To mogłoby być kolejne zwyczajne lato nad polskim morzem, gdyby nie Hotel Bursztyn.
Leo prawie nie sypia. Leo nigdy nie płacze. Leo ciągle kłamie.
Odkąd jej mama zapadła w śpiączkę, szesnastolatka jest pod opieką starszego brata Roberta – jedynej osoby, którą jeszcze darzy sympatią i zaufaniem. Jako dzieci często spędzali rodzinne wakacje nad morzem, gdzie długie godziny na plaży dzielili z Filipem, zaprzyjaźnionym synem właścicieli Hotelu Bursztyn. Pewnego lata wyjazdy w tamte strony po prostu się skończyły. Bez wyraźnego powodu.
Dziesięć lat później Bursztyn i Filip znów pojawiają się w ich życiu. Tym razem rodzeństwo podejmuje letni staż w hotelu, w którym wszystko odbiega od normy. Goście zaczynają zachowywać się dziwnie, relacje między nastolatkami gęstnieją z dnia na dzień, a Bałtyk zdaje się wyrzucać na brzeg wszystkie zatopione przez lata tajemnice.
Leo wreszcie będzie musiała zmierzyć się z tym, co próbowała całe życie od siebie odsuwać – z prawdą.
Wakacje pod morzem to kolejna powieść Marty Bijan, która nie daje się sklasyfikować do jednego konkretnego gatunku. Sielankowość plaży i leniwego lata przeplata się z grozą, a miłość i nienawiść mają jedno imię.
Krwiożercza winda, która przyjeżdża tylko wtedy, gdy jesteś pijany🤪🤪🤪
Chyba powinienem był już to wiedzieć… Początek był świetny, fajne budowanie napięcia, delikatne porcjowanie co się będzie działo. potem?….
Absurd, abstrakcja, brak logiki.
Dlatego też napisałem w jednym update, że to fantastyka. Gdybym miał ją porównać do jakiejś innej historii to powiedziałbym o Koralinie (tylko wiecie… w moim przypadku to niestety nie jest komplement, bo zupełnie mi się ona nie podobała).
Najgorsze było wyjaśnienie tego wszystkiego… Nagle dostaliśmy całą historię przeszłości podaną na tacy. Dosłownie coś w stylu bohater staje przed lustrem i przez wiele stron opowiada co się wydarzyło. Ja niestety nie kupuję takich rozwiązań. Było to banalne i zupełnie nieodkrywcze.
Nie potrafię się bać absurdów, potrzebuję logiki, realnego zagrożenia. Gdy świat daje mi coś takiego, nie umiem traktować go poważnie.
Co nie zmienia faktu, że nie przestanę czytać książek Marty. W głowie zawsze będę miał Muchomory i Domy i inne duchy, które były świetne.
3,5⭐️ Myślę, ze autorka próbowała w poprzednich książkach zrobić coś, co udało jej się dopiero tutaj. Ta książka ma trochę problemów, ale jak Marta Bijan w końcu się odpala, to nie ma co zbierać. Do trzech razy sztuka. Naprawdę mi się podobało. Recenzja: https://www.youtube.com/watch?v=wqgmQ...
Trochę podobny problem co w Muchomorach w cukrze - przez 3/4 książki nic się nie dzieje, a potem autorka zalewa nas serią wydarzeń i informacji, by zakończenie było jak najbardziej szokujące.
czy kogoś to jeszcze dziwi? (ja przykładowo nie wiem co się właśnie stało)
reread update: teraz już wiem wszystko, więc jeśli ktoś nie zrozumiał to oto przybywam (jeśli ktoś jest fanem filmu „To my” Jordana Peela koniecznie przeczytajcie)
No niestety spadek jakości imo Opowiem bardzo skrótowo, bo jest późno, a chciałabym to przemyśleć i opowiedzieć więcej w podcaście („bardzo kulturalny podcast” zapraszam!!)
