Debiut Opal Ćwikły to mariaż slamu z poezją drukowaną, wielkie, obsypane brokatem weselisko, na którym kłirowa podmiotka tańczy z Sylvią Plath. Wszystkiemu przyglądają się matki, przyjaciółki, byłe dziewczyny, psychiatrki i girlbloggerki z Tumblra. Główne danie: zupka chińska na sucho, zagryzana chipsami. Muzyka: pieśni kościelne i Arctic Monkeys. W tej ballroomowej scenerii snuta jest opowieść o nieskruszonym dziewczyństwie, konfrontująca nas z pytaniami: „Dlaczego śmiejemy się z nastolatek?” i „Czy wszystko, co robią nastoletnie dziewczyny, to zbrodnia?”.
Żeby w pełni docenić poezję współczesną musiałabym wyzbyć się awersji do współczesnego języka. Ale na razie nic na nią nie poradzę i jak widzę cishet, tumblr i żal.pl to mi kiszki skręca (z zażenowania, nie z głodu). Jestem fanką obecnych tu niekiedy rymów i rytmizacji, które krzyczą, że jest to poezja slamowa (i przez to niestety trochę traci w formie zapisanej, tym bardziej, że niektóre wiersze są zwyczajnie bardzo długie i spisane czarno na białym stają się przegadane). Poezja zrozumiała, codzienna, personalna, ale w tej personalności mi bliska. Przeznaczona do odbioru, do wysłuchania, do przyswojenia, wyciągająca do nas rękę, niehermetyczna, momentami może banalna, zajeżdżająca tanimi manifestami, jakimiś wyświechtanymi hasłami i kliszami, ale w sumie o to chodzi. Bo w tym banale i prostocie jest też poruszająca, momentami zabawna, a na pewno bardzo urzekająca.
Utwory Opal Ćwikły (Wiersze? Prozopoezja? Teksty? Wiersze slamowe? A może w ogóle kontaminacja – teksty slamowe?) potrafią błyszczeć słowami, ale nie brakuje im też zmatowiałych wyrażeń, które emanują drętwym (albo może drętwiejącym co kilka tekstów) przełożeniem self-positivity na pseudopotoczny język.
W dłuższych tekstach mocno czuć ich slamową rytmikę i sceniczność. Powielają one jedne z najczęstszych kraks, których ofiarą padają publikowane na papierze slamowe teksty – są powielane na papierze. Bardzo trudno to wytłumaczyć, ale mam wrażenie, że osoby znające specyfikę slamów opierającą się często na empatii slash performensie slash umiejętnościach recytatorskich będą wiedziały, jak rzadko bronią sie one w formie spisanej, nie chwytanej w ferworze chwili, pod wpływem środowiska w jakim sie znajdujemy, atmosfery rebelii i tworzenia czegoś własnego.
Krótsze formy mają w sobie dużo z Anouk Herman, ktorej blurb możemy przeczytać na tylnej okładce. Podejrzewam, że dostając teksty obu osob autorskich miałabym trud określić która napisała jaki wiersz. Bardzo podobny nurt hashtagów z tumblr, skrótowców, osiedlowości dziewczyńskiej. Jeszcze nie do końca umiem się w nim odnaleźć i określić, ale chyba powoli zaczynam łapać ich obrazowość.
Poziom tekstów ogólnie bardzo nierówny. Pełno jest ciekawych spostrzeżeń i gier słownych, które później przyćmiewane są brakiem połączeń między jednym a drugim wersem czy banalnymi rymami, które w gruncie rzeczy nie dodają nic do utworu, chociaż na żywo mogą lepiej ,,sprzedawać'' tekst. Ze wszystkich papierowych publikacji mających swoje źródła w slamach, lub będących do cna slamowymi, ta posiada chyba najwięcej tekstów, które umiałabym wybronić, pomimo awersji. A to dla mnie rzadkość w tworach tego typu.
fakt, że opal jest z lublina bardzo mnie do nich zbliża. a poza tym: te teksty smakują wypowiedziane jak wakacje 2023, krotochwile slamowe i to przyjemne odczuwanie dystansu wobec doświadczania hipernowoczesności. znacznie lepiej wybrzmiały zapewne jako słowo mówione, w końcu o to chodzi ze slamem i ten jego retoryczny charakter uwielbiam, od czasu do czasu, wakacyjną porą – a tę można wytropić już w atmosferze, powietrzu, zachodzie słońca na swoim fyrtlu
Fajnie się czytało, luźny język i brak interpunkcji nadaje lekkość całości. Dużo wierszy porusza mocniejsze tematy, jest sporo osobistych wyznań, część z nich bardzo bolesna.