Jest to książka pełna sprzeczności, niekoniecznie o nich opowiadająca. Akcja dzieje się w quasi-neolitycznej społeczności Doliny, w której to autor opisuje wieczny konflikt toczony między dwoma plemionami żyjącymi obok siebie lub nawet wespół. Chwila minęła zanim w ogóle zorientowałem się które plemię jest którym, nadal nie wiem czym się różnią, choć zapewne było to opisane w ekspozycyjnym rozdziale z kurkumą, który to przez nagromadzenie informacji sprawił, że niczego nie zapamiętałem.
Bohaterowie Bohaterowie są. Pewnie. Szkoda, że nie ma jednego głównego bohatera, z pewnością pozwoliłoby mi się to lepiej odnaleźć w książce tak pełnej obcych, mało charakterystycznych nazw. Wielu bohaterów także nie zapamiętałem i nie zapamiętam, ze względu na ich niewielką wyrazistość. Był sobie Zerah, mój ulubiony bohater... Tak do 1/5 książki, kiedy pełnił rolę głównego, a po timeskipie zszedł do podrzędnej roli generycznego villaina. Był Leah, niezbyt mądry, choć czasem błyskotliwy, który głównie irytował tym, że autor nie potrafił się zdecydować, która z tych dwóch cech przeważa. Jest mami Nialli, która chyba jest najlepszym i najlepiej napisanym bohaterem, mimo, że raczej nudnym. No oprócz tego jakiś Jeremiasz, Noe, czy inni bohaterowie brzmiący jak przeróbki starotestamentalnych imion, z czego większość z nich nie jest nawet warta zapamiętania (ta dwójka niczym się nie różniła).
światotwórstwo Gdyby nie ilość dumy jaką autor wkłada w chwalenie się researchem, nieścisłości światotwórczo-historyczne nie raziłby mnie aż w taki sposób. Począwszy od paru całkiem ciekawych i dobrze wystudiowanych elementów (czasem wrzucanych jednak w sposób który powodował u mnie przewracanie oczami, np. piwo), po bzdury zupełne. Rzemiosło, narzędzia i broń. Krzemienne, no bo jakie. Jednak autor w ogóle pominął fascynujący wątek mikrolityzacji tych narzędzi. A połów? Pod koniec książki bohaterowie płyną znowu czółnem, ale jeszcze pod wieczór próbują złowić coś na kolację, zamiast już podczas podróży zarzucić haczyk z przynętą. Dyskusyjna kwestia toczenia ceramiki na kole. Autor wydaje się sprzyjać teorii, jakoby koło powstało wpierw jako narzędzie garncarskie a nie jako środek transportu. Tylko czy ceramika toczona już ten moment? Czy może lepiona, albo tylko z zewnątrz obtaczana? Metalurgia. Oh, boi. Największy zawód tej książki. Metal bowiem ewidentnie wzięty jest z kabli jakiegoś statku kosmicznego, który zupełnym przypadkiem ma również podaną... Instrukcję wytopu metalu. Statek ten nie gra żadnej innej roli, nie pojawia się też w powieści nigdzie później, obecność obcej, zaawansowanej technicznie cywilizacji nie jest też głębiej poruszona. To naprawdę wygląda jak lenistwo światotwórcze. Mniejsza, że jeśli zastanowić się nad tym faktem to to się zupełnie nie trzyma kupy. Przeanalizujmy to sobie. Prawdopodobnie, pierwszym znanym ludzkości metalem było złoto, ze względu na swoje występowanie w samorodkach, brak potrzeby wytopu, oraz znaczną plastyczność umożliwiającą nawet zaawansowaną obróbkę na zimno. Złoto jest w Dolinie zupełnie nieznane. A to co przyleciało? Cóż, nie mogło być złotem. Co gorsza kable ewidentnie nie były także z miedzi, srebra, ani nawet aluminium, bowiem krzemienne groty nawet ich nie zarysowywały. Czyżby stal? Może jakiś twardy brąz? Ciężko stwierdzić, ale jeśli opanowali obróbkę stali jako pierwszego metalu... Tylko pogratulować. Walka. Temat dyskusyjny i jestem tu w stanie zawiesić swoją niewiarę, ale budzą się u mnie wątpliwości. Czy walka w zwartym szyku i skomplikowane operacje taktyczne są już domeną neolitu? Czy poziom, nie tylko technologiczny, ale bardziej społeczny i kulturowy pozwalał na taką formę organizacji? Czy ktokolwiek by to w ogóle docenił w tamtym czasie? Jest to pytanie na które bardzo ciężko odpowiedzieć nawet badaczom, jednak brak dostatecznego wyeksponowania tej kwestii w świecie budził u mnie pewien odrzut. Gdyby, na przykład, w trakcie fabuły bohaterowie odkryli taktykę i organizację bitewną zamiast obróbki kosmicznego metalu, byłbym o niebo bardziej usatysfakcjonowany.
