Wzięta przypadkowo do ręki jako krótka lektura na czas siedzenia w bibliotece. Właściwie to błędnie założyłam, że będzie to zwięzłe opowiadanie Tolkiena, przed podjęciem wyzwania w postaci Silmarillionu (na którego jeszcze brak był czasu).
Książka ta składała się ze stu-stronnicowego rozważania, w formie rozprawki, na temat baśni; jej pochodzenia, wpływu na ludzi, zrozumienia i wiele więcej.
Nie ukrywam nie była to przyjemna lektura, którą wydawało mi się, że podejmuję, ale kontynując zależało mi na tym żeby ją przeczytać. Myślę, że ciężko czytało się ją, ze względu na trudny styl naukowej wypowedzi, ale przy dostatecznym skupieniu była ona ciekawa.
Niekoniecznie są to moje tematy, iż wielką fascynatką baśni to nie jestem, ale mimo wszystko myślę, że dało mi ono większe zrozumienie na twórczość Tolkiena i jego zrozumienie swoich dzieł.
Znalazłam w sumie sporo ciekawych momentów, więc kontynując tradycję załączam je poniżej:
,, Wszakże nawet w przypadku języka o wiele ważniejsze (i o wiele trudniejsze do pochwycenia) są jego możliwości i istota jako żywej mowy, a nie jego dzieje. Tak jest też, moim zdaniem w przypadku baśni- ciekawsze, ale i trudniejsze są dociekania na temat tego, czym opowieści te są obecnie dla nas i jakie kształty nadały im owe alchemiczne procesy, którym tak długo podlegały. Warto przytoczyć tu słowa Dasenta: ,,Musimy zadowolić się zupą, którą nam podano, i wyzbyć się pragnienia by obejrzeć kości wołu, na których zupę tę przygotowano”. Chociaż co dziwne, Dasent przez ,,zupę” rozumiał całą bałaganiarską i naciąganą prehistorię folkloru opartą na wczesnych przesłankach filologii porównawczej, a przez ,,pragnienie, by obejrzeć kości wołu’’- żądanie by przedstawiono całą procedurę i materiał dowodowy prowadzący do sformułowania takich, a nie innych teorii. Ja natomiast mianem ,,zupy” określałbym samą powieść podaną nam przez autora, a za kości uznałbym jej źródła albo początki, które mnie nie interesują, nawet jeśli rzadkim trafem dałoby się je zrekonstruować w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Naturalnie nie bronię mówić o zupie jako i zupie”.
,,Większość sporów prowadzi do uproszczeń, których dopuszczają się obie strony bądź przynajmniej jedna z nich”.
,,Dzieje baśni są najpewniej mniej skomplikowane niż dzieje ludzkiej rasy i równie złożone jak historia ludzkiego języka”.
,,Wszystkie te procesy- niezależna inwencja, dziedziczenie i dyfuzja- musiały odegrać pewną rolę w tworzeniu zawikłanej opowieści. [..]
Najważniejsza jest i n w e n c j a; nic więc dziwnego, że jest ona najbardziej tajemnicza. Właśnie do inwencji twórczej muszą w końcu prowadzić rozważania o pozostałych procesach. D y f u z j a (zapożyczenie w przestrzeni) czy to artefaktów, czy opowieści każe tylko szukać ich początków gdzie indziej. W centrum danego obszaru dyfuzji znajduję się miejsce, gdzie żyje twórca. Podobnie jest z d z i e d z i c z e n i e m (zapożyczeniem w czasie)- ostatecznie odsyła nas oni do twórcy w dalekiej przeszłości. A jeśli jesteśmy przekonani, że czasami podobne tematy, idee czy pomysły pojawiały się niezależnie od siebie, to po prostu mnożymy owego pradawnego twórcę- chodź nie pomaga nam to w lepszym zrozumieniu jego daru”.
,,Można bez żalu porzucić pogląd Mullera, że mitologia to ,,choroba języka”. Równie dobrze można powiedzieć, że myślenie to choroba umysłu. Mitologia nie jest żadna chorobą, choć naturalnie, jak wszystkie ludzkie wytwory, sama może być chora. Bliższym prawdy byłoby już stwierdzenie, że języki- a szczególnie współczesny języki europejskie- są chorobą mitologii”.
,,Umysł ludzki, obdarzony zdolnością generalizacji i abstrahowania, nie tylko postrzega ,,zieloną trawę” jakoś coś rożnego od innych zjawisk (i przyjemnego dla oczu), ale widzi także, że jest to i ,,zieleń” i ,,trawa”.
