pozwolę sobie rozpocząć od cytatu:
"–miałeś jeszcze posprzątać.
–posprzątam jak ruszysz stąd swoje grube dupsko.
–posprzątaj teraz, bo się poroznosi.
–sam się, kurwa, poroznosisz."
wiecie co jeszcze się poroznosiło, niczym grypa w przedszkolu? rodzina monet. i niestety czuję, że nie obeszło się bez uszczerbku na zdrowiu
(za przeczytanie tego obwiniam drogą marysie, marysiu kocham cię niezmiernie, ale kupujesz te żelki bez dyskusji)
czy byłam nastawiona negatywnie do tej książki? no ta, takie życie. co nie zmienia faktu, że do wielu rzeczy w swoim życiu źle się nastawiałam, a ostatecznie okazywały się fantastyczne (i na odwrót)
tutaj było gorzej, bo miałam nadzieję na chociaż trochę głupiej rozrywki, coś w stylu 'sprzedali mnie one direction'. jednak co mnie spotkało to frustracja, nuda i pustka
postaram się jakoś opisać swoje przeżycia i spostrzeżenia, jednak nie obiecuję, że stworzy to jakąś spójną całość
(możliwe spoilery, ale eh. czy warto?)
• zaczynając od podstaw, jak w szkole podstawowej, styl pisania – no wattpadowy, nikogo nie zdziwię. jest on tak bardzo wattpadowy, że czytając tę książkę nie miałam przed oczami słów na papierze. nie, ja widziałam rozkład tekstu na ulubionej stronie tych autorek, ja widziałam komentarze pojawiające się przy takich typowych fragmentach. z jednej strony czytało mi się szybko, z drugiej natomiast niesamowicie topornie. ile razy odkładałam tę książkę, by po prostu popatrzeć sobie na ścianę albo szepnąć do siebie "ja pierdole"
• co do tego stylu jeszcze, aczkolwiek to już mogą być typowo moje schizy: pełno imiesłowów uprzednich, chociaż to już brzemię jakbym po prostu miała problemy ze sobą (one tam są wszędzie, cały czas😭), odmienianie amerykańskich imion (chodzi mi typowo o takie wiecie Charlesie, Dylanie itd) które jest co najmniej dziwne i szczerze trochę niepotrzebne. to ile tam jest bluzgów też nie wydaje mi się jakieś niezbędne (zwłaszcza, że cały czas widzę te same, polski to taki piękny język, a przekleństw mamy co niemiara, nie trzeba cały czas używać tych samych). dialogi wydają się sztuczne (głównie za sprawą bohaterów, do czego przejdę) – ten na górze jest moim zdaniem zarówno najbardziej realistycznym, jak i najbardziej prawdziwym. i ja nawet nie żartuję.
opisom brakuje polotu, zalatuje szkolnym opowiadaniem (ciągle potem i potem, a potem to i potem tamto + ktoś tu chyba wyrabia limit słów), naprawdę nic mnie w tym świecie nie fascynuje
• ja w ogóle nic nie czuję, czytając tę książkę. nie jestem przywiązana do żadnej postaci, nie lubię żadnej postaci, nie wierzę w żadną relację, bo poza tą główną, to wszystkie inne są traktowane po macoszemu. wątek ze starym chyba trochę próbuje coś podciągnąć, ale mnie nie przekonał
• relacja główna, czyli bracia i Hailie. matko boska szelągowska.
więcej ludzi, mądrzejszych ode mnie, rozwodziło się nad toksycznością tego co się w tej ich rezydencji i dokoła wyprawia. i tam naprawdę jakaś opieka społeczna by mogła przyjechać.
czułam momentami, że to powinien być thriller psychologiczny. albo jakaś smutna książka o przemocy. ale nie, to jest cukierkowa bajka o księżniczce i jej braciach rycerzach?
czytanie o tym jak oni cały czas coś jej robią, znęcają się, dopierdalają o jej wygląd jest tak frustrujące. Hailie dosłownie boi się, że jej brat uderzy ją podczas kłótni. a i tak na końcu usłyszymy jacy to oni nie są anielscy i w ogóle ohana means family
"moi bracia, nieważne jak wredni, byli wychowani po dżentelmeńsku" oni napchali jej mułu. do mordy.
• strasznie mnie denerwuje to infantylizowanie Hailie. ona ma (rocznikowo, jak sama nieraz zaznacza) 16 lat. dlaczego zachowuje się, jakby miała 10. dlaczego wszyscy wokół niej zachowują się jakby miała 10.