🌊 nie mogłam znieść głównej bohaterki, na przestrzeni powieści nie przechodzi absolutnie żadnej przemiany (a był potencjał). Jest niemiła, cyniczna, nie widzi świata poza własnym nosem. Wiem, że dużo niemiłych rzeczy jej się zdarzyło ale to nie zmienia faktu, że jako narratorka jest nie do zniesienia. 🌊 powtarzanie tych samych rzeczy do👏po👏rzy👏gu👏. Zrozumiałam za pierwszym razem, BOHATERKA NIE PŁACZE, nie trzeba mi tego powtarzać co pięć stron. Poza tym tutaj jest pewna niekonsekwencja; raz jest to przedstawiane tak jakby laska była fizycznie niezdolna do płakania (jakiś wynik traumy?? Ok, I’m here for it), ale później wychodzi na to że ona po prostu nie chce wyjść na beksę i pod żadnym pozorem nie chce okazać emocji. Wiem, że są tacy ludzie, ale po pierwsze - niekonsekwencja, po drugie - to jest doprowadzone do takiego absurdu, że oczy mnie bolały od przewracania nimi. 🌊 Zasady, na których oparty jest świat nie mają sensu. Nie chcę spojlować, więc powiem tyle, że pod koniec kiedy ✨rzeczy stają się prawdziwe✨ mamy do czynienia z dużym segmentem ekspozycyjnym, gdzie objaśniane nam jest funkcjonowanie świata. To się tak bardzo kupy nie trzyma! Mam wrażenie, że jest tutaj masa dziur fabularnych i niedopowiedzeń. Tylko że to nie są takie niedopowiedzenia, że czytelnik jest zaintrygowany i fajnie że jakaś tajemnica pozostała. To są te niedopowiedzenia, które sprawiają, że rzeczy przestają mieć sens. Uncool. 🌊Rozwiązanie akcji zawiązywanej przez całą książkę trwa 20 stron. Mam wrażenie, że to samo pojawiło się w Muchomorach w cukrze i staje się pewnym schematem u autorki. Tak jakby bardziej była zainteresowana budowaniem vibe’u niż fabuły’ albo jakby nie było pomysłu na jej rozwiązanie. 🌊 jest tutaj kilka postaci, których sens istnienia należy zakwestionować. PO CO BYŁA ZOSIA. ZOSIA NIC NIE ZROBIŁA. PO CO MI ZOSIA. (Asi też mogłoby nie być, jest niepotrzebna fabule, nic ciekawego nie wnosi i jedyny kluczowy element z nią związany mógłby należeć do każdego innego bohatera tej książki) 🌊przez większość czasu książka jest po prostu nudna. Nie jest długa ale większa objętościowo niż takie Muchomory w cukrze, na których korzyść działało to, że można ją przeczytać w jeden wieczór. Tutaj fabuła się ciągnie niemiłosiernie, a przez to, że główna bohaterka, a jednocześnie narratorka, jest według mnie nie do wytrzymania, momentami czytało mi się tą książkę ciężko (a jest napisana fajnym, prostym językiem). Czytamy sobie o tym, że Leo kogoś nie lubi, że Filip jest straszny, że ONA NIGDY NIE PŁACZE i czasami wydarzy się coś ciekawego w hotelu, z tym że główną akcja rozpoczyna się mniej więcej w “trzecim akcie”, gdzie powinniśmy już obmyślać plan rozwiązania akcji itd
Oj dużo bym jeszcze mogła napisać ale późno jest lol w każdym razie no mi absolutnie nie przypadła do gustu i zdecydowanie lepiej będę wspominać muchomory w cukrze
4.75/5 Marta bijan did again🪼🌊🪩 Klimat tej książki był dla mnie ogromnie nostalgiczny, przez co czułam, że jest mi ogromnie bliska.
Uważam, że fabularnie ta książka odniosła duży progres względem poprzednich książek. Wydarzenia, które na początku miały sygnalizować nam, że coś jest nie tak, łączyły się logicznie z wyjaśnieniem całej zagadki.
