Mała draka w fińskiej dzielnicy to najnowsza książka Marty Kisiel, która łączy w sobie niezawodny humor autorki oraz gang babć. Książka została wydana przez Wydawnictwo Mięta.
Autorka nie zawodzi. Jak uwielbiam jej twórczość, tak w Małej drace przechodzi samą siebie humorem, pomysłami i babciami. Książka ma w sobie wszystko, co pokochałam przy pierwszej książce Kisiel, którą czytałam lata temu, a nawet więcej. Jednym słowem mogę podsumować to bardzo łatwo: genialne.
Jednak jedno słowo recenzji nie czyni. Mała draka w fińskiej dzielnicy to książka, gdzie absurd goni absurd, a język stanowi raczej zabawkę w rękach twórczyni niż narzędzie do opowiedzenia historii. Bardzo urzekł mnie sposób narracji, który łamał czwartą ścianę, przez co wydał się być czymś na wzór opowieści spod ogniska, która wylewała się z nieco podpitej głównej bohaterki. Sprawiło to, że bardzo łatwo było się zatracić w opowieści, a wszelkie dziwactwa, które się pojawiały (jak na przykład gryzące ludzi kiwi) przyswajało się tylko z aprobującym uniesieniem brwi i oczekiwaniem na więcej.
Autorka w pomysłowy sposób łączy fińską mitologię z polską wsią i wakacjami u babci. Sam początek, zanim magia pokazała swoje oblicze, a babcia okazała się mieć swoje sekrety, wywołał we mnie ogromne pokłady nostalgii i sentymentu, a opisywane sceny przywoływały uśmiech na ustach. A potem doszła magia i jeszcze więcej babć, co wprowadziło nieco chaosu. A także jeszcze więcej humoru.
I chociaż na główny plan fabularny wysuwa się sprawą fińskiej magii, małe i duże kiwi oraz kwestia emerytowanego sabatu, najbardziej poruszyło mnie w tej opowieści co innego. Tak, to było cudowne, niesamowite, wciągające oraz zabójczo śmieszne, ale książka zmusiła mnie do refleksji, czego się w ogóle nie spodziewałam po takiej humorystycznej pozycji.
Sława i ogólnie reszta dzieciaków z fińskiej dzielnicy, choć w sumie nie dzieciaków, bo młodych ludzi uważanych za dorosłych, mierzą się z właśnie dorosłością - największym potworem dzisiejszego świata. I mierzą się z tym problem, oraz kilka innymi, trochę bardziej nadnaturalnymi, w sposób, z którego można się wiele nauczyć. Marta Kisiel umiejętnie porusza się wśród myśli, które zapewne krążą po głowach wielu młodych ludzi, którzy kończą studia i nagle trafiają do wielkiego, prawdziwego życia, którego nie rozumieją, a które mocno potrafi dać w kość na najróżniejsze sposoby.
Przez to książka przytrafiła mi się w idealnym czasie. Dokładnie czegoś takiego teraz potrzebowałam. Czegoś, co powie jasno, że życie jest jakie jest, raz jest dobrze, raz jest źle, ale ważne, że jest. A przy okazji rozbawi do łez, a także poruszy dogłębnie.