Uwaga na babcie! Czasem skrywają przed światem wiele tajemnic!
Sława Żmijan powraca do rodzinnego miasteczka, dźwigając samotny plecak i poczucie życiowej porażki. Na szczęście w Starym Deszcznie wszystko jest na swoim miejscu: fińskie domki, ukochane babcie – własne i przysposobione, przyjaciele z dzieciństwa, gadające chodniki…
Okej, no może tak nie do końca wszystko.
W samym środku lata w sielskim miasteczku niespodziewanie wyrasta mała draka nie z tego świata, a pytania mnożą się jedno za drugim. Dlaczego fińskie domki są fińskie? Rosół z lubczykiem czy bez? Co łączy dzień wagarowicza i międzynarodowy dzień geodety? Skąd szczuropodobne włochate ziemniaczki grasujące na ulicach Starego Deszczna? A przede wszystkim – jakie tajemnice skrywają przed światem wielce szanowne babcie z fińskiej dzielnicy?
Sława i spółka muszą jak najszybciej znaleźć odpowiedź, bo pewne sekrety mogą kogoś kosztować życie. Znowu.
Przez większość czasu udaje, że robi coś konstruktywnego, czyli niewiele z niej pożytku. Przebrzydła polonistka, beznadziejnie zakochana w romantyzmie i twórczości Juliusza Słowackiego, który wielkim poetą był. Zwierzę odludne, występuje przede wszystkim w środowisku domowym, rzadko wyłaniając się na światło dzienne. Zadebiutowała opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna („Fahrenheit” nr 53/2006). Być może uwierzyłaby w zjawiska nadprzyrodzone, gdyby się o jakieś potknęła, co wcale nie zmienia faktu, że fantastykę czyta namiętnie, a nawet i pisuje. Żadnym tematem nie wzgardzi, począwszy od aniołów w bamboszach (Dożywocie, antologia Kochali się, że strach, Fabryka Słów 2007), przez trupy (Przeżycie Stanisława Kozika, „Science Fiction, Fantasy i Horror” nr 44/2009) aż po nawiedzone zamtuzy (Nawiedziny, antologia Nawiedziny, Fabryka Słów 2009) i insze paskudztwa. Ot, żelazna konsekwencja…
3,5 Przyjemna lektura z kojącym i pozytywnym przesłaniem , ale niestety trochę mnie rozczarowała. Kolejka książka przy której mam wrażenie, że autorka z chirurgiczną precyzją odmierza żarty, przez co humor jest czesto dla mnie wymuszony i przeciągnięty. Nadal jednak są momenty kiedy mocno mnie bawi. Na to bym przymknęła oko, gdyby nie to, że historia i bohaterowie też byli dosyć nijacy jak na urban fantasy i Panią autorkę. Mieli pewne uniwersalne sytuacje życiowe , z którymi się pewnie w któryms etapie zmierzała większość z nas i to się całkiem dobrze pisarce udaje, żeby pocieszyć znerwicowanych i ukoić niepewność drzemiącą w człowieku. Ale z drugiej strony ileż można słyszeć, że prawdziwa magia to wiara w siebie... Moze mam też tymczasowy przesyt cosy historii, ale od Pani Kisiel spodziewam się po prostu więcej. Zwłaszcza brakowało mi niepowtarzalnych bohaterów zapadających w pamięć. Motywy magiczne może nie były tu najważniejsze, ale też brakowało mi pogłębienia w tej sferze, a nie " bo tak".
„Mała draka w fińskiej dzielnicy” autorstwa Marty Kisiel to zwariowana przygoda Sławy Żmijan wracającej już jako dorosła kobieta „na stare śmieci”. Z poczuciem porażki stawia się w rodzinnej miejscowości na progu domu swojej babci, żeby odkryć, że tylko z pozoru wszystko znajduje się na swoim miejscu. Będzie ona zmuszona stawić czoło problemom nie z tego świata, rozwiązywać nadprzyrodzone zagadki kryminalne i odkrywać kolejne sekrety fińskich domków.
