Recenzja: „Zapomniany takt” – opowieść o samotności, pamięci i nieuchwytnych śladach miłości
Martyna Stawiszyńska w swojej powieści „Zapomniany takt” oferuje czytelnikowi historię subtelną, nastrojową i – mimo swojej lekkości językowej – niosącą ze sobą wiele treści, które zostają w pamięci długo po odłożeniu książki. To opowieść nie tylko o uczuciu, które dojrzewa po cichu, ale przede wszystkim o samotności, pamięci, stracie i o tym, jak przeszłość przenika teraźniejszość – dosłownie i w przenośni.
Fabuła, choć oparta na dość klasycznym motywie „ducha z przeszłości”, została poprowadzona w sposób, który nie nuży. Wręcz przeciwnie – prawie 400 stron mija zaskakująco szybko. To zasługa nie tylko wartkiego stylu autorki, ale też stopniowo budowanego napięcia i dobrze wyważonego rytmu narracji. Od samego początku historia Nancy i Benjamina intryguje i wciąga, choć nie wszystko w tej opowieści jest odkrywane od razu.
Nancy, główna bohaterka, to postać wewnętrznie złożona – zamknięta w sobie, wycofana, nieufna. Jej przemiana dokonuje się stopniowo, na tle relacji z Benjaminem – tajemniczym, cichym, ale zarazem pełnym wewnętrznego światła mężczyzną, który wprowadza do jej życia spokój i ciepło. Choć oboje budzą sympatię i bardzo łatwo im kibicować, to niestety – ich relacja nie została wystarczająco pogłębiona. Uczucie pomiędzy nimi jest zauważalne, niemal wyczuwalne, ale zabrakło kluczowego momentu kulminacyjnego. Wyznanie pada dopiero pod koniec powieści, przez co nie do końca wybrzmiewa z całą swoją siłą. Potencjał tego wątku był ogromny – i szkoda, że nie został w pełni wykorzystany.
Warto również zwrócić uwagę na relację Nancy z Benem – synem siostry Benjamina, która mogła stać się istotnym pomostem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Niestety, i ten wątek pozostaje jedynie zarysowany. Zabrakło mi większej liczby interakcji, wspólnych rozmów, emocjonalnej głębi, która pokazałaby, jak bardzo historia sprzed lat wpływa na obecne pokolenie.
Choć książka porusza ważne tematy, emocje nie zawsze są dostatecznie intensywne. Były momenty refleksji i smutku, było współczucie, ale zabrakło scen, które naprawdę poruszają do głębi. Być może wynika to właśnie z niedosytu w warstwie relacyjnej – gdyby uczucia zostały przedstawione pełniej, ich siła oddziaływania byłaby większa.
Nie sposób jednak pominąć zakończenia – pięknego, poruszającego i niezwykle symbolicznego. To właśnie ostatnie rozdziały niosą największy ładunek emocjonalny i pozostawiają z czytelnikiem najwięcej myśli. Jest w nich czułość, melancholia i pewnego rodzaju pogodzenie się z tym, co było i czego nie da się zmienić.
Jeśli miałabym wskazać słabszy punkt fabularny, byłaby to nagła przemiana rodziców Nancy – trudna do uwierzenia i nie do końca wiarygodna psychologicznie. Z kolei postać przyjaciółki Nancy, choć pozytywna, wydaje się nieco zbyt idealna, niemal oderwana od rzeczywistości – pozbawiona wad, zbyt naiwna. W zestawieniu z bardziej realistyczną i wewnętrznie zagubioną Nancy, wypada blado i nie do końca przekonująco.
⸻
Podsumowanie
„Zapomniany takt” to książka, która łączy w sobie delikatność stylu z tematami trudnymi i istotnymi – samotnością, śmiercią, lękiem przed bliskością, potrzebą miłości i zrozumienia. To opowieść o tym, jak przeszłość potrafi żyć obok nas i jak trudno czasem otworzyć się na drugiego człowieka.
Choć niektóre wątki zostały potraktowane zbyt powierzchownie, a emocjonalny potencjał relacji między bohaterami nie został w pełni wykorzystany, całość tworzy spójną, dobrze napisaną historię z pięknym finałem. To książka, która mogłaby stać się nastrojowym filmem – pełnym muzyki, światła i ciszy.
Polecam tym, którzy cenią literaturę refleksyjną, subtelną i pozostającą z czytelnikiem na dłużej.