,, Dzieci są naturalnie zdolne do literackiej wiary pod warunkiem, że narrator jest dość dobry, by ją sprowokować. Ten stan umysłu zwykło się nazywać dobrowolnym zawieszeniem niewiary. Moim zdaniem nie jest to poprawny opis tego, co się rzeczywiście dzieje. Tak naprawdę nadawca opowieści okazuje się owocnym twórcą wtórnego świata, w który może wniknąć umysł odbiorcy, a wszystko, o czym mówi, jest „prawdziwe" w ramach tego świata: jest zgodne z prawami wykreowanej rzeczywistości. A więc wierzysz, dopóki pozostajesz „wewnątrz" opowieści. Kiedy pojawia się niewiara, czar pryska: magia czy raczej sztuka zawiodła. Jesteś z powrotem w pierwotnym świecie i spoglądasz z dystansu na ów karłowaty, poroniony wtórny świat. Jeśli zaś czujesz się zobowiązany z uprzejmości czy z innych względów - by w nim pozostać, wtedy istotnie musisz zawiesić niewiarę (albo ją stłumić), bo inaczej słuchanie i patrzenie stanie się nie do zniesienia. Jednak takie zawieszenie niewiary jest tylko namiastką tego, co prawdziwe, wybiegiem, jaki stosujemy, gdy zniżamy się do zabawy albo udawania, lub kiedy (mniej czy bardziej chętnie) próbujemy odnaleźć jakieś zalety w dziele sztuki, które nas zawiodło”.
,, Analityczne studia zrodziło niami nikogo dobrze nie przygotowały do czerpania z nich przyjemności bądź do ich tworzenia podobnie jak historyczne studia nad dramatem wszystkich epok i narodów są złym przygotowaniem do odbioru lub pisania sztuk te atralnych. Więcej, studia takie mogą okazać się niezmiernie przygnębiające. Nietrudno badaczowi dojść do przekonania, że cały jego trud sprowadza się do zebrania zaledwie kilku poszarpanych lub nadgniłych liści z nieprzebranego listowia „drzewa opowieści wyściełającego „puszczę czasu". Czyż nie jest to jałowe gromadzenie śmiecia? Czy można wymyślić nowy liść? Wszak ludzie już dawno temu odkryli wszystkie ich możliwe kształty od pączka aż do formy w pełni rozwiniętej i wszystkie kolory od wiosennych aż po jesienne. Jednak to nieprawda. Nasiono drzewa można rzucić w dowolną glebę, nawet tak „zadymioną" (jak to określił Lang) jak gleba angielska. Przecież wiosna nie jest mniej piękna dlatego, że już ją widzieliśmy lub że słyszeliśmy o niej: od stworzenia aż do końca świata nigdy podobne zjawiska nie będą tym samym. Każdy liść dębu, głogu czy jesionu - to niepowtarzalne wcielenie ogólnego kształtu; a dla niektórych właśnie tegoroczne wcielenie może być tym pierwszym, choć drzewa wypuszczają liście od niezliczonych ludzkich pokoleń.
Nie będziemy przecież uważali rysowania za beznadziejne przedsięwzięcie tylko dlatego, że wszystkie linie muszą być albo proste, albo krzywe, ani malowania dlatego, że istnieją tylko trzy barwy podstawowe. Jeśli jesteśmy starsi, to tylko jako spadkobiercy wielu pokoleń rozkoszujących się tworzeniem bądź odbiorem sztuki. Tak bogate dziedzic- two może naturalnie grozić nudą albo budzić pragnienie oryginalności za wszelką cenę a to prowadzi do niesmaku na widok zgrabnego rysunku, delikatnego wzoru lub ładnych kolorów, albo nawet do wymyślnego i bezdusznego manipulowania dawnym materiałem aż do przesady w jego wypracowaniu. Droga prawdziwej ucieczki od takiego znudzenia nie prowadzi ani przez celową deformację, brzydotę czy niezgrabność, ani też przez naznaczenie wszystkich rzeczy piętnem mroku i niedopuszczalnej gwałtowności, ani wreszcie poprzez mieszanie kolorów od wyszukanej subtelności po szarzyznę, czy przez tworzenie fantastycznych i wydumanych kształtów na krawędzi głupoty lub wręcz delirium. Potrzeba nam wyzdrowienia, byśmy nie doprowadzili się do takiego stanu. Musimy znów spojrzeć na zieleń, od nowa zadziwić się (ale nie dać się oślepić) błękitem, żółcią i czerwienią. Winniśmy spotkać centaura i smoka, a potem, być może, jak dawni pasterze, dostrzec owce, psy i konie, a także wilki. To właśnie baśniowe opowieści pomagają nam wyzdrowieć.
