smuci, gwałt nie przeraża i nie brzydzi (a powinien!). Nawet jeśli przyjąć, że za czasów wieszczów mówiono inaczej, to po latach trzeba już adaptacji do współczesnego języka. Tak jak staropolszczyznę trzeba już tłumaczyć, by brzmiała naturalnie i zrozumiale, tak trzeba zachować umiar w stylizowaniu języka w podziale na klasy społeczne. Koturnowe nadęcie kojarzę z kiepskimi fanfikami lub komedią (ze świeżych tytułów patrz: 1670), a zakładam, że intencje były zupełnie inne.
Nieszczęsna emfaza pojawia się częściej. Znów, zakładam że to celowe działanie – przyjmując punkt widzenia Laili Hencelrinki mamy do czynienia z rozpuszczoną arystokratką karmioną brylantowym cycem, więc powinno być naturalne, że jest obca w świecie wolnym od koronki i blichtru i podejrzewam, że po raz kolejny usiłowano mnie o tym przekonać. Dawka czyni truciznę, patos i egzaltacja wysuwają formę przed treść. Nie potrafiłem wpaść w nurt wydarzeń, co chwilę wyrywany nienaturalnymi określeniami. Wracając do wyrywania i usilnego przekonywania mnie – zdarzają się sytuacje traktowania czytelnika jak przygłupa. Wprost wyjaśniane są intencje czy wydźwięk działań, zwłaszcza w pierwszych rozdziałach – As you know, Bob – kiedy po opisie przygotowań do ślubu na dokładkę otrzymujemy dialog o tym, że właśnie prowadzone są przygotowania do ślubu. Dzięki, zauważyłem. Powtórkę zarejestrowałem w getcie biedoty, gdzie proletariat z naciskiem podkreślał jak źle im się żyje - niepytany, nieproszony, zupełnym przypadkiem bohaterka to akurat podsłuchała, bo akurat to było potrzebne w celach światotwórczych. Wiem, że autorka nie uważa szuflowania ekspozycji w dialogach za infodumpy, mimo wszystko uznałbym to za expository dialogue. Tyle, że zamiast dać informacji w punkt, następuje przesycenie i powtórzenie już zaobserwowanej informacji. W dalszej części książki ponownie – po tym, jak para bohaterów trafia do magazynu wciśnięto nic nie wnoszącą retrospekcję powtarzającą wcześniejszą wzmiankę o kluczu w drzwiach magazynu, który nadałby się na kryjówkę. Litości! Nie trzeba tego powtarzać dwukrotnie! Jeszcze mniej odpowiadały mi fragmenty świętej księgi – właściwie powtarzały to, co wyzierało z czystej fabuły i rozmów. Nie lubię upartych wrzutek. Usunąłbym je.
Przez tekst często przewijają się epitety - jeśli zegarek, to pozłacany; jeśli ściana, to marmurowa; jeśli parasolka, to koniecznie jakaś - z czasem zagęszczenie zmniejsza się, ale nadal jest to zauważalne. Przesada uderzyła mnie po wszystkich zmysłach na etapie maligny, kiedy choroba pożerała jedną z postaci. Ponad cztery strony opisu halucynacji i bólu, powtórzeń, krzyków, niedokończonych zdań. “Nozdrza miała pełne zapachu zgniłych kwiatów”, “Ból eksplodował w jej ramieniu, oślepiając ją”, “Czas się zatrzymał. Była tu już wieczność. Cierpiała od zawsze”. Melodramat pełną gębą; przejaskrawiony, męczący, nie wnoszący praktycznie nic. Nadużycie nadludzi – przez to, ile razy pojawia się termin „nadludzi” jego powtórne użycie męczy. Prościej byłoby „ludzi” zepchnąć do kategorii „podludzi” – równie kontrowersyjna etykieta, a w perspektywie całej książki mniej wyrazów wyróżniałoby się z masy. Może i w kolejnych tomach występują gorsi od ludzi podludzie – ale wątpię, żebym kiedykolwiek dotarł do tego momentu. Nadodwoływanie nadwszystkiego do nadludzi po nadprostu nadmęczy.
Wspomniałem o expository dialogues i cytatach ze świętej księgi, dołożę jeszcze jeden kamień do tego koszyka - w kilku miejscach infodumpy są już oczywiste. Na przykład ponad stronicowy zapis żywotu świętego (s.44-45) czy półtora strony monologu na ten sam temat (s. 213-214). Gdzieś indziej czai się akademickie przedstawienie dzielnicy biedoty. Na szczęście to nie zagęszczenie jak w ostatnio czytanym Narrenturmie Sapkowskiego. Nie powinno być ich jednak wcale, niczego nie wnoszą, jedynie chce się przewrócić kartkę i uciec jak najprędzej. Gdyby ten świat był jeszcze bogaty i było co przedstawić!
