Była stara i brzydka. Mijało się ją bez słowa, bo wtopiła się w okoliczny krajobraz pełen chaszczy, pyłu i kamieni, tak jakby zrodziła ją ziemia, a nie stworzyły ręce budowniczych. Skrywała w sobie sekrety, o których szeptano tylko pośród czterech ścian. Kamienica.
Po jej zbutwiałych schodach Anna Musiałowicz wprowadza nas w światy równoległe, gdzie czas przestaje mieć znaczenie, a losy lokatorów splatają się w przedziwnych okolicznościach. Co łączy wszystkich bohaterów? Co ich rozdzieli? I kim jest stary Ciesiółka — gospodarzem czy może tajemniczym strażnikiem tego miejsca?
Z wykształcenia pedagog-resocjalizator. Z natury włóczykij. W chwilach wolnych od obowiązków rodzinnych i zawodowych grywa w szachy, nawiedza zamki, rysuje gdzie popadnie i co popadnie; zazwyczaj słucha heavy metalu i rocka, czyta głównie fantasy. Z zamiłowania pisarka. Jako autorka zadebiutowała w marcu 2016 roku. Jako redaktor i korektor działa głównie w wydawnictwach związanych z horrorem i fantasy, zajmuje się również promocją książek. Jej opowiadania i drabble zostały opublikowane w magazynach i antologiach związanych z literaturą grozy i podręcznikami RPG. „Diabeł zza okna” to jej debiutancka powieść.
Przez prawie całą książkę czytelnik ma wrażenie, że w rękach trzyma zwyczajną (taką nawet w leniwym tempie) obyczajowkę. No może troszkę odmieną od tych tradycyjnych, bo o losach mieszkańców kamienicy "opowiadają" jej... ściany. Dopiero zakończenie zmienia perspektywę. Ale żeby katalogować opowieść jak horror, to się raczej nie zgadzam.
Przede wszystkim kategoria książki, z którą jest utożsamiana (horror) jest nietrafiona. Dla mnie to jest literatura obyczajowa z elementami realizmu magicznego oraz gdzieniegdzie uczuciem grozy (widać to nawet po wielu komentarzach innych czytelników).
Co do samej książki, gdzieś do połowy myślałam sobie, nie no ładnie napisane, autorka ma bardzo plastyczny styl opowiadania, ale sama treść to taki obyczaj, wsiąkamy w opowieść o lokatorach pewnej upadającej dzielnicy. Do tego momentu uznawałam, że pewnie będą 3⭐
Z każdą historią jest jednak coraz dziwniej, trochę mroczniej, a ja zdaję sobie sprawę, że nawet nie wiem kiedy, ale dość mocno wkręciłam się w losy tych osób.
Zakończenie świetne, jeszcze bardziej podkręciło niepokojący wydźwięk tej powieści.
Stoi zapomniana pomiędzy licznymi modernistycznymi budowlami. Wypychana tą nowoczesnością poza miejski kadr, choć umiejscowiona w samym jego centrum. Mijana obojętnie przez przechodniów, niegodna ludzkiego spojrzenia, odpychająca starczą brzydotą. Jej popękane ściany, niczym pomarszczona skóra przywodzą na myśl kres istnienia. Odpadające dachówki i pozapadana konstrukcja z dnia na dzień sypią się wraz ze stropem, tak jak i wypadające siwe włosy starzejącego się mieszkańca. Brzydka kamienica, zapomniana przez resztę społeczeństwa, ignorowana i niepotrzebna nikomu innemu, prócz jedynego stróża jej strzegącego.
Wszyscy już dawno poumierali, bądź wyprowadzili się, wyjechali w wielki świat, ten lepszy, zagraniczny. Jedni wrócili z podkulonym ogonem po latach, szukając schronienia i bliskości wśród tych znajomych, hermetycznie otulających ścian. Inni, no cóż - uciekli gdzie pieprz rośnie unikając bliskości zła skrywającego się gdzieś wewnątrz, w ciemności spowijającej jej piwniczne zakamarki, smrodu trupiego rozkładu, ludzkich mrocznych uczynków i intencji.
Przechadzając się po zbutwiałych schodach kamienicy pozaglądamy za drzwi kilku mieszkań i posłuchamy wyszeptanych przez ściany nostalgicznych historii, które od lat przenoszone są z kurzem z kąta w kąt.
