"Cole. Uwięziona pokusa" to opowieść o uczuciach, które jak burza zdobywają serce bohatera i prowadzą go przez labirynt przeszłości i teraźniejszości. AT. Michalak ukazuje w tej pozycji zawiłości ludzkiej psychiki.
Historia Cole'a rozpoczyna się od zwyczajnej prośby kolegi o to, by odegrał rolę jego skrzydłowego. Mężczyzna nie zdaje sobie sprawy, że spotkanie z Harmony odmieni jego życie. To, co miało być jedynie odwróceniem uwagi, przekształca się w wir emocji, które zaczynają niszczyć zasłonę dymną, jaką sam narzucił swojemu życiu. Przeszłość wraca niczym uciążliwa ciemność, nie dając mu spokoju. Cole musi odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: czy zdoła przezwyciężyć bolesne wspomnienia sprzed trzech lat?
Harmony, nieświadoma ukrywanej prawdy, cieszy się uczuciami, które rozwijają się między nią a wesołym i przystojnym Cole'em. Ten nie zdaje sobie jednak sprawy, jak bardzo ich pozornie niewinna znajomość jest spleciona z dramatycznymi wydarzeniami z przeszłości. Mimo że uczucia między nimi się pogłębiają, bolesne wybory z przeszłości wciąż rzucają cień na ich relację.
"Cole. Uwięziona pokusa" to opowieść o miłości, którą kształtują bolesne doświadczenia i nieprzewidywalne wybory. Czy Cole zdoła odnaleźć ukojenie w ramionach Harmony, czy też przeszłość na zawsze zetrze ślady uczuć, które próbują się między nimi rozwijać? Odpowiedzi na te pytania tkwią w emocjonującym świecie miłości, tęsknoty i wyborów, których bohaterowie będą musieli dokonać, by odnaleźć swoją drogę do szczęścia.
Nie spodziewałam się wiele po tej książce — już po tytule wiedziałam, że będzie to coś pokroju wydawnictwa Niezwykłego, ale okazało się, że może być jeszcze gorzej. Szczerze mówiąc, byłam pod wrażeniem… choć nie w ten sposób, na jaki liczy autorka. 😐
Fabuła? W zasadzie to jeden, niekończący się wątek relacji głównego bohatera z byłą i obecną dziewczyną. Można by pomyśleć, że to emocjonalny rollercoaster, ale to raczej kolejka w urzędzie – długo, nudno i bez celu.
Postacie są tak płaskie, że nawet kartka papieru wygląda przy nich trójwymiarowo — żadnych emocji, żadnej głębi, tylko suchy dialog i jeszcze suchsze decyzje.
A kiedy już myślałam, że gorzej się nie da, na końcu pojawia się wątek chorej na białaczkę koleżanki, potraktowany z taką finezją, jakby autorka korzystała z poradnika „Jak dodać dramat w trzech prostych krokach”. Przewija się przez jakieś dwadzieścia stron, bo najwyraźniej uznała, że „choroba” doda powagi. Nie dodała.🙃
Jedyną dobrą rzeczą w tej książce jest to, że była krótka — dzięki temu moje cierpienie też nie trwało długo.