Bardzo niepokojąca, zwroty akcji wbiły mnie w fotel. Z tej książki po prostu wylewa się uczucie piasku pod stopami (jestem naczelną hejterką piasku) i słonej bryzy
Piosenki marty ,,pod morzem” i ,,lato smakuje” teraz uderzają inaczej
i’m so sorry, ale naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć zachwytów nad tą książką🫥 po pierwsze - przez 70% czasu (tak, patrzyłam na procenty na czytniku) nie działo się dosłownie NIC, zwykłe opisy co nasi bohaterowie robili w ciągu dnia, które nie wnosiły zupełnie niczego do fabuły po drugie - styl pisania, który totalnie nie pasuje do tego typu książki, czasami te pompatycznie brzmiące opisy po prostu wybrzmiewały wręcz śmiesznie po trzecie - paranormalne elementy, że tak to ujmę niezbyt mnie satysfakcjonują, niby pomysł sam w sobie był okej, ale brakowało mi jakiegoś rozwinięcia w tym wszystkim, mam wrażenie, że całe to wyjaśnienie z końca tej historii nie trzyma się kupy a po czwarte - tak bardzo irytujący bohaterowie (a w szczególności główna bohaterka), że po prostu nie chcesz przebywać w ich towarzystwie ani minuty dłużej (możliwe, że taki był zamysł, ale ewidentnie coś tu nie gra) podsumowując: książki tej autorki chyba nie są dla mnie, to moje trzecie podejście, a jak na razie tylko muchomory w cukrze były w porządku
Szczerze? Nawet nie mam pojęcia, co tutaj napisać. Odnoszę wrażenie, że nieważne, ile pozytywnych słów bym nie użyła i tak nie będę w stanie w pełni wyrazić mojego zachwytu. Jak wiecie lub nie, ponad rok temu zakochałam się w „Muchomorach w cukrze”, a następnie nieco rozczarowałam „Nocnymi godzinami”. Byłam ciekawa, czy ta książka sprawi, że pokocham twórczość Marty jeszcze bardziej, czy będę zawiedziona i uznam, że „Muchomory…” były jednorazowym strzałem w 10. Jak możecie się domyślać ani trochę się nie zawiodłam. Książkę pochłonęłam dosłownie na dwa razy i nie umiałam się od niej oderwać. Osobliwy, a równocześnie znany klimat sprawił, że czytałam ją jakbym była w jakimś transie. Śniła na jawie. W dodatku wykreowanie bohaterów było wręcz perfekcyjne i wierzyłam w (prawie) każde ich słowo i w to, co nimi kierowało. Pokochałam zarówno pierwszą, bardziej obyczajową część, w której Bijan opisuje Hotel Bursztyn, Bałtyk i daje nam okazję do lepszego zapoznania się z bohaterami. Jak i drugą, która zalicza się już do horroru. Znowu nasza czujność zostaje uśpiona, żeby zaskoczyć nas w odpowiednim momencie i zadziwić opisami scen przez które miałam ciarki. Widać też, że autorka wzięła sobie do serca uwagi czytelników, dotyczące jej poprzednich tytułów. Tempo akcji było w punkt, dynamiczne w odpowiednich momentach. Rozkład wydarzeń też działał na plus (nie tak jak w przypadku „Muchomorów…”). Wydaje mi się, że również warsztat Marty się poprawił i „Wakacje…” uznałabym za jej najlepiej napisaną książkę. Naprawdę jestem pod wrażeniem i obawiam się, że podobała mi się nawet bardziej od „Muchomorów w cukrze” i stanie się moim ulubieńcem spod ręki Marty. Also czytanie tej książki nad Bałtykiem to było nieco inne doświadczenie (polecam). I nawiązania do „Marmuru” Taco🔛🔝i na koniec moja petycja o to, żeby w następnej książce była Cafe Belga, ale to nawet nie ona🫠