*oczywiście wszyscy wiemy, że to głównie dlatego, że w osoby podobnym wieku tę serię pochłaniają, mimo że poza stylem pisania jej zawartość naprawdę nie nadaje się do takich odbiorców*
bliźniacy są od Hailie starsi o 2 lata, Dylan chyba o 3. 2 lata. ja rozumiem, że im niespodziewanie wbiła na chatę jakaś gówniara, ale to jakie dziecko oni z niej robią jest chore. nie jestem w stanie uwierzyć, że nie znudziłoby im się to po jakimś tygodniu, może dwóch. jakby. ile można ciągnąć nazywanie jej dzieckiem, maleństwem, dziewczynką. to naprawdę nie jest taka rażąca różnica wieku, mówię to z doświadczenia. i te wszystkie interakcje między nimi przebiegające w stylu "o małe bobo" są po prostu dziwne
• tylko że Hailie, jak już wspomniałam, nie zachowuje się jak 16 latka, więc może i dostaje to, na co zasługuje
• bracia Monet mają tak około jedną cechę na głowę. Hailie przez większość czasu nie ma żadnej. jest taka scena, gdzie ona mówi że w sumie to nie wie co chce robić w życiu, kim chce być – i w normalnym przypadku, czytając to miałabym takie "oo, rozumiem to, całkiem relatable, no tak jest". tutaj jednak wybuchnęłam śmiechem. w ogóle mnie to nie zdziwiło, że Hailie Monet, która wydaje się ludzikiem wyciętym z papieru, nie ma jakichś większych planów/pasji. to co o niej wiem to książki. lubi książki. nie wiem jakie, nie wiem co konkretnie ceni, nie wiem czy chce coś w związku z nimi zrobić, poza działaniem na bookstagramie (co też jest tak bez polotu opisywane😭). po prostu. książki.
• Hailie zadaje pytania, gdy tego potrzebuje fabuła. kiedy trzeba coś zateasować, kiedy trzeba coś odkryć. a tak poza tym to hulaj dusza piekła nie ma – wszyscy wokół mnie wspominają coś o jakiejś tajemniczej organizacji? a czy to moja sprawa, co ja jestem ojciec mateusz
• ktoś tu chce stworzyć jaką wielką intrygę – i to nie wychodzi. przez 80% czasu ta książka to opisywanie perypetii Hailie i jej braci. gdy ma się dziać coś innego dostajemy pobieżne opisy, nieinteresujące wątki i popisy kreatywności – niech mi ktoś powie, że ta cała wroga mafia nie nazywa się tak naprawdę Organizacja, błagam. może wtedy znów uwierzę
jest też taki segment, gdzie Hailie niby tam pracuje w organizacji charytatywnej Monetów, ale to brzmi jakby ktoś dał 10 latce jakieś randomowe questy, jakby ktoś kazał napisać dziecku jak wygląda praca w fundacji pomagającej ludziom
• ruch prawostronny w anglii. nawet nie chce mi się komentować
• co to jest to całe "o Lordzie", czy tam jest inny system religijny (mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że bohaterowie używają też zwykłego "o boże"), czy to jest jakaś gwara i ludzie w polsce tak mówią, a ja po prostu jestem uprzedzona, czy też, jak mi się wydaje, jest to po prostu kalka z angielskiego "oh lord", którego się nie używa w języku polskim? ja wiem, że pani autorka chce tu być jak uuu ameryczka, ale to źle brzmi. nie wierzę, że ktokolwiek tłumacząc jakaś książkę z angielskiego na polski przetłumaczyłby ten zwrot w taki sposób. więc ostatecznie to po prostu strasznie odstaje i wydaje się nienaturalne
• seksizm. przede wszystkim wszelkie odzywki braci do Hailie, to jak ją traktują. niby potem przybywa Maya, która ma być taką ikoną i robić na przekór, ale co z tego? nic się w związku z tym nie dzieje, jak było tak jest chuj ci w dupę
po drugie, wątek z Shanem i tą jego nie-dziewczyną. przecież to jest tragedia. Hailie jest szesnastoletnią dziewczyną, cały czas chwaloną za to jaka to ona nie jest dobra, ale gdy przychodzi co do czego, to łe jeja jaki ten shane jest biedny, on jest taki malutki słodziutki nynynyny, chociaż to on od początku traktuje tę dziewczynę przedmiotowo, nie chce brać odpowiedzialności za swoje czyny. i ja wiem, że ta dziewczyna ma wyjść na tę złą, bo chciała go złapać na ciążę – okej, niefajnie. ale dlaczego nagle zapominamy o całej sytuacji ze zdjęciami, kiedy oboje byli w to zamieszani, a shane stwierdził że jebie mnie to i nie chciał choćby spróbować jej jakoś pomóc? i w tym wszystkim Hailie, która też puf zapomina o tym, dobrze że ona nie jest taka jak te dziewczyny no i ez jedziemy na cheesburgera
po tym całym girl power🎀✌️✌️🎀 z Mayą strasznie zgrzytałam zębami przy tej scenie. bo naprawdę nie rozumiem, co autorka próbuje osiągnąć
no ale bracia monet to dżentelmeni, a w dodatku bogaci i przystojni 😍
ja nie czerpię jakiejś chorej satysfakcji z wystawiania 1⭐ naprawdę. ale po prostu bardzo, BARDZO ciężko jest mi znaleźć w tym jakikolwiek pozytyw, jakąkolwiek przyjemność
(jeśli wy ją znaleźliście, bardzo się cieszę, trzymajcie się i z fartem)
druga część przygód najmłodszej członkini rodziny bitcoinów kończy się słowami Hailie "ktoś chciał mnie zabić, ale żyję". i to prawda, Hailie przetrwała tę historię – ja natomiast czuję, że coś we mnie umarło