Trochę przegadana, przepaplana, przemielona i za długa, a jak coś jest długie, to łatwo o to, żeby już na półmetku wystrzelało się z całego arsenału, bo czytając pierwszą stronę przeczytałeś już całość, a czytając całość nie wyszedłeś nigdy poza pierwszą stronę, rozmemłana, rozdmuchana do rozmiarów nieludzkich, może nawet zwierzęcych, wdeptuje w ziemię i okłada po głowie prostotą przesłania wyrwanego żywcem ręką o potwornie brudnych pazurach z programu ostatnich dwudziestu zrywów plebejskich, rozsmakowana w słowie, w brzmieniu, w języku giętkim i śliskim, w słowach aż proszących się o wykrzyczenie przez aktora na deskach teatru, w takcie poetyckiej prozy, prozatorskiej poezji, a przede wszystkim w formie (jeśli coś można nazwać przerostem, to jest ten moment), opakowana w gwarę, przewiązana kokardką z neologizmów, jak taka gombrowiczowsko-lemowska papka, ale ja Gombrowicza, i Lema lubię, więc papkę zajadam ze smakiem, i próbuję przedrzeć się przez te otchłanie grafomanii (bo na granicy grafomanii autor balansuje jak zawodowy linoskoczek), szukając właśnie pod tym spodem tego co pulsuje, tego co jest cenne, wartościowe, tego o czym nie należy zapominać, przedzieram się przez serię quasi-poetyckich scen, wizji koszmarnych zwyrodnień, obrazów tkanych z pajęczej śliny, jakby to był dramat Witkacego, płótno Beksińskiego, nie piękne w swojej obrzydliwości, lecz po prostu obrzydliwe, i tą swoją obrzydliwością krzyczy i pluje ci prosto w twarz, i miesza ciebie z błotem, depcze po tobie, skacze, łamie kręgosłup, wydrapuje oczy, zakleszcza się w twoim gardle, aż ty nie możesz wydobyć słowa z siebie, sparaliżowany tym obrzydzeniem, obrzydliwością nie dla samej obrzydliwości, lecz lepiącą formę do treści, spajającą odwiecznym decorum to, jak mówi i to, o czym mówi, obrzydliwość ukazuje cierpienie, ukazuje okrucieństwo, ale funkcjonując w swojej odrębności, jako kategoria, jako sposób na odnalezienie siebie, sposób na niedanie się koronkom i gumom i żelaznym protezom wciskanym w imię hołdu pracy w miejsce starych kończyn, okazuje wolność, wolność, której nie daje doświadczyć nawet czytelnikowi wciskając prosto w gardło, prosto w żołądek gotowe sensy i koncepty, a na deser, gdy już myślisz, że to koniec dydaktyzmu, obrywasz po łbie gwarowym słownikiem.
ale w sumie to mi się podobało
8/10