Czuję potrzebę napisania dłuższej wypowiedzi XD Przede wszystkim widać OGROMNY progres w stylu Marty. "Muchomory w cukrze" całkiem mi się spodobały, choć końcówka była nieco irracjonalna, na "Nocnych godzinach" się zawiodłam, a "Wakacje pod morzem"... Choć nie mogę powiedzieć, że jestem zachwycona, to na pewno jest najlepsza z dotychczasowych książek Marty. Przede wszystkim spodobał mi się duszny klimat popeerelowskiego hotelu nad Bałtykiem, który jest idealnie odwzorowany. Moim zdaniem to świetne miejsce akcji dla horroru XD Aż sama zapragnęłam pojechać nad nasze polskie morze, zatrzymać się w jakimś tandetnym hotelu i dać się porwać tej atmosferze. Czuć od początku, że "Wakacje pod morzem" to powieść grozy: już od przyjazdu bohaterów do Bursztynu czytelnik czuje, że coś wisi w powietrzu, zagęszcza atmosferę, sprawia, że nie jest się do końca spokojnym podczas czytania. To właśnie ten wszechobecny niepokojący klimat jest największym atutem książki. Reszta oczywiście również jest świetna, ale mam kilka drobnych uwag. Jak to w książkach Marty zazwyczaj bywa, cała akcja odbywa się na ostatnich 100 stronach. 3/4 powieści z pozoru jest nudne jak flaki z olejem, ale myślę, że to celowy zabieg pozwalający czytelnikowi wczuć się w historię i faktycznie poczuć, że całość powoli zmierza do wielkiego finału. Ode mnie "Wakacje pod morzem" dostają 4 gwiazdki i mam nadzieję, że z kolejnymi książkami twórczość Marty będzie coraz lepsza ;))
Jestem w szoku, bo zazwyczaj morskie klimaty mi nie siadają, ale tutaj patrzyłam na to wszystko z nostalgią do lat 2000 i mej pierwszej podróży nad Bałtyk. Te zapachy smażonych ryb, tekstura piasku pod stopami, zapach morskiej bryzy - pięknie ten klimat oddała autorka.
Co najważniejsze - dialogi! Tutaj one wreszcie ożyły, były mega intuicyjne, naturalne, takie swobodne i dynamiczne.
Scena z windą👀 LOL, ale te dobre LOL 🙈 wątek z Januszem - jeszcze większe LOL, ale już nie tak dobre, jak z windą😅
Właśnie czegoś takiego potrzebowałam. Końcówka trochę pospieszona, nie chcę mówić, że nielogiczna przez rozwiązania po jakie sięgnęła Marta, bo właśnie o to w tym chodziło, miało być krejza i ja to szanuję, jednak trochę już na wariata jakby ta końcówka napisana.
Pomysł naprawdę ciekawy, serio!
Każda z książek Marty jest dla mnie inna i dostrzegam w nich coś zupełnie innego.
I myślę, że na lato, będę bardziej polecać „Wakacje pod morzem”, niż „Muchomory…” (choć one naprawdę zapadły mi w serducho). No kochani, rozrywka zacna 🤌🏻
Miłość do soli? Piąteczka Leo🙊 i czy tylko ja płakałam na podziękowaniach?😅
Chciałam, żeby ta książka mi się spodobała, ale niestety jest to ogromny zawód…
1. Bohaterowie są niesamowicie irytujący, momentami miałam tak dość Leo, że odechciewało mi się czytać 2. Jest za dużo zbędnych opisów, połowa książki opiera się na sprzątaniu pokoi, jedzeniu itp 3. Większość pobocznych bohaterów moim zdaniem mogłaby nie istnieć, niektórych nawet nie rozpoznawałam, bo nie mieli większego znaczenia w fabule, a na koniec zniknęli i nigdy nie zostali wspomniani 4. Książka w ogóle nie ma mrocznego klimatu, przez większość czasu się nudziłam 5. Zakończenie jest w ogóle nie logiczne, lubię być wryta w fotel przy czytaniu końcówki książki, ale lubię też jeśli wszystko się łączy i ma sens, tutaj absurd gonił absurd
Wciąż dziwnie i niepokojąco jednak, jak na mój gust, gdzieś na równi z Nocnymi Godzinami i ZNACZNIE LEPIEJ niż w Muchomorach w cukrze – chociaż wciąż czuć, że to ta sama autorka, ten sam klimat, tan sam vibe (i zaczynam się obawiać, co by wszystkie powieści Marty Bijan nie szły w stronę "żyćko żyćko, plot twist, jednak paranormalne moce istnieją, koniec". Końcówka trochę za szybko, ale naprawdę się wciągnęłam i pochłonęłam w 2 dni. Takie Lśnienie + Dom Sióstr Marnotrawnych aesthetic
"Chronił mnie od samego początku, chociaż nie znał prawdy.