Autorka po raz kolejny udowodniła swoją kreatywność w pakowaniu bohaterów w magiczne tarapaty. Bardzo lekka i zabawna powieść może z pewnością podnieść na duchu niejedną osobę, której życie nie ułożyło się zgodnie z planem. Bowiem nie zawsze jest tak źle jakby mogło się wydawać, a póki co jeszcze nie przemawiają do nas gadające chodniki.
„Mała draka w fińskiej dzielnicy” to przede wszystkim barwni niczym zorza polarna bohaterowie, z którymi nie sposób się nudzić. Znajdziecie tu grupę przyjaciół, którą łączą zarówno wspólna przeszłość, jak i rodzice o niebanalnym guście do wybierania imion. Mnie najbardziej jednak za serce chwyciły nieobliczalne babcie o wariackich inicjatywach i nadprzyrodzonych zdolnościach. Powieść ta dała mi dużo ciepła i sprawiła, że zatęskniłam za własnymi babciami, które na szczęście nie miewają tak szalonych pomysłów.
Szukacie czegoś lekkiego z dużą dawką humoru i szczyptą magii? A może znacie i lubicie twórczość Marty Kisiel? Jeśli tak, zdecydowanie warto dać szansę „Małej drace w fińskiej dzielnicy” i przekonać się czym są tytułowe fińskie domki.
Mieczysławie trochę nie idzie w życie i tą całą dorosłość i wraca do rodzinnej wioski , odpocząć,ale co ją tam czeka ,w tej fińskiej dzielnicy tego się nie spodziewała. Ta książka jest taka super jednocześnie kocykowa, milutka,a jednocześnie poważna z tematami straty ,radzenia sobie w życiu i to świetne po 11 nigdzie nie ma wyryte że jesteś dorosły więc musisz odtąd żyć tak i tak .Total tak postać Bambiego nie wiedziałem że takiego potrzebuję,a dostałem . Ten babciny chaos ,ale i miłość,troska . Ale trochę odpłynołem super przygoda pełna tajemnic ,stopniowo odkrywanych ,fińskiej mitologii, ciekawych postaci że aż w pewnej chwili się trochę gubiłem ,ale potem kristal wszystko wyjaśniła albo szukała w źródłach i to jej opisanie studenckiego życia. Trochę miałem zgrzyt jak było że mają po 26 lat a jedna mówi że we trujkę niemal 90 no nie do końca chociaż może tak miało być z matematyką że nie ogarnia ,albo jak mówili że żadne nie ma prawka ale i tak super. Było też wzruszenie i myślenie nad moim własnym życiem co z moją dorosłością chociaż jestem trochę młodszy niż bohaterowie. Polecam . Może kiedyś kontynuacja i więcej Miszy i sowy ps ten mam kumpla o ksywce sowa dziwne
Intrygujący pomysł, młodzi detektywi na tropie, trochę Skandynawii i metafizyki, a wszystko napisane lekkim językiem i okraszone sporą dawką humoru. Za użycie cytatu "dokąd nocą tupta jeż" dodatkowa gwiazdka (wspomnień czar 😉). Fani pisarki zdecydowanie będą oczarowani.
Pozornie ta powieść ma wszystko, co powinno mi się spodobać: sabat babć, małomiasteczkowe (bo nie urban) fantasy, mitologię, postaci w moim wieku (trochę młodsze w zasadzie, ale przynajmniej dorosłych) i jeszcze zagadkę kryminalną "kto zabija i po co?" w tle.
W rzeczywistości nic z tego się nie klei i strasznie się męczyłam przy czytaniu. Babcie i ich wnuczki to postaci papierowe, wszystkie wypowiadają się tak samo, tj. jak stereotypowe 12-latki z ADHD, odróżniają ich od siebie tylko imiona, nikt specjalnie nie urzeka ani nie interesuje; sabat i fantasy takie nienachalne, mitologia pojawia się na samym końcu, zagadka kryminalna nie do odgadnięcia, bo jako czytelniczy kluczowe informacje odstajemy przypadkiem, na koniec i w formie gry słów. Kiepskiej zresztą.
