Powiedzmy, że jest to gra z czytelnikami. Wciągająca, błyskotliwa, pełna niespodzianek i odniesień do współczesności. Może to nawet nowe, literackie oblicze Szczepana Twardocha?
Powiedzmy, że Erwin Piontek, 73-letni górnik, wybiera się w rejs dookoła świata. Na starym jachcie żaglowym typu Venus, z wysłużonym gumowym sztormiakiem, czerwoną wełnianą czapką, harcerską busolą w żeglarskim worku i skrupulatnie obliczonym prowiantem jest przygotowany na samotną wyprawę. Ma ambitny plan, by nigdy nie zawijać do portu, przez całe dwadzieścia dziewięć tysięcy mil.
Powiedzmy, że losy Piontka mogą też przebiegać inaczej. Nie żegluje, a leży na czerwonej ziemi, w dolinie rzeki Auob, która nie płynie przez Deutsch-Südwestafrika, ponieważ jest wyschnięta, ale tam się znajduje. Zamiast gumowego sztormiaka ma na sobie sztruksową bluzę mundurową, pas z szelkami i ośmioma ładownicami na amunicję.
Zresztą może jest zupełnie inaczej. Może Erwin Piontek jest sobowtórem pewnego dyktatora? Kto wie?
Szczepan Twardoch, ur. 1979, pisarz i publicysta. Z wykształcenia socjolog, studiował socjologię i filozofię na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku.
W listopadzie 2012 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się powieść p.t. Morfina, nominowana do Paszportu Polityki 2012.
Kto czytał Twardocha wcześniej, nie będzie zaskoczony - zestaw motywów jest stały (i chyba zaczyna mi się nudzić?). Nie będzie to moja ulubiona książka tego autora - nawet na podium się nie zmieści. Ale warto było zostać na finał, żeby zobaczyć, co tam sie odjebało.
Niefortunnie się złożyło, bo to pierwsza książka Twardocha po, którą sięgnęłam. Wiedziałam, jakie są główne filary na których buduje swoje fabuły, niestety ilość Twardocha w Twardochu mocno mnie przerosła. I o ile pierwsza część tej opowieści okazała się zabawną, ciepłą i sympatyczną historyjką tak kolejne odsłony skutecznie pogrzebały pierwsze dobre wrażenie bo w narrację wkradł się chaos. Autor wprowadził znienacka taką ilość nowych postaci, wątków i linii czasowych że kompletnie straciłam zainteresowanie szczególnie, że fabuła zaczęła zmierzać donikąd,a kiedy sam Szczepan Twardoch wlazł z butami do fabuły to już w ogóle przeszła mi ochota na uczestniczenie w tej farsie. Mam wrażenie, że ego autora, które nie zostało w odpowiednim momencie ujarzmione-totalnie pogrzebało jakikolwiek sens tej powieści.
owiedzmy, że to dobra powieść. Powiedzmy, że i nawet bardzo dobra. Bo dzika, nieokiełznana, meandrująca. Także i szalona; wymykająca się jakimkolwiek ramom, łamiąca okowy schematu, wybijająca się ponad to, co oczywiste i jednoznaczne. Trudna do jasnego skategoryzowania, choć - czy taka powieść być musi? No nie musi. I Szczepan Twardoch doskonale o tym wie.
Czy coś więcej mogę napisać? No niekoniecznie, bo i po co? Ale powiedzmy, że warto rzucić jeszcze jakimś banalnymi hasłami – że to historia zaskakująca, na swój własny sposób niemal hipnotyczna; że może jakaś taka trochę dziwna, że przejaskrawiona, że groteskowa, absurdalna, a przy tym jeszcze w sumie zabawna; ale że zabawna trochę na słodko – gorzko. To akurat nie szkodzi.