Mój kochany brat.
Siedział teraz przy mnie na łóżku i patrzył mi prosto w oczy, a ja nie miałam dokąd uciec." Kolejne lato. Mama Leo i Roberta jest w śpiączce. To właśnie starszy brat trzyma piecze nad młodszą siostrą. Kiedyś spędzali wakacje nad morzem, w hotelu Bursztyn, gdzie całe dnie spędzali z Filipem, synem właścicieli hotelu. Ale pewnego dnia nagle wszystko się skończyło. Bez powodu Filip i jego rodzice zerwali z nimi kontakt. A teraz po dekadzie rodzeństwo ma odbyć tam staż. To będzie szansa na odnowienie starych przyjaźni, a tajemnice, które były zatopione pod morzem, zaczynają z dnia na dzień wypływać. Czy Leo zdoła zmierzyć się z prawdą, choć do tej pory kłamała, płakała i nie mogła spać... A lato nad Bałtykiem, może nie być tylko sielanką.... "Pusty korytarz wyglądał normalnie, ale czułam, że nic nie jest tu takie, jak powinno. Już wiedziałam, że nie jestem na swoim piętrze.
W takim razie gdzie…?
Wzięłam jeszcze kilka głębokich wdechów i szybkim krokiem ruszyłam w stronę pokoju 307.
W środku musiała panować ciemność, bo na wykładzinę w korytarzu nie sączyła się smuga światła.
Chciałam mieć za sobą to, co na mnie czekało.
Bo czułam, że czeka na mnie coś, co zmieni moje życie na zawsze, rozerwie na strzępy dotychczasowe pojmowanie świata.
Ktoś.
Stanęłam w drzwiach pokoju z zamkniętymi oczami. Zaciskałam powieki tak mocno, jakby od tego zależało moje życie. W tej chwili mogłam się jeszcze wycofać, zrobić w tył zwrot i pobiec do wind, uniknąć tego wszystkiego.
Udawać, że nigdy tu nie byłam, spakować się w pośpiechu i wyjechać, zanim ogarnie mnie szaleństwo.
Nie uciekłam.
Zamiast tego otworzyłam oczy.
To, co zobaczyłam, sprawiło, że osunęłam się na ziemię." W zasadzie to wszystko, co mogę wam powiedzieć odnośnie fabuły. I nic więcej. Wczoraj do mnie przyszła i wczoraj przeczytałam w jeden wieczór. Skończyłam czytać około północy i byłam tak nakręcona, że nie mogłam zasnąć. Więc nic dziwnego, że dzisiaj wstałam w południe. Leokadia to dziewczyna, która kłamie i nie jest miła zasadzie od początku całej historii. Rozumiałam to, bo przechodzi w swoim życiu trudne chwile, ale nie oznacza, że to popieram. W trakcie lektury z to nią zżyłam się najbardziej. Naprawdę czułam się jakbym była trzecioplanową bohaterką, która każdego dnia występuję w tej cudownej, mrocznej historii. Marta Bijan z każdą stroną budowała napięcie i dopiero później dała nam niezły rollercoaster emocjonalny. Kiedy byłam jakoś w drugiej połowie historii, zaczęła się dopiero prawdziwa jazda bez trzymanki. Muszę przyznać, że jakoś na samym początku nie odczuwałam za bardzo całego tego dreszczyku emocji. Natomiast z czasem zaczęłam go coraz bardziej odczuwać w tym nadmorskim hotelu, w którym działy się rzeczy, których raczej nie można spotkać w "zwykłym wakacyjnym kurorcie". Ponieważ goście, tutaj z pewnością nie należą do normalnych, wręcz irracjonalnych. A wieczorem albo w środku nocy atmosfera jest bardzo gęsta. Jak balon, który jest pełen napięcia. A kiedy zaczną się w nim robić małe dziurki, aż w końcu będzie pękał.... Powiem wam, że wtedy odczuwałam dwa razy więcej wszystko to, co dała nam autorka. A dała genialny bałtycki klimat z dodatkami takimi jak: strach i atmosferę grozy z dokładką mroku. Spokojnie nie było tak, że miałam koszmary. "Wakacje Pod Morzem" uważam, za genialny i świetnie rozpisany i poprowadzony horror młodzieżowy. Czułam się jak w jakimś horrorze dla młodzieży. I teraz tak na serio to fajnie by było, żeby serial został wyprodukowany i zekranizowany przez Netflixa. Tak jak Nocne Godziny.
