gowno (doslownie)
CAN XUE – CZYLI JAK DOSTAĆ NOMINACJĘ DO NOBLA ZA KSIĄŻKĘ O KUPIE
Bądź gotów na zanurzenie się w świecie nie kończącego się koszmaru – takie słowa znajdują się w przedmowie utworu. Kiedy sięgamy po tę powieść czujemy się zafascynowani takim wstępem. Myślimy co czeka nas w środku. Jednak do ostatniej strony nie byłam w stanie znaleźć czegoś wartego uwagi. Mogłam posłuchać autorki i zostawić ten koszmar na mojej półce z książkami.
Jednak parę zdań później czytamy zaczekaj i wszystko samo się wyjaśni, a jeśli nie, to najwidoczniej z tobą jest coś nie tak. Te słowa autorki pozostawiają gęsią skórkę jednocześnie fascynują czytelnika. Na próżno. Dla mnie nie wyjaśniło się nic.
Już od pierwszych stron możemy mieć wrażenie ze mamy do czynienia z fikcja, wiele razy wspominany jest popiół spadający z nieba, który najprawdopodobniej ma być odzwierciedleniem deszczu, tylko w brudnej i absurdalnej formie. Wczytując się w resztę fabuły, wiemy, że autorka nie mogła użyć tutaj deszczu, ponieważ byłby on symbolem oczyszczenia. A w tej powieści nie ma miejsca na oczyszczenie. Wszystko powinno być brudne, paskudne i jak najbardziej odrażające. Wtedy najlepiej będzie wpasowywało się w wykreowany świat. Wszystko było pokryte popiołem, domy były brudne, nie było widać okien, a ludzie odczuwali jego skutki na sobie mając przez cały rok katar i zaczerwienione oczy, lecz nikt nie wiedział skąd on się bierze.
Przesada to jedyne słowo jakie pojawia mi się w głowie podczas czytania tego utworu, pomijając ulice i ludzi spowitych popiołem z niewyjaśnionych przyczyn nie zadających sobie pytania, dlaczego tak się dzieje. Do opisów zwykłych rzeczy, które musza być złe; ludzie nie są kojarzeni z ludźmi, są kojarzeni ze śmiercią, bo skoro na ulicy są ludzie jest tam również z nimi śmierć. Owoce nie mogą być dobre i słodkie, są przejrzale i nadgnile. Dlaczego tak jest, nie wiemy tego ani my a ani oni. Jednak my potrafi sobie zadać pytanie, dlaczego? A oni nie muszą go sobie zadawać, bo to koszmar, do którego są już przyzwyczajeni.
Wspomniany sen, główny temat tej książki, można interpretować (choć autorka przestrzega, aby nikt nie interpretował jej książki) jako ucieczkę od rzeczywistości. Jeden fragment może nam to potwierdzić, spano do południa, aby zaoszczędzić na jednym posiłku. Jednak moją tezę można szybko podważyć, ponieważ sen bardziej spadał na ludzie niż ludzie sami chcieli w niego zapadać. Potrafili zasypiać idąc przez ulice, jedząc śniadanie lub wykonując potrzeby fizjologiczne. Nie wiadomo czym był ich sen. Jednak musiał im nie przeszkadzać. Cały ten koszmar, w którym tkwili im odpowiadał, albo nauczyli się z nim żyć. Motyw oniryczny zawarty w książce zamiast być magiczny jak to często bywa w powieściach, jest tak samo obrzydliwy jak inne części tej książki. Ludzie śnią o komarach wypełniających ich wnętrza, zdechłych kotach. Ciężko w takim przypadku mówić o marzeniach sennych. W głowach mieszkańców kłębią się same koszmary.
Irytującym aspektem tej książki są nasuwające się na język czytelnika pytania. Jak można mieszkać na takiej ulicy widzieć jedna fabrykę i nie być zainteresowanym do czego służą kule produkowane w niej. Ludzie żyjący tam zdaja sobie sprawę z absurdu w jakim się znajdują jednak nie robią niczego by mu zapobiec. Jest to tłumaczone ich zabieganiem, ale za czym gonią? Kiedy wyszło słońce wszystko gniło. Woda z kranu nie nadawała się do picia, bo podobno jakieś zwłoki zablokowali wylot pompy. Starcy na progach podciągali nogawki, żeby ukazać stopy, z których ciekła cuchnąca ciecz by nacieszyć przechodniów widokiem czerwonego mięsa. Kiedy pojawiła się zaraza i szukano nosiciela ludzie pragnęliby pochodził on od ich rodów. Pewien stary brodacz zaszedł w ciążę i po dziesięciu miesiącach urodził bliźnięta, a pewna kobieta pytona. Nie wiem w jakim celu jest prowadzona tak absurdalna narracja.
Obrzydliwe porównania słońce czerwone jak płuca świni, to częsty aspekt tej ksiażki. Kupa, gnijące zwłoki, krew i pierdy to najczęściej powtarzające się słowa. Kim był Wang Ziguang i dlaczego miał pomóc mieszkańcom? Nikt nie zwraca uwagi na ludzką krzywdę, ludzie wpadają do studzienek z których cały dzień unoszą się krzyki, ludzie rozmawiają o tym dopiero jak krzyki ucichną. Obojętność to główna cecha mieszkańców Ulicy Żółtego Błota.
Kwestia ulicy żółtego błota to zagadka. Chyba żadne zdanie nie opisuje bardziej fabuły tej powieści.
Dlaczego ktoś chciałby przeżyć ponad 80 lat? W naszym świecie pewnie każdy. Na Ulicy Żółtego Błota zapewne nikt. Można by było zastanawiać się, dlaczego, jednak zagłębiając się w codzienność opisywaną przez mieszkańców, dziwimy się jedynie, dlaczego wcześniej nie postanawiają pożegnać się z tym światem. Dlaczego pozwalają na te wszystkie rzeczy, które ich spotykają. Takie i wiele innych pytań powstawały mi w głowie, podczas czytania. Chciałabym poznać na nie odpowiedź, jednak wiem, że książka nie zawsze musi na nie odpowiadać. Dlatego pozostaje mi tłumaczyć sobie, że to sen, a wręcz koszmar.
Po skończeniu tej książki po prostu siedziałam i na nią patrzyłam. Myślałam, że zakończenie jakoś zrekompensuje mi czas, który na nią poświeciłam. I uzyskam odpowiedź na pytanie, które przez cały czas chodziło mi po głowie. O co naprawdę tu chodzi? Jednak ja się jej nie doczekałam. Może ty mój drogi czytelniku będziesz miał szczęście.