Anna Musiałowicz, to wirtuozka słowa, skrupulatnie nakreśliła mroczne tło do swojej klimatycznie utkanej historii. Postaci zamieszkujące kamienice niosą znamiona prawdziwych ludzi, których cechują najrozmaitsze słabości, uleganie pokusom, skrywanie najintymniejszych tajemnic. Motywem przewodnim jest tutaj przemijanie, bolączki związane z upływającym czasem, starzeniem się i dorastaniem. Autorka nawet w dwustustronicowej opowieści potrafiła zawrzeć ogromny ładunek emocjonalny, nadając każdemu z rozdziałów rezonujący wydźwięk straty. Utraty miłości, godności, zaufania, młodości, piękna, bliskich, rodziny, oraz finalnie - życia. Groza skrywająca się wewnątrz plugawych ludzkich dusz ma swoje odbicie w równie paskudnej rezydencji, oraz wydarzeniach się tu toczących. Cudownie mroczną prozą płynąca! 🏚️
Autorka przeszła samą siebie. Klimat tej książki sprawia, że trudno od niej oderwać myśli. Zakończenie mnie zaskoczyło. I tu kłaniam się Annie Musiałowicz w pas, bo wykorzystała dobrze mi znany motyw, a zrobiła to tak sprytnie, że nie przejrzałam tego do samego końca. Brawo!
Tym razem ściany nie tylko słuchają, lecz opowiadają także historie. Opowieści o tym, co działo się wcześniej, gdy w tej starej kamiennicy mieszkało jeszcze dużo lokatorów. Nie jest to straszne. Większość czasu czyta się to jak obyczajówkę. Ma trochę klimatu straszniejszego. Parę złych rzeczy się wydarzyło. Zakończenie nie jest oczywiste, lecz mogłoby być dłużej opisane.
Na pewno nie jest to horror (a tak ta książka jest reklamowana). Raczej jest to realizm magiczny z elementami grozy. Czyta się to bardzo dobrze. Szkoda tylko, że zakończenie zostało zbyt szybko poprowadzone.
Bardzo dobrze spędziłam przy niej czas, świetny klimat. Niby prosta, proste historie zwykłych ludzi, a jednak ma w sobie coś niezwykłego, czasem niepokojącego. Końcówka książki wręcz wywołała u mnie ciarki.
🏚 W tej kamienicy czas już się zatrzymał. Został tylko jeden lokator w jej murach. Ale, jej ściany mają oczy, mają uszy i lubią mówić, lubią opowiadać, a on lubi ich słuchać. I tak snują opowieści o minionych mieszkańcach kamienicy. O żonie, która do końca życia została u boku męża, w końcu on już nie pił i mogła się wygadać. O braciach-rozrabiakach, których pożarło piwniczne zło. O fryzjerce, która im piękniejsza, tym była bardziej niewidzialna. I o nim, tym, który siedzi i czeka i słucha i patrzy w ciemność.
🖤 Ale to dobrze się czytało! Lektura niedługa, ale nasycona, koszmarna i niepokojąca. Anna Musiałowicz w "Kuklanym lesie" snuła historię oniryczną, a tu poraża zwykłym ludzkim złem i niegodziwością zamaskowanymi pod warstwą grozy. I tego od grozy właśnie oczekuję - czołgającego się strachu, podskórnego poczucia, że nie wszystko jest do końca w porządku. Że spojrzę na drugiego człowieka i będę chciała uciekać. I takie poczucie dało mi "Po zbutwiałych schodach".
🌟 To będzie jedna z ulubionych bezsennych lektur tego roku - zrob sobie przyjemność i przeczytaj, możesz też wrzucić na półkę Legimi 📖 Warto 🖤
P.S. Od razu podczas lektury pomyślałam o "Domach i innych duchach" Marty Bijan - podobny nastrój i podobny kierunek zwiedzania.
Zacznijmy od tego, że książka napisana jest tak pięknym językiem, że co stronę mamy cytat, zdanie, które możemy sobie mielić w głowie i się nim napawać. Z tego co widziałam, moi przedmówcy napisali, że "Po zbutwiałych schodach" to nie jest groza, czyli gatunek, do którego nas przyzwyczaiła Anna Musiałowicz. Że autorka coraz mocniej odpływa w stronę literatury pięknej. Zgodzę się, że książka ma cechy literatury pięknej, ale dla mnie była jednocześnie jednym z najbardziej "grozowych" dzieł autorki. Podejrzewam jednak, że moja opinia wynika z subiektywnych odczuć - ja po prostu boję się ciemnych domów, kamienic, budynków. Moja wyobraźnia działała jak wściekła podczas lektury. Szczerze polecam!