Twórczość Marty Bijan towarzyszy mi już od dłuższego czasu. Cenię sobie jej przenikliwość, nastrojowość i osobliwość, której brakuje na polskim rynku wydawniczym. Tym bardziej miło mi, że moje logo mogło znaleźć się na okładce „Wakacji pod morzem”, a ja mogę wspierać tę książkę medialnie. „Wakacje pod morzem” to książka, podczas której bardziej od zapachu morza podczas lektury, czuje się przeszywający niepokój. Gęsta, duszna książka, która zabiera czytelnika nie tylko w morskie głębiny czy w podróż po tajemniczym hotelu, ale także ukazuje wiele zakamarków portretów psychologicznych bohaterów. Wielowarstwowa, skupiająca się nie tylko na wewnętrznych przeżyciach, a przede wszystkim relacjach, które w szczególny sposób są tutaj rozbudowane. Choć jest to powieść young adult, błyskotliwy język podkreśla jak wszechstronną pisarką jest Marta Bijan i jak bardzo potrafi działać na wyobraźnię, a przy tym literacko zachwycać odbiorcę. Jest to jeden z najlepszych horrorów młodzieżowych, jakie miałam okazję czytać, i mam nadzieję, że nie ostatni pióra tej autorki.
#wakacjepodmorzem czyli młodzieżowy horror i kolejna książka spod pióra @marta_bijan w której się zakochałam, przeżywałam całą sobą i którą objęłam patronatem medialnym, z czego nie mogłabym być szczęśliwsza 🌊 to zawsze dla mnie ogromne wyróżnienie, a dla Was znak, że polecam książkę całym serduchem.
Dlaczego ona? Już Wam mówię.
To mogło być kolejne, zwyczajne lato nad polskim morzem. Gdyby nie hotel. Bursztyn.
Leo jako dziecko, często spędzała wakacje nad morzem ze swoją rodziną i zaprzyjaźnionym chłopakiem Filipem, który jest synem właścicieli nadmorskiego hotelu, Bursztyn. Jednak x lat temu przyszło lato, gdy to wszystko nagle się skończyło. A dziewczynka ze swoim starszym bratem Robertem, nigdy nie odkryli dlaczego. Lata później, gdy mama rodzeństwa leży w śpiączce, brat Leo decyduje się zgodzić na staż we wcześniej wspomnianym hotelu i zabiera ją ze sobą. Jednak już po przekroczeniu progu tego miejsca, nic nie wydaje się być w porządku. Niedziałająca lewa winda. Dziwni goście. A wraz z każdą kolejną porcją soli na języku, Bałtyk zdaje się wyrzucać na brzeg coraz więcej tajemnic…
Co się okaże? Dlaczego nagle po tylu latach coś ich ponownie przyciągnęło do tego miejsca? I jak to wpłynie na ich życie? Jedyne co Wam powiem, to że b a r d z o.
Czasem prawda może okazać się nie do przełknięcia, a dno, jeszcze głębsze i ciemniejsze.
Jak ja to przeżywała!!! Czytając pierwszy raz tę książkę, od sceny z mewą już wiedziałam, że reszta tak łatwo mnie zmiecie jak morze piasek, a Marta ponownie zawładnie moim rytmem serca.