I trochę mądra. I trochę głupia. Taka, co jakoś chwyta; jakoś się w czytelniku osadza; w nim też jakoś żyje, rozkwita, rozpełza się, coś tam trąca, gdzieś tam zmusza do refleksji, pomyślunku jakiegoś głębszego. Taka, co każe zastanawiać się nad tym, co by było gdyby, a jednak nie ma, bo…
,,A czy gdyby urodził się taki sam, został tak samo wychowany, lecz w którymś momencie jego życie rozdzieliłoby się na dwa życia, to czy ci dwaj Erwinowie Piontkowie byliby takimi samymi ludźmi?’’
Książka zapowiadała się naprawdę świetnie. Do połowy myślałam, że dostaliśmy coś innego! Podoba mi się jak Twardoch tworzy historię, bohaterów. Później jednak klasycznie przechodzimy do elementów wojennych/dyktatorów a zaczęło się od bohatera, który chciał opłynąć świat. Są bardzo dobre momenty ale ogólnie mam mocno mieszane odczucia.
powiedzmy, że rozumiem do połowy mi się podobało, ale stary człowiek i morze, dr. dolittle, opowieść podręcznej i taki troche żulczyk, co na końcu zbijają piątke na jakieś rajskiej wyspie to za dużo jak na mnie
Zaczęło się obiecująco, stary górnik Piontek wypływa w rej dookoła świata, a przynajmniej ma taki zamiar. Dalsze części książki mi nie zagrały – Piontki się rozmnożyły, rozjechały po świecie, brały udział w wydarzeniach historycznych m.in. w Afryce. Kocham niektóre powieści Twardocha, ale ta ze mną nie zostanie, choć chyba załapałam sens i przesłanie tej powieści.
Najnowsza książka Szczepana Twardocha zaczyna się jak historia o tym, że warto spełniać marzenia, być zdeterminowanym, bez względu na wiek i miejsce zamieszkania. Później przeradza się w alternatywną rzeczywistość. Co nas kształtuje? Miejsce, wychowanie. A może jest odwrotnie - to my kształtujemy miejsce i ono jest stworzone na nasze podobieństwo. Kiedy wydaje mi się, że zaczynam cokolwiek rozumieć, pojawia się cytat z Heideggera. Może zatem “książki zbójeckie” sieją zamęt w młodzieńczym umyśle, rodzą się później jako marzenie, pragnienie bycia kimś innym, alternatywa dla życia wynikającego z tradycji.
Twardoch myli tropy, podsuwa propozycje, sugeruje powody, opowiada o alternatywnych życiach: trzech Piontków - przeszły, współczesny i ten, który może być kiedyś. Czy jest w tym coś stałego, niezmiennego - chyba tylko wojna: milczący oficerowie, bezsensowne śmierci. Może jeszcze morze - marzenie, wolność, granica między światami.
Ale jest w tej historii coś jeszcze. Czas i przestrzeń mieszają się, ale gdy autor / narrator wchodzi w dyskusję z bohaterem na temat tego, kto ma mieć decydujący głos w prowadzeniu narracji, w tworzeniu opowieści, można by poczuć chęć rzucenia książką w kąt. Dla mnie to kolejny popis umiejętności pisarskich autora. Przypomina trochę “Ucieczkę z kina Wolność”, w której postacie z filmu wyłamują się, uciekają z niego; “Incepcję” - zatarcie granic między czasem i przestrzenią, prawdą a wyobrażeniem, a przede wszystkim “Pamiętnik znaleziony w Sarragosie”, czyli budowę szkatułkową powieści.
“Powiedzmy, że Piontek” to może nie najlepsza książka Twardocha, ale na pewno książka, która utwierdza mnie w przekonaniu, że jest jednym z najlepszych, swoistych współczesnych polskich pisarzy. NIe czytajcie złych recenzji, dobrych też nie. Czytajcie książkę i sami oceńcie, czy warto.
Ciężkostrawny wyciąg z Twardocha, który już chyba nie zauważa, że zaczyna pisać trochę karykatury własnych książek. Albo doskonale o tym wie, ale jednak $$$. Haniebny autoplagiat.