Strasznie się męczyłam przy czytaniu i to głównie za sprawą humoru, który nie był śmieszny. Pierwszy dowcip w powieści (!) brzmi tak, że jest rodzaj męski, żeński i (uwaga! trzymajcie się, bo boki będziecie zrywać!)... byle jaki. Pierwszy dowcip w książce. Nie jest to ani sensowne, ani śmieszne. I jako osobie, której do tego rodzaju byle jakiego genderowo najbliżej zrobiło mi się całkiem przykro. Czy posądzam Kisiel o celowe wyśmiewanie się z osób niebinarnych? Nie. To bezmyślne, przypadkowe mikro-okrucieństwo. Które występuje w powieści więcej niż raz.
Skoro już ustaliliśmy, że humor w powieści reprezentuje poziom późnej Jeżycjady, czyli w okolicach serialu rodzinnego z TVP1, warto dodać, że obwiniam o to Hardą Hordę. Poziom warsztatu pisarskiego Kisiel i jej poczucie humoru leci systematycznie w dół, bo Horda siedzi i klepie się nawzajem po plecach, jakie są fajne, Sin Qua Non wszystko wyda z ładną okładką, a pisarstwo w grupie leci do najniższego wspólnego mianownika Jadowskiej-Kubasiewicz. I chyba nigdy się tego "Mickiewicza zabójcy wampirów" nie doczekam.
Kiedy chodzi o poczucie humoru w książkach Pani Marty, to ja biorę je z całym dobrodziejstwem inwentarza. I nazbyt żywotne babcie, demoniczne kiwi i gadatliwe prochy uzależnione od "Mambo nr 5" tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzają.
Jejku, jakie to było cudowne! Świetny język (już człowiek się uśmiecha od samego sposobu narracji), wciągająca fabuła, niby historia dla młodszych czytelników (moooże), ale nie mogłam się oderwać, a nieraz łezka stawała w oku. Ok, czasami zalatuje infantylnością lub żartem na siłę, plus widać troszkę pośpiech w pisaniu, ale całokształt jest całkiem uroczy. Uwielbiam to, w jaki sposób Kisiel przemyca trudne tematy w tle niby zwykłej, ale jednak szalonej historii.
Co to była za zwariowana historia! Żywe i nie do końca żywe babcie, świetny małomiasteczkowy klimat, dużo dziwnych i szalonych wydarzeń, do tego krwiożercze kiwi, vegetowy zawrót głowy, seromaki, romby (ale te takie jeżdżące koniecznie) i genialni bohaterowie. A słuchajcie nawet jest miejsce na wątek romantyczny. Bo czemu by nie?
W historiach Marty Kisiel można się zatracić na dobre, a ja po raz kolejny tego doświadczyłam. Dodatkowo przeogromnie cenię sobie humor autorki, która genialne wpłata go w swoje powieści. Dla mnie mistrzostwo i totalnie się w nim odnajduje.
W „Małej drace” znajdziecie nawiązania do fińskiej mitologii - co było dla mnie ciekawym doświadczeniem. W końcu powiązania mitologiczne w książkach to żadna nowość, ale trafić na fińską? No ciężko! (Przynajmniej w moim przypadku).
No muszę wspomnieć o… Bambim! Bohaterze, który podpił moje serce już przy pierwszym spotkaniu. Bambi to taki typ bohatera, przy którym można się porozpływać. Taka pocieszna postać, trochę nieporadna, ale w taki rozczulający sposób. I zdecydowanie… takiego Bambiego to nie spotkacie nigdzie indziej!
Babcie z fińskiej dzielnicy roztaczają w tej historii swoją babciową magię - taką w wielu przypadkach… co tu dużo mówić - znajomą. I to właśnie wokół babć kręci się ta historia i tego co nawywijały. No bo kto to widział… że babcia w sumie to nie żyje, ale jednak jakby żyła. Świetny i oryginalny pomysł, dzięki czemu ta historia na pewno zostanie ze mną na bardzo długi czas.