Wyzdrowienie (to jest trwały powrót do zdrowia) jest od-zyskaniem: odzyskaniem jasnego spojrzenia. Nie chcę tu zagłębiać się w filozofię i mówić o „widzeniu rzeczy takimi, jakie są", ale mógłbym zaryzykować mówienie o „rzeczach takich, jakimi przeznaczone jest (czy było) nam je widzieć" jako rzeczy poza nami. Musimy umyć okna, aby uwolnić świat zewnętrzny od brudnych zacieków trywialności lub powszedniości - od poczucia posiadania. Najoporniej ze wszystkich twarzy poddają się fantazji oblicza naszych familiares, i na nie też najtrudniej spojrzeć ze świeżą uwagą, jak na twarze znajome i nieznajome zarazem; najtrudniej dostrzec ich niepowtarzalne cechy. Trywialność jest karą za „przywłaszczenie": rzeczy trywialne albo (w złym sensie) powszednie to rzeczy, które sobie przywłaszczyliśmy - albo faktycznie, albo tylko w pamięci. Twierdzimy, że je znamy. Kiedyś przyciągnęły nas swym blaskiem, kolorem lub kształtem, aż położyliśmy na nich rękę, zamknęliśmy je w naszym skarbcu, zawładnęliśmy nimi, a zawładnąwszy przestaliśmy się im przyglądać.
Oczywiście baśnie to nie jedyny sposób na uzdrowienie czy na zabezpieczenie się przed stratą. Wystarczy skromność i pokora. I jest też (szczególnie dla skromnych) Ainraiwak- fantazja Chestertonowska. Ainraiwak jest słowem fantastycznym, a mimo to widzimy je w każdym mieście w tym kraju. To ,,kawiarnia" ujrzana od tak jak pewnego pochmurnego, londyńskiego dnia zobaczył ją Dickens. Później Chesterton użył tego słowa na określenie niezwykłości spowszedniałych już rzeczy, która objawia się, gdy spojrzeć na nie nagle pod innym kątem. Większość ludzi przyzna, że ten rodzaj „fantazji" jest niewątpliwie zdrowy i że nigdy nie zabraknie mu materiału. Taka „fantazja" ma jednak, jak sądzę, ograniczoną władzę, a to dlatego, że jedyną jej zaletą jest odnowienie świeżości spojrzenia. Słowo Ainraiwak może uświadomić, że Anglia jest krajem zupełnie nam obcym albo zagubionym w jakiejś odległej przeszłości ledwie zapamiętanej przez historię czy też umieszczonym w dziwnej, zamglonej przyszłości, do której dotrzeć można jedynie w wehikule czasu. Taka fantazja nadaje rys niezwykłości i atrakcyjności mieszkańcom tego kraju, ich obyczajom i nawykom żywieniowym; ale nie jest w stanie zdziałać nic nadto: jest jak teleskop czasu nastawiony na określoną ostrość. Kreatywna fantazja zazwyczaj próbuje uczynić coś innego (stworzyć coś nowego) i dlatego też jest władna otworzyć na oścież drzwi twego skarbca i wypuścić na wolność, niczym ptaki z klatek, uwięzione w nim rzeczy. I oto klejnoty przemienią się w kwiaty i płomienie, a ty wreszcie uświadomisz sobie, że wszystko to, co posiadałeś (lub znałeś), było groźne i potężne, nie dość skutecznie zakute w łańcuchy, wolne i swobodne: nie bardziej twoje niż było tobą.
Wszelkiego rodzaju „element fantastyczny" w poezji i w prozie nawet jeśli jest on tylko ozdobnikiem albo zjawiskiem ubocznym pomaga w tym uwolnieniu. Jednak najpełniej czyni to baśń - świat zbudowany na fantazji lub wokół niej, którego samym sercem jest fantazja właśnie. Fantazje buduje się z elementów pierwotnego świata, ale prawdziwego rzemieślnika cechuje miłość, wiedza i wyczucie tworzywa kamienia, gliny czy drewna które dać może tylko sztuka tworzenia. […]
Baśnie opowiadają głównie albo (te lepsze) niemal wyłącznie o sprawach podstawowych, nie tkniętych przez fantazję, ale jej oprawa przydaje blasku tej prostocie. Bo twórca opowieści, który pozwala sobie na,,swobodę" wobec natury, może być jej miłośnikiem, ale nie niewolnikiem. To baśnie pierwsze pozwoliły mi przeczuć moc słów i cudowność rzeczy takich, jak kamień, drewno i żelazo, dom i ogień, chleb i wino”.