IV. “Aaaand it’s gone” - porównanie, propozycje, podsumowanie
Jak porównywać, to z rozmachem – przypomniała mi się Epoka obłędu Joe Abercrombiego. Mamy tam kilka podobnych elementów w jednym z POV:
- rozpuszczona młoda arystokratka ✅ - wielkie miasto pełne podziałów społecznych ✅ - zarzewie rewolucji ✅ - spisek ✅ - romans ✅
Cała różnica polega na ograniu tych kart, choć gwoli uczciwości dzieła te różnią się też skalą wydarzeń i liczbą bohaterów. Skupiając się jednak na wyżej wymienionych elementach - Savine dan Glokta to dużo bardziej rozbudowana postać, o złożonym charakterze. Niegłupia, sprytna, po prostu brakuje jej pełni wiedzy o świecie - ale systematycznie ją zdobywa. Laila Hencelrinki trzyma się zdecydowanie bliżej stereotypu naiwnej arystokratki, niespecjalnie wychodząc poza powszechnie przyjęte ramy, brakuje jej pazura i pewnej inteligencji. Nie musiała być głupia. Miasto u Abercrombiego, Adua, choć sporo jej brakuje w dziedzinie światotwórstwa, ma więcej życia niż Tremoriał. Bardziej organiczny podział dzielnic, mniej jednoznacznie zarysowane podziały społeczne, konflikt buzujący nie tylko tam, gdzie pojawia się doraźna potrzeba. To z tego wrzenia wyrasta rewolucja, która jak podejrzewam, pojawi się też w kolejnych tomach przygód Laili Hencelrinki. Tu wrzenia brak - a przydałoby się, by zmiany społeczne i ewentualne obalenie wszechwładzy rodów i kościoła miało większą, wiarygodną podbudowę. Spisek ma zupełnie inny ciężar gatunkowy. Ten w Tremoriale dotyczy na razie jednej osoby, z którą zresztą nie potrafiłem się zbratać. Unia u Abercrombiego drży w posadach - o ile ciekawsze jest wyłapywanie fragmentów wielkiej intrygi, która może zmienić układ polityczny na świecie. Wreszcie romans, który u Skoczeń jest bezpardonowo pchany do przodu, a relacja budowana jest na znanych sztuczkach. Brakuje żywiołowości, nieprzewidywalności, uczuć - z ledwie sympatii wskakuje się do chcicy i seksu - bez pełnoprawnego pożądania, miłości, pragnienia. Jej już się chce, on nie odmówi - to tyle. W moim odczuciu uprzedmiotawiające i nie wynika to z działań czy charakterów postaci.
Gdyby ktoś zapytał mnie co w takim razie bym zmienił, to zacząłbym od wymiany dialogów i spostrzeżeń bohaterów. Mniej jasno eksponowanych myśli, więcej finezyjnych wskazówek pozwalających samodzielnie odkrywać zamiary Laili, Tanurila i całej reszty. Wyleciałby pompatyczny styl arystokratów. Za samo to ocena leci gwiazdkę w dół. Inaczej położyłbym akcenty w budowaniu świata - więcej poświęciłbym różnicom społecznym i samemu miastu, skoro to już zostało poruszone, mniej forsowałbym tematy religijne. Rozbudowałbym postacie poboczne. Możliwe, że wymagałoby to zwiększenia objętości książki, dodania paru przeszkód, które jednocześnie byłyby okazją do zaprezentowania określonych zachowań. A może przeciwnie - wyrzucił np. Lydię i Gawena czy wątek romantyczny. Najchętniej wróciłbym do rdzenia opowieści: młoda arystokratka zostaje ofiarą spisku mającego pozbawić ją życia, w wyniku wypadku trafia do niebezpiecznej okolicy i z pomocą przygodnie napotkanego złodzieja usiłuje wrócić do rodziny oraz dowiedzieć się kto na nią czyha. Od tego miejsca, krok po kroku, odtworzyłbym całą intrygę, dając więcej świata, więcej bohaterów, a mniej ciarek żenady.
Czy polecam? Nie. Czy żałuję? Nie, wiem już po prostu, że nie znajdę u autorki tego, czego szukam. Może nie jestem grupą docelową, może oczekuję od powieści czegoś zupełnie innego, ale mimo wszystko pojedyncze elementy całkiem się udały i żałuję, że całokształt poszedł w takim, a nie innym kierunku. Poza primionami i przemytem ludzi nie widzę tu nic świeżego. Bohaterowie częściej irytują niż pociągają, a dwa czy trzy dobre zwroty akcji w fabule to za mało, by opowieść była warta zainwestowanego czasu. Może kolejne tytuły będą lepsze - kiedyś nie wierzyłem w Gołkowskiego, a udało mu się wybić. Ale nie sądzę, bym kiedyś po nie sięgnął - wystarczy, mam co czytać.
This entire review has been hidden because of spoilers.
„W imię Boga” - Odpowiednik zupki instant literatury
„W imię Boga” Dominiki Skoczeń stałoby na honorowej półce między fanfikami pisanymi w gimnazjum a dolną półką Polskiej literatury fantasty. Jest to powieść, która nie tyle przeczytana, co przetrwana, zostawia po sobie ślad podobny do tego, jaki pozostawia kontakt z kiepsko przyrządzonym sushi – niesmak, mdłości i pytanie „co ja właśnie przeczytałem?”. Zamiast fascynujących, głębokich postaci czy wciągającej fabuły, dostajemy coś, co przypomina próbę wyciskania emocji z kawałka drewna. To raczej eksperyment literacki niż prawdziwa opowieść.'
