Debiut powieściowy zanurzony w tradycji Pankowskiego, Pilota i Gombrowicza
Mieszkają pod spodem świata. Żyją na przekór porządkom. Podwajają się, a najczęściej mnożą. To plemię-rój. Wystawiają dziadowski i babski język, śmierć w pole wyprowadzają. Znienawidzeni, bo zabierają niepamięci to, co ich. Główny bohater – bezimienny chłopak – prowadzi archiwum plemienia. Jego mowa jest nawiedzana przez duchy przybłęd i gamoni. Wierzy, że tylko pamiętając, można odnaleźć to, co wspólne. Odnaleźć siebie i odważyć się na bunt. Przeciwko tym, którzy mieszkają na spodzie świata. I organizują porządek.
Michał Trusewicz (ur. 1995) – pisarz, redaktor i krytyk literacki, studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, redagował magazyn literacki „Wizje”. Autor książek takich jak Frakcje (2021) i Przednówki (2021).
Trochę przegadana, przepaplana, przemielona i za długa, a jak coś jest długie, to łatwo o to, żeby już na półmetku wystrzelało się z całego arsenału, bo czytając pierwszą stronę przeczytałeś już całość, a czytając całość nie wyszedłeś nigdy poza pierwszą stronę, rozmemłana, rozdmuchana do rozmiarów nieludzkich, może nawet zwierzęcych, wdeptuje w ziemię i okłada po głowie prostotą przesłania wyrwanego żywcem ręką o potwornie brudnych pazurach z programu ostatnich dwudziestu zrywów plebejskich, rozsmakowana w słowie, w brzmieniu, w języku giętkim i śliskim, w słowach aż proszących się o wykrzyczenie przez aktora na deskach teatru, w takcie poetyckiej prozy, prozatorskiej poezji, a przede wszystkim w formie (jeśli coś można nazwać przerostem, to jest ten moment), opakowana w gwarę, przewiązana kokardką z neologizmów, jak taka gombrowiczowsko-lemowska papka, ale ja Gombrowicza, i Lema lubię, więc papkę zajadam ze smakiem, i próbuję przedrzeć się przez te otchłanie grafomanii (bo na granicy grafomanii autor balansuje jak zawodowy linoskoczek), szukając właśnie pod tym spodem tego co pulsuje, tego co jest cenne, wartościowe, tego o czym nie należy zapominać, przedzieram się przez serię quasi-poetyckich scen, wizji koszmarnych zwyrodnień, obrazów tkanych z pajęczej śliny, jakby to był dramat Witkacego, płótno Beksińskiego, nie piękne w swojej obrzydliwości, lecz po prostu obrzydliwe, i tą swoją obrzydliwością krzyczy i pluje ci prosto w twarz, i miesza ciebie z błotem, depcze po tobie, skacze, łamie kręgosłup, wydrapuje oczy, zakleszcza się w twoim gardle, aż ty nie możesz wydobyć słowa z siebie, sparaliżowany tym obrzydzeniem, obrzydliwością nie dla samej obrzydliwości, lecz lepiącą formę do treści, spajającą odwiecznym decorum to, jak mówi i to, o czym mówi, obrzydliwość ukazuje cierpienie, ukazuje okrucieństwo, ale funkcjonując w swojej odrębności, jako kategoria, jako sposób na odnalezienie siebie, sposób na niedanie się koronkom i gumom i żelaznym protezom wciskanym w imię hołdu pracy w miejsce starych kończyn, okazuje wolność, wolność, której nie daje doświadczyć nawet czytelnikowi wciskając prosto w gardło, prosto w żołądek gotowe sensy i koncepty, a na deser, gdy już myślisz, że to koniec dydaktyzmu, obrywasz po łbie gwarowym słownikiem.
Piękna językowo, brudna treściowo proza poetycka, która pochłania i wwierca się nawet nie w arterie, a w trzewia.