Fabuła i przynależność gatunkowa Co i rusz ktoś się zabija. W sumie nic specjalnego, ale wolałbym aby morderstwa były czasem lepiej uzasadnione, mniej przypadkowe. Gaeshi zabijają Tielvi "bo tak". Czasem nasuwało mi to (pozornie) absurdalne porównania do wspomnień z epoki hitlerowskiej i okupacji Warszawy. Jeśli mówić o ogólnej konstrukcji - nie znam się na tym najlepiej, nie budzi ona moich zastrzeżeń. Kiedy miałem okazję rozmawiać na temat metalurgii za autorem, powiedział, że nie jest to największy plot twist książki. Miałem nadzieję na pewne poszerzenie wątku kosmitów, albo wyjaśnienie tego, ale dopiero po zakończeniu książki przyszło mi na myśl, że chyba chodziło mu o... Pochodzenie Leaha. Które było przeze mnie przez całą książkę traktowane jako oczywistość, ze względu na początek, który dosyć dobrze opisywał jego niemowlęce dzieje. Co do gatunku - miałbym w ogóle problem aby przypisać to do jakiejś fantastyki. Dałoby się z pewnością opowiedzieć tą historię w realiach czysto historycznych. Nie występuje tu magia, nie istnieją tu bogowie, choć są wspominani, ani zwierzęta fantastyczne, ani nic, poza nieszczęsnym, epizodycznym statkiem kosmicznym i doliną, która nie istnieje. Religijność także jest tutaj mało ważna, a wiara postaci w zjawiska nadprzyrodzone, choć posiadająca wpływ na fabułę, to z perspektywy obserwatora (a czasem nawet bohaterów) opisana jak zabobon. Spodobało mi się podejście autora opisujące kreowanie się lokalnych bóstw i ich ewolucję. Ale nawet ta rzecz była cynicznie rozbierana na części przez narratora/bohatera... A właśnie, narracja.
Narracja Kolejny słaby punkt książki z potencjałem. Otóż autor wydaje się, że chciał utrzymać narrację w klimatach gawędy przy ognisku. I to założenie, choć ambitne i piękne, jest tu traktowane z męczącą niekonsekwencją. Czasem pojawiają się wstawki mające sugerować brak obiektywizmu opowiadającego, figury retoryczne w narracji sugerujące zamiar jaki przyświecał autorowi, jednak nie przekłada się to na nastrój całej książki, nie brzmi to też naturalnie. Dobrze to zrobił ekspozycyjny rozdział o kurkumie. Ale reszta już nie. Brakuje tego gawędziarskiego zacięcia, które dużo lepiej czułem np. w trylogii husyckiej Sapkowskiego, albo nawet w Imieniu Wiatru Rothfussa, gdzie opowieść także jest prowadzona przez bohatera po latach, ale sam opis wydarzeń, raczej prowadzony z perspektywy nowoczesnej, trzecioosobowej i obiektywnej, oddzielony jest wyraźną linią, a do tego jak się to przedstawia w uniwersum nawiązuje się w osobnych rozdziałach pokazujących pogawędki w karczmie. Ale działa to lepiej. Tak samo we "Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami". Wielowątkowość również działa tu na niekorzyść. Jeśli więc już autor chciał zrobić całość w formie wypowiedzi, opowiadanej werbalnie historii, fajnie by było, gdyby to zrobił konsekwentnie.
Ognisko jego duszy Lubię takie wstawki, naprawdę. Coś nawiązujące do wierzeń i kultury. Powiedzenia, figury frazeologiczne i retoryczne, przekleństwa. Ale na wszystkich bogów plemiennych, nie można sprowadzać tego do jednego, powtarzanego do znudzenia frazesu.
Trzy gwiazdki. Ponieważ nie mogę dać temu tyle samo co naprawdę dobrej Agli Raka. Oraz nie zasługuje to na tak niską ocenę jak Spowiedź Abysalu f*ranosa
This entire review has been hidden because of spoilers.
Ciężko mi coś napisać o tej książce większego, niestety nie zapadła mi mocno w pamięć. Pewnie się powtarzam, ale jak na tak rozbudowany świat brakowało mi tu chociaż jednej postaci, która by mnie przez niego przeprowadziła. Narrator niespecjalnie według mnie grał tu tę rolę, bo i też opowieść była mocno z jego perspektywy.
Całość jest takim właśnie opowiadaniem przy ognisku o kłótni dwóch plemion, wojnie między nimi i próbie zakończenia konfliktu. Wypada to nie najgorzej, ma sens, składa się w całkiem przyjemne zakończenie.
Co wypada gorzej to bohaterowie, zwłaszcza tacy, których można lubić i chciałoby się śledzić. Ja takiego dla siebie nie znalazłem. Za to wnerwiał mnie okrutnie syn króla, miałem ochotę mu przez kartki ukręcić łeb. Może to nie poziom Dex, ale jednak irytował mocno.
Oprawa audio fajnie grała, czytane było to dobrze, bębny pomiędzy rozdziałami robiły robotę, chociaż czasami zaczynały się zbyt wcześnie i zdarzało im się zagłuszać jeszcze to, co mówiła lektorka. Brakowało mi może jakichś lekkich zmian w tych dźwiękach, bo jak słyszałem to po raz nty to zaczynało nużyć, ale no nikt nie myślał, że przeczytam to w dzień.
Osobisty problem miałem ze zbitką słów przy ognisku mej duszy nosz kurwa, drogi autorze użyłeś tego więcej razy niż znienawidzony Kwadrant w 4wtf. Czasami padało to kilkukrotnie w jednej rozmowie. Ogólnie takie natężenie tego było, jakby jedynym sposobem odniesienia się do nienawiści lub czegoś był właśnie ten płomień czy ognisko w duszy. Za dużo. Bardzo mi się to określenie podobało za pierwszym razem, kilka razy później było spoko. Na końcu nim rzygałem i zgrzytałem zębami.