Zderzenie Światów, Które Wydają Się Zbyt Dystopijne, by Były Wiarygodne
To miała być powieść, która eksploruje konflikt między klasami społecznymi, ale wyszło z tego coś, co bardziej przypomina szkolny projekt niż literacką głębię. Główna bohaterka, kobieta co różaniec odmania na grochu z dobrego domu, trafia do dzielnicy nędzy, co miało zapewne być zderzeniem dwóch światów. Ale w rzeczywistości autorka zaserwowała nam głównie pokaz sztucznych kontrastów. Zamiast ukazać prawdziwy konflikt, dostajemy dość płaski obrazek: bogaci żyją w iluzji swojej wyższości, pełni pogardy i egoizmu, a biedota to masa szukająca okruchów. To, co mogło być interesującą analizą społeczną, zostało sprowadzone do poziomu niemalże karykaturalnych schematów. Pojawiające się w książce napięcia między klasami społecznymi przypominają bardziej planszówkę, gdzie każda figura ma przypisaną rolę, którą odgrywa bez większego zgrzytu. Duża jest tu próba krytyki kapitalizmu ale zamiast trafnych spostrzeżeń dostajemy dramat rodem z Disneya brak tu próby nawet kurka próby bycia bardziej subtelnym czy bardziej analitycznym.
Niestety, brak tu jakiejkolwiek próby zniuansowania sytuacji. W świecie autorki każdy ma swój określony, sztywny status społeczny i nic poza tym. Biedni to tylko bezosobowe tłumy, a bogaci to wiecznie egoistyczni arystokraci, pełni wzgardy i odruchów wyższości. Brakuje przestrzeni na jakiekolwiek zmiany czy rozwój tych postaci. To wszystko wydaje się bardziej jak zapowiedź czegoś, co być może miało być rozwinięte w kolejnych tomach, ale na razie zostało tylko ledwie zaznaczone.
Zbliża się Wielkanoc a ja dostałem szare pisanki
Bohaterowie tej historii to istny dramat – sztampowi, przewidywalni i rozwijający się w sposób wymuszony. Główna para funkcjonuje według schematu "enemies to lovers" z subtelnością głodnego Ganca, a ich relacja od samego początku zmierza w jednym, oczywistym kierunku. Motywacje postaci są nieprzekonujące, a ich przemiany bardziej wynikają z potrzeby fabularnej niż naturalnego rozwoju.
Reszta obsady to gotowe archetypy, którym nie poświęcono wystarczająco uwagi, przez co wydają się płaskie i nijakie. Są jak NPC na sesji wyjęte z stereotypowego wyobrażenia słabego mistrza gry który oglądał critical role a nigdy nie prowadził i wrzucone do fabuły bez żadnego wysiłku w ich rozwinięcie. Niektóre znikają bez śladu, inne zachowują się w sposób niespójny. Nawet potencjalnie ciekawsze postaci giną w nijakości, bo dialogi są drewniane, a schematy potraktowane zbyt pobłażliwie. Całość sprawia wrażenie nie tyle historii o ludziach, co zestawu fabularnych marionetek realizujących narzucone im zadania.
Antuś chodźta i weno piwio wujasowi daj. JAK WUJAS ŚMIE SIĘ ZWARACAĆ DO MNIE
Dialogi w powieści są jednym z jej najsłabszych elementów – drętwe, udające teatralne i często nieadekwatne do postaci. Próba stylizacji języka na klasowo zróżnicowany nie wyszła – arystokracja mówi sztucznie i nadęcie, a biedota posługuje się karykaturalnie uproszczonym dialektem. Zamiast budować autentyczność, prowadzi to do groteski i odbiera postaciom wiarygodność.
Nie brakuje też sztucznie wplecionych ekspozycji, gdzie bohaterowie tłumaczą oczywiste fakty, jakby czytelnik nie był w stanie ich dostrzec samodzielnie. Infodumpy – od zbędnych retrospekcji po przydługie cytaty ze świętej księgi – tylko pogarszają odbiór, podobnie jak przesadzone opisy i wszechobecna egzaltacja.
Słabo napisane dialogi sprawiają, że emocje bohaterów nie wybrzmiewają – śmierć nie smuci, dramat nie angażuje, a patos staje się męczący. Tekst zamiast wciągać, odstrasza, bo zamiast autentycznych rozmów dostajemy teatralne deklamacje i nienaturalne monologi.
Fabuła jest tak rozbita, bohaterowie tak płascy, a styl tak... unikalny, że czas spędzony z tą książką można by lepiej wykorzystać, nw można było zrobić cokolwiek. 1.5/5
Czuję się trochę, jakbym przeżywał scenę z filmu Chłopaki nie płaczą, gdzie Bolec i Fred oglądają Śmierć w Wenecji i powtarzają sobie w kółko: „Spokojnie, zaraz się rozkręci”. Tylko że zamiast bohatera płynącego na łódce dostaję bohaterkę, która jedyne, co robi, to rozmyśla.
Moja przygoda z tą książką zaczęła się od premiery filmu autorki na YouTubie pt. Krytyka czy hejt? Czytam negatywne komentarze!, w którym przytaczane były mniej lub bardziej krytyczne uwagi czytelników. Byłem ciekaw, czy rzeczywiście jest coś na rzeczy, czy po prostu był to wysyp internetowych trolli. I mogę powiedzieć, że z większością tych negatywnych komentarzy muszę się zgodzić.