Cóż mogę dodać. Rewelacja. Po prostu. Tak chyba jest, że Marta Kisiel po prostu nie umie inaczej. Zawsze sprawia, że człowiek wyskakuje z kapci!
Mirosława Sława Żmijan wraca po latach do rodzinnego domu. Mały domek stojący w fińskiej dzielnicy nic się nie zmienił, no może troszeczkę, przez lata nie ruszane przedmioty zmieniły swoją lokalizację, a blaty aż lśnią od czystości i octu? Tylko babcia niezmiennie szydełkuje coś dużego... czy to wymarzona kapa Sławy? 👵🏼🧶
Tylko, że Sława z pomocą Beniamina Bambiego i Kristal (dziwny rok w fińskiej dzielnicy obfitujący w niecodzienne imiona) odkrywa, że babcia od kilku miesięcy urywa przed nią, że... umarła. Tak na amen-ramen. I na dokładkę to nie jedyna babcia w fińskiej dzielnicy, która postanowiła zostać na ziemi, a jakby tego było mało, po miasteczku zaczyna grasować armia krwiożerczych... kiwi? (Sami musicie sprawdzić czy chodzi o ptaka czy owoc) 👵🏼🥝
Marta Kisiel zdecydowanie umie w książki, a teraz dostaliśmy coś zupełnie nowego - bardzo przyjemną i lekką fantastykę, coś jak seria Dożywocie 🌌👵🏼🥝🧶
Dostaliśmy tu mnóstwo bohaterów, a każdy z nich zdobył moje serce w 100%. Lekko zagubieni młodzi dorośli, z którymi utożsamiam się w całości, grupka babć, które nie chcący założyły sabat oraz... kiwi, które jest mistrzostwem świata! 🥝👵🏼🌌
Na podium najlepszych bohaterów zupełnie zasłużył Jelonek Bambi, którego nie da się nie lubić, babcia Kristal oraz gadający chodnik (nie powiem nic więcej, żeby nie spojlerować!) 🧶👵🏼🌌
Wielki plus za całą twórczość - szydełkowanie, robienie na drutach, a Bambi zdecydowanie zasłużył na krosno 🌌🧶🥝
Sam pomysł, żeby sprowadzić mitologię fińską do polskiego miasteczka- cudowny! No i kiwi - proszę, przeczytajcie tę książkę choćby po to, żeby dowiedzieć się o co mi chodzi 🥝🧶🌌
Już jakiś czas temu miałam przyjemność poznać twórczość Marty Kisiel za sprawą serii o Małym Lichu. Odsłuchałam również audiobooka „Cztery pory magii”. Jak prezentuje się sytuacja w fińskiej dzielnicy? Jak można się spodziewać naprawdę interesująco i zjawiskowo za sprawą fabuły i stylu pisania. Serio, ta książka jest podręcznikowym przykładem tego jak można kupić czytelnika po 1 stronie. Nigdy nie jeździłam na wakacje do babci, ale dzięki tej książce autentycznie nabrałam na to ochoty. 🤣 Co do bohaterów to byli oni sympatyczni, z miłą chęcią czytałam o ich perypetiach, ale jakoś nie utknęli mi szczególnie w pamięci (oprócz babć🫰). Wszystko tutaj jest przemyślane, łączy się i pasuje do pozostałych elementów. No i to poczucie humoru – nie zliczę ile razy się śmiałam. Tutaj jest wszystko: cudowny klimat lata, niespotykane potwory, komizm i wiele, wiele więcej. 💜 „Mała draka w fińskiej dzielnicy” to książka nie tylko dla fanów twórczości Marty Kisiel. To również lektura idealna dla wielbicieli dobrych, lekkich i niebanalnych książek. A dlaczego w ogóle to draka w fińskiej dzielnicy? A tego to nie powiem, trzeba samemu przeczytać.😏
Nie jestem przekonana, trochę mi się podobało a trochę się wynudziłam. Dużo tu było dziur i przestojów. Na spacer z psem spoko ale zapomnę o tej książce za miesiąc.