Nie zróbcie sobie tego co ja i nie czytajcie końcówki pierwszy raz siedząc sami, po ciemku, gdzieś na ławce. Poczułam się jak mała dziewczynka, która obejrzała horror i boi się po nim spojrzeć przez ramię. I nie chodzi tu o potwory - (a może?), ale klimat, jaki został tu stworzony. Coś niesamowitego.
Jeszcze raz dziękuję, że moje logo może zdobić tak dobrą książkę. A to wydanie? Czy Wy widzieliście te brzegi? Arcydzieło.
Mewa. Sól. Janusz. Lewa winda. … Mogę wymieniać dalej, ale sami musicie przepłynąć przez tę historię. Albo się w niej utopić. 🌊
Współpraca matronacka z @wydawnictwoyoung dziękuję!
Po okrutnie ciężkostrawnych "Muchomorach..." i nieco lepszych (przynajmniej gdy idzie o zaangażowanie), choć nadal odklejonych "Nocnych godzinach", nadmorskie klimaty miały zweryfikować mój ostateczny stosunek do twórczości Marty Bijan. Czytać, nie czytać? Cóż, chyba będę musiała połakomić się w przyszłości na kolejny tytuł, bo wciąż nie znam odpowiedzi na to pytanie xD Nie mam sił po raz kolejny rozwodzić się nad tym, jak strasznie irytują mnie wyolbrzymione, czasem do granic możliwości przerysowane reakcje bohaterów (w audiobookach wybrzmiewa mi to szczególnie mocno). Nie będę też uskarżać się na iście "bijanową" konstrukcję, w której to przez 90% czasu antenowego dzieje się nic i trochę, by na ostatnich 50 stronach czytelnik zadryfował na oderwany od rzeczywistości przestwór oceanu. Dziwnie stwierdzić to przed samą sobą, ale... chyba przywykłam xD Minęło już trochę czasu, odkąd skończyłam lekturę (poszło szybko i sprawnie, zawsze to jakiś plus), a nadal nie rozumiem, dlaczego niemal z automatu zaszufladkowałam ją jako zwyczajnie nijaką. Byłam nastawiona na wypluwanie kolejnych charakterystycznych dla pani marudy uwag, a tu skucha. Naprawdę, nie wiem co mogłabym więcej dodać. Może powinnam się cieszyć? Lepiej nijako się zaskoczyć, niż rwać włosy z głowy.
Skończyłam. Przeczytałam te książkę w 24 godziny, pochłonęłam ją, jak morze pochłania wszystko, co jest tylko możliwe.
Ta historia idealnie trafiła w moją emocjonalność i we mnie. Odebrałam ją bardzo osobiście, wszystko, co znalazłam w tej powieści mogę znaleźć również w sobie. Moja miłość do morza tylko się pogłębiła, a z twórczością Marty czuję niesamowitą więź. Wszystko, co stworzy jest w stanie mnie oczarować i wywołać we mnie wiele skrajnych emocji.
Książka była cudowna. Nietuzinkowa, piękna, momentami straszna, a w innych chwilach wzruszała mnie do łez. Jestem jeszcze w emocjach, bo dopiero skończyłam czytać ostatnie strony i nic mi się w głowie nie klei, ALE! Naprawdę polecam zapoznać się z twórczością Marty, jest przecudowną artystką, która zasługuje na dostrzeżenie jej fenomenu 🩵
Na końcu chciałabym jeszcze pogratulować wydania tak cudownej pozycji, trzymam kciuki za to, abyś dalej rozwijała swoje skrzydła i leciała za swoimi marzeniami całe życie 🤍
Mam wrażenie, że odbijam się od książek Marty, a jednocześnie opisy tak mnie zachęcają, że nadal po nie sięgam. Brakuje mi tu zakończenia, jakiegoś epilogu, zamknięcia.
🐚Morza szum, ptaków śpiew i krew… To nam obiecuje wydawca, a co dostajemy? Wielowarstwową (czy raczje wielopiętrową if you know what I mean;) historię dziewczyny, której jedynym planem na te wakacje było wypoczywanie w hotelu, podczas gdy jej brat ma tam staż. Tyle, że tę książke napisała jedyna w swoim rodzaju Marta Bijan, więc nic tu nie jest takie jakie wydawałoby się na pierwszy rzut oka.