Jako że już wspomniałem o filmie, pozwolę sobie przytoczyć to, co powiedziała sama autorka – czyli że nie jest zwolenniczką fantastyki będącej „akcyjniakiem” osadzonym w magicznym świecie, gdzie nie ma miejsca, by opowiedzieć historię bohaterów czy też przedstawić dobrze świat. No, ogólnie to tak – stwierdzenie jak najbardziej prawdziwe – tylko że pani Skoczeń przypomina sobie o jakiejkolwiek akcji dopiero wtedy, gdy dobijemy do 80% powieści. Możecie powiedzieć: „Ale Pafeu, na pewno coś się działo wcześniej – nie bądź hejter”. No tak, racja – działy się dokładnie cztery sceny, których opis w porywach zajmował dwie strony. No to idąc w takim kierunku: tak, mamy aż nadto miejsca, by opowiedzieć coś więcej o świecie i bohaterach.
A jeżeli książka nie stoi akcją, to czym? Nooo, w sumie to niczym. Znaczy - nie wiem, jak traktować to, że to, co czytamy, to są przemyślenia bohaterki. Bo z mojej perspektywy to po prostu nic niewnosząca do fabuły garść zbędnych informacji, które początkowo jako tako zarysowują charakter naszej bohaterki, ale potem służą – moim zdaniem – jako pewnego rodzaju powtórzenie tego, co już wiemy. Czyli, w sumie, bezcelowe fragmenty z perspektywy historii.
Aaaa, i zapomniałem jeszcze dodać, że książka zawiera drugiego bohatera, który ma dwa zadania do spełnienia: służyć naszej głównej bohaterce jako jakiś przewodnik z Rainbow po dzielnicy biedy oraz być jej zupełnym przeciwieństwem pod każdym względem – żeby nasza protagonistka miała więcej powodów do rozmyślań. Nie pomaga również to, że całą książkę obserwujemy tylko z jednej perspektywy, co na dłuższą metę jest naprawdę męczące.
W imię Boga ma swój świat... który po prostu jest. Gdyby nie aspekt „magii”, to pomyślałbym, że to jakaś fikcyjna powieść historyczna osadzona w czasach renesansu. Wspomniałem również o aspekcie magii – i może bym coś więcej napisał, ale ewidentnie sama autorka o niej zapomniała. Przez te 80% książki, w których nic się nie działo, magia służyła jedynie jako niewydajne źródło światła czy tania suszarka do ubrań. Jest to po prostu nieciekawy aspekt, nad którym nie mam zamiaru się mocno rozwodzić.
Ale wspomnę odrobinę o słowie, które jest nadużywane: Nadczłowiek. Słowo to odnosi się do pewnej grupy ludzi, którzy są godni władać tą super magią, a cała reszta to zwyczajni „ludzie”, których trzeba zamykać w rezerwatach (nie żartuję – tak jest w książce). Nieważne, jak bym o tym nie pomyślał – to po prostu brzmi źle. Bardzo źle...
W ramach podsumowania przytoczę fragment z książki, a dokładnie z posłowia: „Wystarczy kilka słów o tym, co Wam się podobało (lub nie podobało). Dzięki Wam kolejni czytelnicy będą wiedzieć, czy warto sięgnąć po tę książkę, czy raczej powinni poszukać czegoś innego, bardziej odpowiadającego ich gustom. I bardzo dobrze. Nie każdemu wszystko się podoba i tak właśnie powinno być”.
Z tym mogę się w pełni zgodzić – nie każdemu musi się ta książka spodobać i na pewno należę do tej grupy. Czy sięgnę po kolejny tom? Raczej nie.
Egzemplarz zatwierdzony przez kościelny trybunał prawdy i wiary nr 476.
Zaskakująco dobry debiut literacki, który wciąga od pierwszego rozdziału. Może i jest to historia, którą doskonale znamy, bo pełnym garściami czerpie z powielanych w nieskończoność w fantastyce schematów, ale czyta się to niesamowicie i to jest dla mnie wartość dodana tej książki. Dominika Skoczeń naprawdę ma talent do snucia opowieści i sprawiania, by czytelnik był w nie zaangażowany od samego początku.
Laila jest dziedziczką najbogatszej rodziny w mieście, stoi na uprzywilejowanej pozycji, niczego jej nie brakuje i już niedługo ma wyjść za mąż. Narzeczony umiera jednak niemal w przeddzień ceremonii, a ona splotem nieprzewidzianych okoliczności trafia do poddanej kwarantannie dzielnicy nędzy, z której nie jest łatwo się wydostać. Życie w slumsach jest niebezpieczne nawet dla ich przeciętnego mieszkańca, a co dopiero dla bogatej wyznawczyni wiary, którą biedacy zdają się pogardzać. Jasne włosy, kosztowny strój i znaczący tatuaż na ręce tutaj nie będą już wyznacznikiem wysokiej pozycji społecznej, a tylko uczynią z niej obiekt polowania. Jak się jednak okaże nie wszyscy mieszkańcy najbiedniejszej dzielnicy są do cna zepsuci i bezduszni - na drodze Laili dość szybko pojawi się Tanuril, który stanie się dla niej przewodnikiem i pomocnikiem w przedostaniu się na drugą stronę rzeki.