Mała draka w fińskiej dzielnicy to najnowsza książka Marty Kisiel, która łączy w sobie niezawodny humor autorki oraz gang babć. Książka została wydana przez Wydawnictwo Mięta.
Autorka nie zawodzi. Jak uwielbiam jej twórczość, tak w Małej drace przechodzi samą siebie humorem, pomysłami i babciami. Książka ma w sobie wszystko, co pokochałam przy pierwszej książce Kisiel, którą czytałam lata temu, a nawet więcej. Jednym słowem mogę podsumować to bardzo łatwo: genialne.
Jednak jedno słowo recenzji nie czyni. Mała draka w fińskiej dzielnicy to książka, gdzie absurd goni absurd, a język stanowi raczej zabawkę w rękach twórczyni niż narzędzie do opowiedzenia historii. Bardzo urzekł mnie sposób narracji, który łamał czwartą ścianę, przez co wydał się być czymś na wzór opowieści spod ogniska, która wylewała się z nieco podpitej głównej bohaterki. Sprawiło to, że bardzo łatwo było się zatracić w opowieści, a wszelkie dziwactwa, które się pojawiały (jak na przykład gryzące ludzi kiwi) przyswajało się tylko z aprobującym uniesieniem brwi i oczekiwaniem na więcej.
Autorka w pomysłowy sposób łączy fińską mitologię z polską wsią i wakacjami u babci. Sam początek, zanim magia pokazała swoje oblicze, a babcia okazała się mieć swoje sekrety, wywołał we mnie ogromne pokłady nostalgii i sentymentu, a opisywane sceny przywoływały uśmiech na ustach. A potem doszła magia i jeszcze więcej babć, co wprowadziło nieco chaosu. A także jeszcze więcej humoru.
I chociaż na główny plan fabularny wysuwa się sprawą fińskiej magii, małe i duże kiwi oraz kwestia emerytowanego sabatu, najbardziej poruszyło mnie w tej opowieści co innego. Tak, to było cudowne, niesamowite, wciągające oraz zabójczo śmieszne, ale książka zmusiła mnie do refleksji, czego się w ogóle nie spodziewałam po takiej humorystycznej pozycji.
Sława i ogólnie reszta dzieciaków z fińskiej dzielnicy, choć w sumie nie dzieciaków, bo młodych ludzi uważanych za dorosłych, mierzą się z właśnie dorosłością - największym potworem dzisiejszego świata. I mierzą się z tym problem, oraz kilka innymi, trochę bardziej nadnaturalnymi, w sposób, z którego można się wiele nauczyć. Marta Kisiel umiejętnie porusza się wśród myśli, które zapewne krążą po głowach wielu młodych ludzi, którzy kończą studia i nagle trafiają do wielkiego, prawdziwego życia, którego nie rozumieją, a które mocno potrafi dać w kość na najróżniejsze sposoby.
Przez to książka przytrafiła mi się w idealnym czasie. Dokładnie czegoś takiego teraz potrzebowałam. Czegoś, co powie jasno, że życie jest jakie jest, raz jest dobrze, raz jest źle, ale ważne, że jest. A przy okazji rozbawi do łez, a także poruszy dogłębnie.
Sława Żmijan wraca do rodzinnego miasteczka. Poczucie porażki jej nie opuszcza. Ale jak dobrze znaleźć się w znanym miejscu, wśród kolegów z dzieciństwa i oczywiście ukochanej babci. Co zrobić kiedy okazuje się, że jednak babcia, już nie jest tą samą babcią co była? Sława i spółka próbują rozwikłać zagadkę fińskiej dzielnicy oraz odkryć sekrety babć.