Dwa światy, ten na powierzchni i ten pod powierzchnią. Zaczyna się jak kadry z wczesnych filmów Jana Jakuba Kolskiego, zmierza do wytworu chorego umysłu Raskolnikowa. Tu bowiem na górze wybrani, panowie i władcy mogący wszystko, na dole szara masa, rój, plemię, chłopaki i dziewczyny do bicia, do przeżucia i do wyplucia. Tu skorupa sucha i plugawa, pod którą ogień głosów, których nie da się uciszyć. Czy przebiją skorupę, dokonają rewolucji niszczącej wszystko? Nie wiem. W ogóle - niewiele wiem, odczułam tę powieść, nie mam przekonania, że ją w pełni zrozumiałam, co w niczym nie umniejsza poczucia obcowania z wyjątkową prozą.
Za serce chwyta mnie ta romantyczna koncepcja prawdy tkwiącej wśród zwykłych i odrzuconych. Tu narrator, "szmaciarz, ścierwiarz, zgnilec, niechciany kundel" zbiera pył pamięci, tworzy archiwum strzępów wspomnień i rzeczy tych, którzy przeminęli. Życie z drugiej, trzeciej, piątej ręki, skarb, który wart jest przechowania, wszak po nas tylko wspomnienia. Echo braciszka, którego może skusił królewicz olch, rodziców, którzy odeszli, innych - upodlonych i startych na proch. Narrator ma misję niemożliwą i zatraca się w jej wykonaniu.
to nie książka na cztery gwiazdki, ale daję je autorowi na zachętę, na start, bo mimo że historia nie wychodzi nigdy poza początek, język odbija się w mózgu jak słońce na rogówce (a może siatkówce? - w każdym razie w gałce ocznej) i skończywszy wciąż przyglądam się brudnym powidokom piekielnego miksu gwar i myślę, że właśnie tu widzę moment, w którym zwrot ludowy przeziębił się i dostał gorączki, a czy z niej wyjdzie, kto wie, zobaczymy, w każdym razie na pewno wspomnienie wewnętrznego ognia pozostanie wypisane na jego twarzy
Końcówka tak odleciała do arachnologii, że hit. Ogólnie zaś książka wypada bardzo w porządku, choć nie chcę o niej myśleć (głównie dlatego, iż MUSZĘ o niej myśleć)
Rzadko po przeczytaniu książki dochodzę do wniosku, że dobrze by było przeczytać ją jeszcze raz by dostrzec jej wszystkie niuanse i nagromadzenie treści.
Tak było w przypadku powieści Plemię. Niezbyt dużej objętościowo, jednak gęstej niczym smoła przelewająca się przez mózg czytelnika. Każde słowo ma znaczenie. Każdy stworzony obraz potęguje przyjęcie opisywanej sceny. Każdy bohater jest intensywnie charakterystyczny i przesadnie wyróżniający się. Słowa są użyte z rozwagą, a stworzone obrazy potęgują uczucie inności i przytłaczają stopniem nasilenia uczuć i emocji, które wywołują.
Tytułowe plemię to ród ludzi odrzuconych, wagabundów, życiowych dezerterów, z którymi los gra w otwarte karty nie patyczkując się z ich przeznaczeniem. Oni również biorą świat takim jakim jest i wychodzą mu naprzeciw, czasem agresywnie, czasem bezpardonowo, a czasem chowają się by lizać odniesione rany. Nic nie jest im dane na zawsze, ale też nie ma wśród nich wygórowanych oczekiwań od życia. Wszystko dzieje się szybko i bez pardonu.
Jest to proza pachnąca świeżą ziemią, intensywnym wiosennym bagnem, i wydzielinami, które produkuje w obfitości nasze ludzkie ciało. Niechcianymi, aczkolwiek potrzebnymi do przetrwania. Jest to proza, którą trzeba przeczytać ponownie, bo jestem przekonany zaskoczy swoją głębią.
Mimo małej objętości, książka ma bardzo dużo słów, które się ze sobą kleją, tak jak świat w niej przedstawiony. Nie klei się natomiast fabuła, której bardziej nie ma niż jest. Może za prosta jestem, żeby znaleźć coś w tym utworze.
Brzydota świata przedstawionego za pomocą pięknego języka. O ile kunsztu językowego nie ma co tu krytykować, zabrakło mi punktu zaczepienia w samej historii. Chętnie sięgnę po kolejne książki autora, bo widać tu coś innego, ciekawego.