Świat wykreowany przez autorkę jest barwny i żywy, tak samo jak bohaterowie, którym szczerze kibicowałam od samego początku. Historia wciąga i trzyma dobre tempo do samego końca. Zdarzył się może jeden moment przestoju, ale przyznaję, że mógł on wynikać bardziej z mojego podejścia do czytania w tamtej chwili, niż z faktycznych braków opowieści. Dla mnie dużo bardziej interesująca była pierwsza część książki, podobało mi się zderzenie Laili z nieznanym światem, a dzięki temu, że poznawała go od zera i musiała zmierzyć się z tym, że to, co jej o nim opowiadano, nie do końca pokrywa się z prawdą, również i my mogliśmy zobaczyć go w szerokiej perspektywie. Część druga, tocząca się w pozornie idealnym świecie bogaczy moim zdaniem była odrobinę mniej angażująca, ale rozgrywki na szczytach władzy i tak zawsze będą w jakimś stopniu ciekawe. Podobało mi się, w jaki sposób rozwijała się relacja między głównymi bohaterami i liczę na to, że powstanie drugi tom, bo już się nie mogę doczekać tego, w jaki sposób powróci na karty powieści Tanuril.
Uważam, że cały koncept świata jest świetny, choć dostaliśmy trochę za mało wyjaśnień. Po przeczytaniu książki nadal nie do końca rozumiem, czym tak właściwie są primiony, kim jest nadczłowiek w opozycji do człowieka i dlaczego Słudzy pokryci są wrzodami, a są to dość istotne kwestie, które cały czas mnie męczą. Trochę irytowało mnie też pomieszane nazewnictwo - rozumiem, że autorka chciała odróżnić mieszkańców dzielnicy biedoty od bogaczy, ale te imiona i nazwiska zupełnie ze sobą nie grają i brzmią, jakby były wyciągnięte z dwóch różnych języków. No i "Laila Hencelrinki" brzmi niemożliwie do wymówienia, jak żywcem wyciągnięte z jakiegoś generatora, ale nad tym pastwić się nie będę. Rzeczy, do których mam jakieś zarzuty to w większości drobiazgi, które można łatwo wyeliminować w następnym tomie - trochę więcej wyjaśnień, żebym nie czuła się jako czytelnik jak dziecko zagubione we mgle i wszystko będzie pięknie.
Kupowałam tę książkę bez żadnych oczekiwań, a okazała się zaskakująco dobrą lekturą, która niesamowicie wciągnęła mnie od pierwszego rozdziału, a to zdarza się rzadko. Z czystym sercem polecam.
Słowo wstępu Zacznijmy od tego, że książka nie była zła. Nie była też dobra, ale jej głównym mankamentem jest to, że przez większość czasu absolutnie nic się w niej nie dzieje. Od początku wiadomo do czego dążymy, a gdy tam wreszcie docieramy nie jest to koniec satysfakcjonujący, ani wynagradzający. Mamy zarysowany cel i całą książkę próbujemy do niego dotrzeć, ale jak się spojrzy na fabułę z szerszej perspektywy to można dojść do wniosku, że całość zasadza się na dwóch-trzech kluczowych momentach, a reszta to tylko wydmuszka. Fabuła opierająca się wyłącznie na różnicach dwóch osób z różnych sfer społecznych i kiepskim romansie to trochę za mało.
Słowo o świecie Światotwórstwo jest całkiem przyzwoite, lecz niestety jest to niewykorzystany potencjał. Dowiadujemy się trochę o magii, która szybko okazuje się bezużyteczna, religia okazuje się być podejrzanie znajoma, a konstrukcja społeczeństwa niczym nie zaskakuje. Największy zgrzyt widzę natomiast w nazwach czy to miejsc, czy to nazwisk postaci. Niektóre tak bardzo nie pasują do wykreowanego świata, że aż psują odbiór całości i przykładem jest niestety nazwisko głównej bohaterki. To bardzo subiektywne, ale dla mnie każde nazwisko, które było wymienione w powieści brzmiałoby lepiej jako nazwisko potężnego rodu niż Hencelrinki. Nie mogę jednak przejść do porządku dziennego nad określeniem osobną rasy jako nadludzi. Przywodzi to na myśl tak złe skojarzenia, szczególnie w połączeniu z tym, że zwykli ludzie w tej książce to wręcz synonim obrazy, najgorszej istoty, nikt nie chce być wzięty za człowieka. Był już w naszej historii pewien pan, który uważał się za nadczłowieka, a tych „zwykłych” zamykał w pewnych miejscach. I naprawdę to nie jest coś, co chciałabym widzieć w książkach. Nawet jeśli zostało to użyte nieświadomie, to betaczytelnicy, redakcja, czy ktokolwiek powinien zauważyć, że może to nie jest najlepszy sposób do podkreślania różnic rasowych, a określenie to pada tak często że czyta się to naprawdę źle. Zmienione zostały wszystkie frazeologizmy i związki wyrazowe, które zawierają słowo ludzie lub człowiek i zostały zamienione w naludzi. To już zbyt wiele i zbyt mocno męczy. Konstrukcja fabuły jest bardzo prosta i trzyma się w ryzach tylko dzięki przeróżnym splotom okoliczności i porządnej dawce farta. Czasem wręcz trudno zawiesić niewiarę, że wydarzenia mogłyby potoczyć się w taki sposób.
Słowo o bohaterach Nie poznajemy tu zbyt wielu bohaterów, większość z nich pojawia się tylko epizodycznie i można ich wziąć za aktorów odgrywających konkretne archetypy. Nie ma zbytniego zróżnicowania charakterów ani niejednoznacznych postaci. Każdy ma jakąś rolę do odegrania i odgrywa ją lepiej lub gorzej, a potem znika bez śladu. Nie pomaga też fakt, że aktorom nie napisano dobrych dialogów, więc przechodzą ze skrajności w skrajność i komunikują się albo półsłówkami, albo wykładem niczym z ambony.
