Fosse swoim pisaniem zdaje się dążyć do czegoś, co, mimo prób zrozumiałej leksykalizacji, pozwala nazywać się tylko światłem. Choć światy, które tworzy cierpią na wieczną, bezsłoneczną jesień, a bohaterowie, którzy je zamieszkują nie potrafią ich oswoić, prześwituje – przez nie i przez nich – straszliwie niewymowna, ludzka do szpiku kości tęsknota za tym, co transcendentne i jednocześnie niezdolne do nazwania. Ludzie, o których pisze są uwikłani w samych siebie, bez określonego systemu komunikacji i (być może) bez chęci do jego powstania. Niebagatelną rolę przypisuje Fosse ciszy właśnie – utkanej z pauz, powtórzeń, speszeń, nieforemności materii słowa i krajobrazu, który jest tego wiecznym lustrem.