Przedziwna książka. Zaczyna się standardowo (zwyczajna proza w twardochowym, dobrym stylu), w połowie autor odlatuje i niemal potyka się o własne nogi, żeby w trzecim akcie znów snuć ciekawą historię, ale z jeszcze większym odlotem... Polubiłem ten niespodziewany koncept, chociaż nie wiem co Twardoch miał na myśli. Może to wszystko z ojcowskiej miłości do własnych bohaterów? Mimo wszystko, satysfakcjonująca lektura!
Nierówna, trzecią cześć słuchałem z dużą przyjemnością, druga nieco mnie nużyła. Pierwsza najciekawsza językowo. Jak już napisałem, słuchałem, stąd jeszcze jedna uwaga, autor dużo lepiej pisze niż czyta, na pewno lepiej słucha się w tym duecie Borysa Szyca, a przy innych pozycjach, wolę inne głosy, co dla mnie tym bardziej świadczy, że wolę autora energię włożoną w pisanie :)
Trzy wersje Erwina Piontka, jak trzy kwantowe cząstki, przyłapane wzrokiem pisarza i czytelnika. Dobrze czyta się tę książkę (mnie się czytało świetnie pierwszą i ostatnią przygodę, ta środkowa wydała mi się najmniej interesująca). Jako rozrywka - bardzo mi pasowała ta książka, ale nic poza tym raczej tu nie znalazłam.
Książka miała (jak dla mnie) ciekawe momenty. Powiedzmy, że miałem nadzieję, że coś z tego będzie. Już się wątek kilkukrotnie rozwijał, już miało się wszystko wyjaśnić, ale bohater postanowił się uwolnić i pójść gdzieś - a w konsekwencji zagubić się, nie wiedząc gdzie i kim jest. Niestety chyba nie sięgam, nie rozumiem do końca tej literatury.
PS. Ciekawe doświadczenie czytając tę książkę w miejscach publicznych - kilkukrotnie byłem zapytywany - "Ooo, czyta Pan nowego Twardocha!".
Widac że autor dobrze sie bawil podczas pisania ksiażki ale ja juz nie za bardzo. Jedynie na plus poczatek gdzie byl jeden Erwin, dalej fabula byla bardzo nudna i slaba. Tyle dobrego ze na koncu sie sporo wyjasnilo.
początek git, środek słaby, koniec fajny, chociaż jak już jest jakaś wizja dystpijnej przyszłości, to dobrze by było zrobić coś ciekawszego niż drugi PRL
Trzy pokolenia Erwinów Piontków, zrodzonych tylko żeby tęsknić. Tęsknota jest główną siłą sprawczą ich dziejów. Narracyjnie majstersztyk, fabularnie ciut gorzej bo ciężko uniknąć porównań do Wiecznego Grunwaldu. Tam miejsce, tu człowiek jednak nic zaskakującego na koniec. A powiedzmy, że chyba o zaskoczenie nam wszystkim chodzi. Powiedzmy.
Odsłuchałem jako audiobook (glosy Twardoch i Szyc) co zapewniło czwartą, mocną, gwiazdkę w ocenie.
Czytam i myślę sobie: "czy to Szczepan Twardoch, czy może jakiś Wit Szostak się tutaj objawia"? Notoryczne burzenie czwartej ściany, gra autor-narrator-porte parole-bohater(owie)-czytelnik... Na szczęście są i znane elementy twórczości szczepanowotwardochowej: wizje wielkich ryb, mroczne stworzenia pod nami (niekiedy bywały ponad), radosna detaliczność niektórych opisów, tudzież równie radosne ledwie szkicowanie innych (dajmy pole wyobraźni odbiorcy), no i śląsko-niemieckie nawiązania. Czyli wszystko w zasadzie na miejscu. Jeżeli macie ochotę na najbardziej post-modern (na razie!) powieść tegoż autora, to będzie to bardzo przyjemna czytelnicza przygoda (Podobno kropka na końcu zdania jest pasywno-agresywna, więc świadomie nie kończę kropką)