Słowo o technikaliach Ta książka naprawdę bardzo cierpi na brak porządnej redakcji i korekty. Brakuje redakcji z prawdziwego zdarzenia, w której redaktor wyciągnąłby z tej książki to, co warto wyciągnąć. W trakcie czytania wprawne oko dostrzeże, które fragmenty mogłyby zostać wycięte i gdyby tak się stało zyskalibyśmy miejsce w pierwszym tomie na urozmaicenie fabuły. Nie samą Lailą człowiek żyje, inne perspektywy, czy też kompletnie inne wydarzenia byłyby tu tylko na plus, bo to, co dostaliśmy w pierwszym tomie nie jest przekonujące na tyle, by czekać na kolejny tom. Natomiast przeróżne literówki, błędy ortograficzne, czy stylistyczne potwierdzają, że zabrakło tu przynajmniej jednego dodatkowego przejrzenia tekstu przez korektę. Ze strony wydawnictwa to bardzo rozczarowujące, że za okładkową cenę 60 zł sprzedaje słabo zredagowany tekst pełen błędów wydrukowany na marnej jakości papierze. Za to z niewiadomego powodu wydany we większym formacie niż standardowa książka dzięki czemu font jest tak duży, że mimo wady wzroku spokojnie mogłam czytać bez okularów.
Słowo podsumowania Nie była to książka wybitnie zła, wbrew pozorom nie cierpiałam przy jej czytaniu, ale była niewiarygodnie wręcz nużąca. Widzę w niej pozytywy, ale znacznie więcej widzę niewykorzystanego potencjału i autorkę, która nie została dobrze poprowadzona przez redaktora. Z tego powodu mam ogromne poczucie straconego czasu, bo w zasadzie wychodzę z niczym. Nie polubiłam jakoś szczególnie żadnego z bohaterów, autorka nie zachęciła mnie do czytania kontynuacji, nie poznałam też świata, do którego chciałabym wrócić.
Słowo o ocenie Jedynki w moich ocenach są zarezerwowane dla naprawdę złych lub szkodliwych książek, ta taka nie jest. Rozumiem, że ktoś może szukać tego typu literatury i że może się ona podobać. Dla mnie była po prostu zbyt nudna i mimo, że dostaje ode mnie 2, to nie może się równać z takimi książkami jak Gdzie dawniej śpiewał ptak, czy Rozgwieżdżone niebo, które również dostały taką ocenę. Tamte książki także uznaję za niewykorzystany potencjał, ale światotwórstwo, pomysł i (czasami) bohaterowie stali na dużo wyższym poziomie. Uważam jednak, że 1 byłoby zbyt krzywdzące dla tej książki.
Autorka w posłowiu pisze, że bardzo by chciała aby podzielić się opinią na temat książki. Każda opinia jest ważna, nie ma nic złego jak coś się nam nie podoba, każdy ma swoje gusta. Wszystko fajnie. Szkoda, że autorka się do swoich rad nie stosuje i nagrywa film na Youtube, wyśmiewając nieprzychylne opinię. Tyle offtopu. Lecimy do książki o Laili Hencelrinki. Ruszamy w podróż powozem. Uważajcie, ponieważ cały czas trzeszczy od klisz rozsypanych przez autorkę, która jechała przed nami. 1. Bohaterka wpada do dzielnicy biedy? Ciekawe co się stanie? Oczywiście, że stamtąd wyjdzie. 2. Bohaterkę w dzielnicy biedy przygarnia przystojny chłopak. Oczywiście, że nie ważne co odwali główna bohaterka, on jej nigdy nie opuści 3. Moce działające tak jak tego fabuła potrzebuje. W kliszach nie ma nic złego, jeśli bohaterowie są ciekawi i chce im się kibicować. Tutaj bohaterowie są płascy jak karta papieru. Ich droga charakterologiczna to przesunięcie o 10 cm, czyli prawie nie zauważalna. Główna bohaterka jak jest wnerwiająca na początku tak ją pozostaję co jest kompletnie niewiarygodne w porównaniu do tego co doświadczyła w dzielnicy nędzy. Feliks W. Kres tego typu bohaterkę przedstawił o wiele wiele lepiej w drugim tomie Grombelrandzkiej Legendy. Obrońca naszej bohaterki dalej jest idealistycznym człowiekiem, nawet jeśli dostaję w twarz mokrą szmatą od głównej bohaterki w pewnym momencie fabuły. To może złole są jacyś fajni? Otóż mamy T-1000 z Temu i nawet nie znamy wytłumaczenia jego motywacji. Kompletne odklejenie od rzeczywistości mega bogatej bohaterki na początku jest ciekawą metaforą do obecnych czasów. Ciekawe czy to było zamierzone. No dobra. To może świat przedstawiony jest fajny? No niestety nie koniecznie. Jak sam koncept historii tego świata nie jest zły to już pewne rozwiązania fabularne są złe. Bohaterka trafia do dzielnicy nędzy, ale nie może się z niej wydostać bo kwarantanna, choroba się szerzy. Nikt nie chce wypuścić mieszkańców aby nie zarażali innych. Wszystko w porządku, tylko w książce nie ma w ogóle przedstawionej tej choroby, ludzi chorych itp. Jest to tanie wytłumaczenie dlaczego bohaterka jako wysoce postawiona osoba w społeczeństwie nie może się wydostać do domu od strzała. Ostatnia rzecz. Wykrzykniki!!!!!!! Wrzucane są kompletnie z czapy i momentach kiedy kompletnie to nie wynika z dialogu, nie ma kompletnie uzasadnia. Mistrzostwem są wykrzykniki kiedy bohaterowie mają być cicho lub np. Laila! - powiedział półgłosem (CO XD) Oby następna część była lepsza
Czuję się jakbym przeczytała ponad 1000 stron info dumpu. Akcja dzieje się na przestrzeni 2 tygodni, przez 2 tygodnie wydarzyło się tyle co nic, a kiedy W KOŃCU łaskawie dostajemy coś, co może wprowadzi jakieś minimalne napięcie książka się urywa. Ja rozumiem cliffhangery, ale gdybym nie planowała recenzji tej książki na YT od kilku miesięcy to rzuciłabym ją po pierwszym rozdziale (also rozdziały są baaaaardzo długie).