Książka nie dla mnie, odnoszę wrażenie że autor tak mocno skupił się na warstwie językowej i pokazaniu swojej zajebistosci w tym zakresie, że zupełnie zapomniał o fabule.
Ciężko się tutaj cokolwiek śledzi, a treść po prostu nie zostaje w głowie. Do połowy książki autentycznie nie wiedziałam, czy bohaterowie są w ogóle ludźmi (choć to zapewne celowy zabieg), a co oni robili w tym czasie? Zapomnij….
3,5/5 Początek mocno, językowo-stylistycznie wspaniałe (dziwne, obrazowe, ciężkie, gęste, oniryczne!!!!). Niestety w pewnym momencie gęstość zaczyna przytłaczać, brakuje animuszu.
Zmęczyła mnie ta książka, hardo czytać było a nie dała się porzucić i pod spód świata odstawić, ale ostatnie trzy rozdziały samą synestezją wcześniejszych i swoim imaginarium ten znój wynagrodziły.
Alternatywna wersja historii brzmi tak: Michał Trusewicz pisze „Plemię” po to, żeby zgłosić je do organizowanego przez Oficynę Dar Dobroszyc I Konkursu na Najgorszą Książkę (o awansie klasowym) im. Timothy’ego Dextera. Wygrywa ten konkurs i zostaje wydany. Gdy po jakimś czasie chwytam jego powieść do ręki, bawię się wyśmienicie, polecam ją wszystkim jako świetny, przesadzony pastisz, wyciągający na wierzch wszystkie najabsurdalniejsze wątki zwrotoludowe. Zbijamy sobie z autorem sztamę, stylistyczna zabawa została bowiem doprowadzona do ostateczności, mamy nowego młodego prozaika (już nie debiutanta, ale mniejsza z tym), który zaskakuje, bawi do łez i ma zaostrzone pióro.
Ach, jak chciałabym, żeby ta alternatywna wersja się ziściła. Bo prawdziwy tok wydarzeń nie jest tak wesoły i przyjemny. Trusewicz porzucił swoje szanse na tytuł najsprawniejszego warsztatowo parodysty fantazji o wykluczeniu – napisał książkę, w której (co prawda, podobno) jest dużo humoru; trudno jednak powiedzieć, co tu należałoby brać na poważne.
Główny bohater „Plemienia” – archiwista, mnich, a może nawet prorok – balansuje na granicy między życiem a śmiercią. Współtworzy i spaja wspólnotę nazywaną na różne sposoby, ale najczęściej – rojem. Bohater nie jest jednak medium, jego zadanie nie polega na komunikowaniu i wyjaśnianiu spraw zmarłych. Stanowi raczej rodzaj naczynia, w którym kumulują się niechciane, pogardzane byty. Jak sam twierdzi: „Nie rozmawiałem ze zmarłymi, ja po prostu byłem pustym miejscem pozostawionym na nadejście sekretów plemienia”. Ta metafora rozwijana jest u Trusewicza nad wyraz dosłownie. Bycie pustym naczyniem okazuje się sprawą bardzo fizjologiczną, by nie powiedzieć – erotyczną. Fantazja o przyjmowaniu w siebie wszystkiego, co marginalne, spajaniu się z tym, oddawaniu we władanie, służeniu jako nośnik – to właściwie sedno całej opowieści. Nie bez powodu więc „ja” szybko w narracji schodzi na dalszy plan na rzecz „my”; trudno wszak o silny jednostkowy głos kogoś, kogo funkcją jest zbieranie głosów innych.
Dlaczego jednak w skonstruowanym przez Trusewicza świecie potrzeba w ogóle takiego nośnika? Komu przydaje się mnich-prorok? Oczywiście tym, którzy nie mają własnego głosu – którym głos ten był odbierany i tłamszony na przestrzeni dziejów. Tytułowe „plemię” jest więc siecią wszystkich podmiotów marginalizowanych i wyzyskiwanych w dziejach. „My” u Trusewicza wyznaczone zostało przez historię długiego trwania krzywd i przemocy – w opowieści mieszają się hierarchie władzy sprzed kilkuset lat i sprzed wczoraj.