No daję 2* czyli "it was ok", no bo it was ok. Nothing more, nothing less.
Ta książka to groch z kapustą. Tytuł sugeruje, że to reportaż o tym, jak się żyje z dzieckiem w przestrzeni publicznej. Natomiast w treści jest dużo pamiętnika "będąc młodą matką". Rozdziały o miejskiej infrastrukturze przeplatane są takimi, gdzie większość treści zajmują opisy chorób Henia. Nie bronię nikomu opisywania swojego macierzyństwa, no ale jeżeli zaczynamy tym, że nie ma gdzie sikać, że place zabaw są takie, że w pociągu brakuje przewijaka, że jak to robią za granicą, że czy w fontannie miejskiej można się pluskać a potem nagle jest cały rozdział o glucie malucha - no to nie jest na temat.
Z jednej strony autorka pisze tak niby prosto i dla prostych ludzi (tylko że nie, ale chce mi się tego rozwijać, bo znowu bym musiał męczyć temat przypisów do słów slangowych), a z drugiej kiedy konduktor w pociągu proponuje puścić dziecku bajkę, żeby nie biegało po wagonie i nie łomotało rozkładanymi krzesełkami, to:
"Nie komentuję pomysłu, żeby usadzić go w miejscu za pomogą bajki. Gdybym chciała w to iść, bylibyśmy już na dnie ciemnej doliny pełnej przebodźcowania i protestów podłogowych." Ach, no tak, prymitywny kolejarz mówi o bajce, a my nawet nie powiemy nic w rodzaju "Nie chcę w tym wieku puszczać mu bajek, bo będzie przebodźcowany, rozdrażniony, uzależni się od ekranu, itp). Nie, tu od razu jakaś ciemna dolina (co?), potępiamy surowo pana konduktora (który przecież chce dobrze, nie wie jakie jest podejście do bajek autorki i nawet się nie dowie). Dalej fraza o lizaniu podłogi pokrytej odwiecznym brudem PKP, hm, no jakbym to przeczytał w książce z 1994 roku to bym się w pełni zgodził, ale jakoś tak w 2024 to naprawdę już archaizm, pociągi są czyste, przynajmniej przedziały i korytarze, o kiblach nie rozmawiajmy, ale to też nie ten syf co w XX wieku.
Jedziemy dalej, dziecko chce się bawić tramwajem, jeździ nim po pociągu i "tym razem nikt nie syczy, ale nikt nie jest też życzliwy. Nikogo nie śmieszy tramwaj jeżdżący po pociągu. Jesteśmy niewidzialni."
Naprawdę nie rozumiem w czym problem. Nikt nie krytykuje, dziecko się bawi, nikt nikomu nie przeszkadza. Nikt nie zwraca uwagi i się nie śmieje? What? Nikt nie jest życzliwy??? Ale na czym miałaby tu polegać życzliwość, to, że nikt nie przeszkadza w zabawie nie jest wystarczające? O co tu chodzi?
Przedziały dla opiekuna z dzieckiem to minigetta. Uhm. No comment.
Jedyna rzecz, z którą się stuprocentowo zgadzam w temacie pociągów, to brak możliwości wyłączenia głośnika, przez który są nadawane kolejowe komunikaty. To by się przydało i w przedziałach dla dzieci i w tak zwanej "Strefie ciszy" - co to za cisza, jak co kilkanaście minut dudni z głośników, że stacja taka owaka, prosimy o zabranie bagażu.. Taki komunikat spokojnie mógłby być wyświetlany na ekraniku, a nie hałasować. I jeszcze brak przewijaka, skoro przedział dla rodziców z dzieckiem, to brak przewijaka istotnie jest kuriozalny.
Dalej odśnieżanie chodników, ważne i potrzebne, tak, ale czemu hałda śniegu mówi do autorki "po co tu łazisz?". Nie wiem czy to ma być poetyckie czy tylko dodać dramatyzmu, zostaję z ciężkim westchnieniem i poczuciem niezrozumienia. Tak samo potem dziecko wdeptuje w psie gówno i co, to też jest wina nieodśnieżania chodników? Wdeptuję w psie gówno o każdej porze roku i w każdym miejscu - to nie ma nic wspólnego ze śniegiem, to wyłącznie wina buców niesprzątających po psach, ale to nie ma nic wspólnego z nieprzystosowaniem przestrzeni publicznej do dzieci, więc po co ten akcent na koniec rozdziału?
Rozdział o żłobku - nie wnosi nic do tematu "dziecko w przestrzeni publicznej". Odrobinę o tym co można zrobić z dzieckiem, jak się chce wrócić do pracy. Ale to też trochę obok tematu.
Albo opisy tatuaży mężczyzn na basenie i konkluzja, że autorka lubi patrzeć na "brzydkie tatuaże". Wtf, co to jest, czemu to jest, co to mnie jako czytelnika obchodzi? I co to za hipokryzja, nie ma opisów obwisłych cycków karmiących na placu zabaw matek, ale po facetach z wytatuowaną podobizną córeczki na ramieniu można jechać? To są doświadczenia matki polki? To jest w jakikolwiek sposób istotne dla wychowania dziecka?
Albo opis obiadu w knajpce w Wiedniu. Tak, właścicielka jest może nieprzyjemna reagując na stłuczenie przez dziecka sznura lampek. Ale autorka dodaje, w swojej głowie, że "Jak nie ma zabawek, to dziecko sięga po to, co wydaje mu się ciekawe.". A knajpka nie jest bynajmniej dostosowana do dzieci, nie ma nawet fotelika dziecięcego, więc dlaczego by miała mieć zabawki? To chyba jednak po stronie rodziców leży kwestia zapewnienia dziecku zabawy/przypilnowania żeby nic nie popsuło? Zresztą wg opisu co najmniej jeden z rodziców był cały czas z dzieckiem, jasne, nie ma ludzi idealnych, dzieci są szybkie, ale całość jest taka trochę w stylu "mam dziecko i mi się należy" i to dość przykre. Jeszcze właścicielka mówi, gdzie jest szansa odkupić takie lampki, a autorka myśli, że przecież to nie ma sensu, bo nie będą w Wiedniu za kilka dni, a ja robię oczy, bo przecież można takie lampki, eeeee, wysłać? Pocztą? Paczką? Mamy XXI wiek, nie XV? Nie mówię, że obowiązkiem rodzica było odkupienie wyposażenia lokalu, ale argument że nie, bo nie da się ich dostarczyć osobiście, jest z d... Tak samo jak snucie rozważań, że ta kobieta z Wiednia pewnie w nudne popołudnia mówi do personelu, że Ci Polacy, że mają innych ww dupie, że puszczają bachory luzem. Kilka stron dalej jeszcze przysrywka, że oni to teraz jedzą z termosów na kocu, dzięki czemu nie popsują nikomu unikatowych lampek. Jako czytelnik czuję się niezręcznie, czuję second hand embarassment, czuję się wrzucony w oglądanie czegoś, czego nie chcę oglądać. I co nie ma nic, ale to nic do tego, że w Polsce nie ma kibelka przy placu zabaw.
Ta książka porusza ważne i potrzebne tematy, ale niepotrzebnie jest oprószona w wielu miejscach takimi wtrętami. Byłoby łatwo to usunąć, gdyby tylko ktoś zrobił redakcję twardą ręką. Uważam, że warto przeczytać, ale ze świadomością, że to dość bałaganiarskie. Mimo to nie polecam, ale i nie odradzam.