Ekonomia słowa nie ma tu prawa bytu, a korekta przepuściła lekką ręką nie tylko mój znienawidzony „dzień dzisiejszy”, ale też „dzień jutrzejszy”…
Autorka zniechęciła mnie do sięgania po przyszłe tytuły tym debiutem. Also, skoro mamy tu 4 wielkie rody, a małżeństwa nie mogą być mieszaniną klas społecznych to prędzej czy później, a przy tej liczbie chyba raczej prędzej ludzie dostaliby drugich Habsburgów xD
Laila Hencelrinki, należąca do najbardziej uprzywilejowanej kasty społecznej trafia do dzielnicy biedy, nędzy i upadku. Nie tylko pobyt w tym miejscu, ale i powody dla których się tam znalazła stanowią zagrożenie dla jej bezpieczeństwa i życia. Stereotypowa panna z dobrego domu, którą początkowo trudno darzyć sympatią, ale że jest bohaterką dynamiczną, to z czasem pojawiają się w niej zachowania i cechy charakteru godne pochwały. To samo dotyczy drugiej głównej postaci, która kim innym jest, a za kogo innego się przedstawia. Tanuril, mieszkaniec slumsów, staje się dla Laili nie tylko przyjacielem, ale przede wszystkim wsparciem w drodze powrotnej do domu.
Takich historii było już kilka, klisz i innych motywów wcześniej funkcjonujących w literaturze można by tu jeszcze się jakiś doszukać, ale nie o to chodzi. Ważniejsze jest co z tego wynika. I tu pojawia się kilka ciekawych wątków dotyczących społeczeństwa kastowego, eugeniki, roli religii w kształtowaniu relacji społecznych. Świat przedstawiony jest spójny, przemyślany i sprawiający wrażenie, że wszystko w nim ma swój sens i uzasadnienie, a im bliżej zakończenia tym mniej jest oczywistości a więcej zaskoczeń.
Gatunkowo to fantasy, science - fiction, ale mamy też elementy kryminału, romansu. Biorąc pod uwagę, że jest to debiut literacki rozumiem, że wiele rzeczy, pomysłów chce się pokazać, ale z drugiej strony ma to być początek serii, więc to co może się wydawać zbyt pobieżne, ogólne zostanie rozwinięte w kolejnych częściach.
Jest potencjał na kolejne tomy. Niestety ta część była dosyć nudna, w szczególności druga połowa. Jest to debiut, więc trochę obawiałam się stylu, ale nie było źle. Planuję kontynuować serię.
Całkiem ciekawa fabuła, wątek romantasy - delikatny, bardziej stanowiący tło niż grający pierwsze skrzypce no i przede wszystkim całkiem fajne poczucie humoru.
Oczywiście czekam na drugi tom, koniecznie chcę zobaczyć co dalej i dlaczego Laila została obdarzona akurat taką a nie inną mocą.
Podobało mi się to, jak obserwowaliśmy metamorfozę głównej bohaterki.
Z pewnej siebie, wysoko urodzonej i rozpieszczonej dziedziczki rodu i fortuny w coraz bardziej otwierającą oczy i potrafiącą docenić drobnostki kobietę.
Chociaż trzeba przyznać, że momentami Laila była tak naiwna, że to wręcz śmieszne no ale albo taka jest ta dziewczyna (tacy ludzie istnieją, serio!) albo trzeba zrzucić to na karb debiutu.
Skoro już wspomniałam o tym, że ta książka to debiut, to muszę przyznać, że udany. Z przyjemnością spędziłam wieczory przy tej lekturze i czytało się także miło.
Sam początek tylko czytałam wolniej, musiałam się przyzwyczaić do dziwnych imion, nazwisk, miejsc ale jak przez to przebrnęłam to dalej już płynęłam z nurtem.
Nasza bohaterka upada (całkiem dosłownie) na samo dno drabiny społecznej, zdawałoby się, przypadkiem.
Tam znajduje ją tajemniczy mężczyzna, który postanawia jej pomóc.
Czy Laila poradzi sobie bez wygód, do jakich przywykła? Kto czyha na jej życie?
