Na debiutancką książkę prozatorską Piotra Sommera składa się siedem opowiadań, których pierwszoplanowym bohaterem jest małe miasteczko pod Warszawą widziane oczami zmieniającego się w czasie narratora.
Dałbym 3,5 Po kolei. To jest w zasadzie gotowy przepis na klęskę: pamięć dzieciństwa i wczesnej młodości, cienie tych, co odeszli, świat, który już dawno rozpadł się w pył. Momentami słyszę, że autorowi głos wiązł (nawet nie wiem, jak to poprawnie odmienić) w krtani. Musi jednak powiedzieć do końca swoje małe życie. I udaje mu się zebrać i dopowiada. Bo to nie jest zbiór opowiadań; to jest jedna opowieść w kilku odsłonach. Za tę umiejętność stłumienia rozrzewnienia dziękuję, bo potrzebowałom doczytać to do końca. Jest takie jedno mocne miejsce w tej książce, gdzie autor nabiera głębszego oddechu. Puenta turlania fajerek na drucie. Znać poetę. Za to dziękuję nawet bardziej. Po co poetom proza? I to w takim miejscu ich poetyckiej drogi. Ja to jednak uznaję za coś niepokojącego, za zdradę. I dlatego tylko 3,5 bym dało. Ale może to mi się wzięło ze zbyt intensywnego myślenia? Kilka zbyt pospiesznych pomysłów raczej niż przemyśleń to pisanie tutaj. Trudno