🐚OH. MY. GODESS. Co to było!?
Nawet nie wiem co wciągnęło mnie w tę książkę odnoiwrwszej strony jak macki w głębiny morza. Język, który sprawia, że każde zdanie jest jak kropla wody w najbardziej upalny dzień? Jednocześnie orzeźwiające, ale nie zaspokajające mojego pragnienia i jedyne co chcę to połykać każde następne. Bohaterowie, których kreacja sprawia, że chcę poznać każdego z nich z osobna? Fabuła która porywa nas w wir nadmorsko-hotelowych klimatów? Czy może ten niepowtarzalny klimat, osobliwość, lepkość i plot twisty, które sprawiały, że zbierałam szczękę z podłogi?
🐚Marta ponownie umieściła w postaciach po cząstce mojej duszy, sprawiając że każda ich interakcja była mi o krok bliższa niż mogłabym przypuszczać. Leo, główna bohaterka, z której poznajemy „Wakacje pod morzem” to dziewczyna, która nie lubi, żeby mówić jej co ma robić, nigdy nie płacze i ogólnie jest silna w swoich postanowieniach, ale… No właśnie, ale w środku jedyne czego pragnie to móc po prostu zrzucić z siebie pancerz i płakać tak długo, póki jej łzy nie połączą się z Bałtykim. Uwielbiam jej całokształt, tak samo jak pojedyncze myśli wycięte z jej nieprzerwanego potoku wspomnień. Robert i Filip to równie mocno intrygujące postaci, które poznajemy oczami Leo i fakt, że jeden z nich to jej starszy brat a drugi to przyjaciel z przeszłości.
🐚Nigdy nie miałam większych odczuć względem hoteli, ale teraz mam i jest to LĘK w najczystszej postaci (love M). Ten niepokój, ta obrzydliwość, to osaczające uczucie bycia obserwowanym. Zwroty akcji i dziwne rzeczy dziejące się na każdym kroku. Absolutny majstersztyk.
🐚Łącząc każdy z tych elementów powstają nam „Wakacje pod morzem”. Horror młodzieżowy, który nie tylko spełnił wszystkie moje oczekiwania, ale rozkochał mnie w sobie od samej dedykacji.
(4,75✨) przed każdym wejściem do windy zastanowię się teraz nad tym dwa razy 🛗 Leo jest wyjątkową bohaterką (z resztą jak większość postaci napisanych przez Martę), która intryguje od samego początku książki i powoduje, że nie potrafimy oderwać się od czytania. Zaskoczyło mnie to, że pierwsza połowa była w miarę ✨normalna✨ jak na książki Marty, nie było aż takiego podejrzanego dusznego klimatu jak w muchomorach, nie uważam że jest to jakiś duży minus ale troszkę mi tego brakowało. Za to nadmorska atmosfera i tajemniczość hotelu Bursztyn zrobiły potem ogromną robotę i druga połowa książki była już totalnie top 🛐 (tak wystraszyłam się sceny w windzie, że bałam się iść wieczorem pod prysznic) (nie czytajcie tej końcówki w nocy)
Eh, a już miałam nadzieję na przełom. Zapowiadało się świetnie, ten klimat, budowanie napięcia, przyjemnie się czytało. Tylko po to, żeby dostać coś, co autorka robi z każdą swoją książką, którą do tej pory przeczytałam; absurd, brak sensu, akcja wzięta znikąd i jedno wielkie WTF.
Tak zmarnowany potencjał, że aż boli. Pomijając nielogiczne wyjaśnienie i to, jak potoczyła się fabuła, można było nie zostawiać tylu pytań bez odpowiedzi. Brak rozwinięcia, które ewidentnie było potrzebne, jest ogromnym minusem.
Trzeba jednak przyznać, że od książek Marty nie idzie się oderwać. Następnym razem powinniśmy się spodziewać kosmitów, akcji w czwartej gęstości czy gadających zwierząt?