Warto docenić, że tutaj nie mamy do czynienia z ogromną ilością rodzajów, ras czy światów. Całość jest spójna, są ludzie obdarzeni mocą primionów, czyli tzw. nadludzie oraz zwykli ludzie, którzy tej mocy nie mają. No i coś pomiędzy, czyli mieszańcy ale ich także zaliczamy do nadludzi aczkolwiek lądują w biedniejszych dzielnicach a ludzie są kumulowani w rezerwatach niczym dzikie zwierzęta.
I jak to w życiu bywa, rządzą bogaci oraz kościół, w sumie wiadomo kto rządzi naprawdę.
Autorka wykreowała fantastyczny świat, w którym można się doszukać naprawdę wiele z naszego świata współczesnego. Postacie są charakterne, mają swoje zdanie i są "jakieś", nie są płaskie i sztuczne, co to to nie.
Można bohaterów polubić, podziwiać, nienawidzić. Z pewnością nie da się o nich zapomnieć.
W imię Lisioła . Śluby... Czemu zawsze przypominają zaawansowane operacje wojskowe, chociaż teoretycznie są organizowane ku radości państwa młodych, a idąca do ołtarza para wygląda jak dwa wysuszone trupy z uśmiechem wybitym młotkiem. Nie inaczej jest tym razem. Lisioł poznał Laile z książki „W imię Boga” autorstwa Dominiki Skoczeń pośród wież słodyczy. W jednej z nich zagnieździł się Lisioł, pożerając podstawę swojego lokum z dodatkiem wina. Oczywiście nie zamierzał słuchać co matka Lailii akurat ustala. Jak wiadomo, bogate rody mówią bardzo dużo i jeszcze więcej chcą. Tym razem jednak ślub nie przebiegnie zgodnie z planem, gdyż pan młody postanowił być umierający – Lisioł doskonale go rozumie i popiera! . Lailii jednak mocno odczuła zmianę sytuacji. Zrobiła się smętna, wręcz nieobecna, dlatego Lisioł postanowił ją nieco obudzić. Jednym silnym pchnięciem zrzucił dziewczynę z mostu do wody. To powinno pomóc *zamruczał Lisioł* będzie miała przygodę życia! I rzeczywiście bogata dziewczyna ląduje w swoich wymuskanych falbankach w dzielnicy biedy, nie mając przy sobie nawet jednej monety. To dopiero rozrywka! Laila ma jednak więcej szczęścia niż rozumu – odnajduje ją facet z ciętym językiem oraz złotym sercem – no, srebrnym, Pan Aave Tanuril. Przed tym biedakiem – w podwójnym tego słowa znaczeniu – staje nie lada wyzwanie: opieka nad panienką z bogatego domu połączona z próbą odesłania jej do jedwabnego łóżka – oczywiście za odpowiednią garść monet. Tutaj zaczyna się coś dla miłośników romansów. Dwoje ludzi w jednej izbie, łamiących się chlebem, w jednym dymie z piecyka i tylko jednym Lisiołem do towarzystwa. Z tego musi coś być! . Poza klasyczną fabułą o osobach z dwóch różnych światów autorka zadbała też o świat, w którym sporo boskości i sług pańskich o specjalnych zdolnościach. Bywa to strasznie irytujące, gdy zwłoki w kółko powstają na nowo *mruknął Lisioł, odrzucając zakrwawiony nóż*. W dodatku Laila pomimo faktu, że jest nadczłowiekiem, postanowiła przygotować dla czytelników niespodziankę i zrobić level up, więc jeśli chcecie się dokładnie dowiedzieć, co to znaczy to czas zacząć czytać lisi patronat bo warto.
Bardzo przyjemna książka. Dosyć oryginalna i na pewno wciągająca! Mam tyle pytań, że już się niecierpliwię, kiedy dostaniemy 2 tom. Byłam pewna, że historia pójdzie w trochę innym kierunku i nie jestem pewna co myślę o głównej bohaterce jeszcze. Ciężko mi było ją zrozumieć, a szczególnie jej głęboką wiarę, bo sama jestem ateistką, ale bardzo było interesujące zagłębić się w narrację osoby tak mocno wierzącej. Początkowo mnie irytowała i bardzo nie zgadzałam się z jej wyborami, ale im dalej w historii tym lepiej z tym było. Za to Tanurila wielbiam. Skradł moje serce w 100%. No świetna postać, a ich relacja z Lailą wielokrotnie sprawiała, że się uśmiechałam i parskałam śmiechem. Jeżeli tego bohatera nie czeka happy end to będę bardzo zła... Świat został wykreowany dobrze, nie miałam żadnego problemu żeby wyobrazić sobie to, o czym czytałam. Jedyne czego mi brakuje to trzeche więcej informacji ludziach i miejscu, w którym żyją, ale to chyba nadrobi kolejny tom. Historia ma ogromny potencjał I pierwszy tom zostawił mnie z naprawdę wieloma pytaniami. Czekam na kontynuację!
Naprawde fajna ksiazka. Fakt faktem troche nierowna bo druga czesc znacznie bardziej interesujaca. Nie mniej jednak polecam i czekam z niecierpliwoscia na dalszy ciag.
Bardzo dobrze napisana ksiazka, wartka fabula, naprawde chce sie czytac...-1 gwiazdka za powtarzalnosc...szczegolnie koncowka za bardzo mi przypomina Trudi Canavan (co tez moze byc komplementem :)