„Mała draka w fińskiej dzielnicy” to świetna fantastyczna książka autorstwa Marty Kisiel. Styl i humor autorki jest mi dobrze znany, jednak nie czytałam jeszcze nic z fantasy, ale jestem bardzo zadowolona z tego spotkania. Narracja pierwszoosobowa, ale bohaterka zwraca się też bezpośrednio do czytelnika, co jest fajnym urozmaiceniem. Historia zawarta w powieści wprawia w dobry nastrój i otula jak kocyk. Cudowna historia o przyjaźni w obliczu straty i ciężkich chwil, niecodziennych sytuacji, o relacjach rodzinnych, trudach dorosłości albo nie radzenia sobie z nią. Powieść łączy ze sobą wątki obyczajowe i fantastyczne z dużą dawką humoru. Wszystko ze sobą świetnie współgra, skłania do refleksji. Zagadka jest wciągająca od samego początku, a wartka akcja nie pozwala na oderwanie się od książki. Mamy małomiasteczkowy klimat, fińskie domki, babcie żywe i te mniej ze swoimi tajemnicami, zorze polarne, krwiożercze kiwi, wierzenia ludowe, obrządki pogrzebowe, mitologię fińską. Bohaterzy wykreowani cudowni, wyraziści, każdy swoją osobowością nadaje kolorytu tej historii. Jednak najlepsze są babcie! Do czego są w stanie się posunąć żeby im bliskim żyło się lepiej? Musicie to sprawdzić sami! Polecam zanurzyć się w tej nietuzinkowej, ciepłej lekturze, zadowolenie gwarantowane!
Lubisz napisane z dystansem i humorem książki? Porozmawiamy.
Co mają wspólnego kibole, zorza polarna, sabat, fińska dzielnica i babcie, a do tego jakieś kiwi? O tym wszystkim (i wiele więcej) opowiada Sława. Głowna bohaterka z humorem i dystansem wprowadza czytelnika w zasady funkcjonowania i współżycia społecznego w fińskiej dzielnicy. A uwierz jest do czego!
Znajdziesz tutaj fajne połączenie pokoleń, bo próba rozwiązania zagadki wymaga współpracy Sławy, Kristal, Bambiego i babć – tych żywych i nie do końca. Pięć babć, które, jak to babcie, chciały dobrze dla swoich dzieci i wnuków. Niestety w pewnym momencie coś poszło nie tak...
Sporo tu pokrzepiających słów i nauki życiowej. Rozmowa o definicji "dobrego życia" w szczególny sposób zwróciła moją uwagę i skłoniła do chwilowej refleksji. Autorka w zabawnej treści przemyca ważne tematy – o wsparciu w tych najlepszych, ale też najtrudniejszych momentach, o stracie. I pięknie to ograła.
To ciepła, intrygująca historia zawierająca bardzo ciekawy pomysł na fabułę. Trochę pokręcona, nieszablonowa i wywołująca uśmiech, a przy tym z przesłaniem i wartościami. Podoba mi się!
Książka jest dość pokręcona, ale to czyni ją ciekawą. Wszystkie elementy, które z początku mogą wydawać się drobiazgami l wnoszą coś do fabuły. Podczas czytania nieraz będziemy się zastanawiać jaki mają związek te wydarzenia, a na koniec bum wszystko się łączy. Jest to książka przygodowa z realizmem magicznym. Bawiłam się na niej świetnie i miło spędziłam czas. Nie raz też mnie rozbawiała, zwłaszcza żart o tym,że babcia Nadzie... a zresztą dowiecie się sami😚 Jest raczej skierowana trochę do starszych dzieci niż "Małe Licho", według mnie tak dla dwunastolatków będzie już okej. I nie myślcie, że jeśli książka jest dobra dla młodszych to starszych już nie zachwyci, jest wręcz przeciwnie. Bohaterów oczywiście uwielbiam, a już w szczególności Bambiego. Postać wyrazista, specyficzna i lekko nieogarnięta - taka, którą odrazu da się polubić. Babcia też były różnorodne, a momentami to wręcz ikoniczne ✨W tym wszystkim miałam wrażenie, że tylko główna bohaterka była szara.
Podsumowując pozycję idealna do siedzenia kilku miłych wieczorów. Styl Pani Marty, barwni bohaterowie i wciągająca fabuła powinny przypaść do gustu nie jednemu czytelnikowi.