Rafał Żak zaprasza do świata nauki, po którym porusza się ruchem konika szachowego, do tego goni króliczka, prowadząc żółwia na smyczy. Jaki wzór fizyczny jest najpiękniejszy i czy piękno jest w nauce w ogóle istotne? Dlaczego lepiej byłoby, gdyby odbił ci żonę toreador niż chemik? Czy lwiątka rodzą się ślepe? Który naukowiec podryfował do świata pseudonauki, głosząc cudowne działanie witaminy C, a który się zagłodził z obawy przed zatruciem? Dlaczego nikt nie rodzi się humanistą? Kto jest karłem stojącym na ramionach gigantów? Ilu trzeba fizyków teoretycznych do otwarcia butelki wina bez korkociągu? I dlaczego dobrze, że jest Skłodowska? Chociaż w Nudnym słowie na N nie brakuje teorii fizycznych, wzorów i liczb, to na pierwszym planie są ludzie. Czasem wprowadzani subtelnie, a czasem rysowani przesadnie grubą kreską. Kłócą się, szlajają po barach i grają na bongosach, ale co najważniejsze: popychają świat do przodu, rozwikłując zagadki Wszechświata. „Czemu nie czerpać przyjemności z przyglądania się nauce, z wsłuchiwania się w nią? – pyta Żak. – Nie trzeba dążyć do tego, żeby samodzielnie ją uprawiać. Można przecież – idąc za słowami Richarda Dawkinsa – być koneserem muzyki i nie umieć zagrać ani jednej nuty na żadnym instrumencie. Taka znajomość nauki też może dawać radość. Uczmy się tego wszyscy, bez konieczności opanowania pasaży i akordów, bez przymusu bycia wirtuozem”.
Książka zawiera wiele ciekawostek. Trochę nużąca była część o naukowcach ze zdjęcia, gdzie podpis odnosił się do ich miejsca na zdjęciu zamiast ich nazwisk. Czytam na Kindle i nie chciało mi się ciągle przeklikiwać. Ogólnie polecam - czyta się szybko i zdecydowanie lepiej sobie ją łyknąć zamiast scrollowania ;)
Z potencjałem, ale zbyt krótka i luźna (wręcz lekko nieuporządkowana), jak zbiór zapisków, nie jeszcze wersja finalna. Życzę sobie, by powstało "nudne słowo na n, ale jeszcze bardziej"
Niezłe. Luźny zbiór opowiastek o naukowcach, nauce i co tam się Rafałowi z nauką akurat skojarzyło. Bardziej przydatne, jeśli planujesz startować w teleturnieju albo pub quizie.
podobał mi się pomysł, żeby szkieletem opowieści zrobić zdjęcia, jednak cały czas miałam wrażenie, że czytam tylko luźny zbiór notatek na podstawie których można napisać książkę. tak naprawdę po przeczytaniu wiem tyle co przed, dużo tutaj anegdotek naukowych i ciągłych zmian tematu, ale przede wszystkim dużo niekonsekwencji w formie i treści, co mi się niezbyt podobało.
Książka o nauce i naukowcach, o tych i o tym, co pchnęło naukę do przodu. Realizacja tego tematu może was zaskoczyć, mnie zaskoczyła, bo autor nie przestawia katalogu fizyków, chemików czy biologów z minibiografiami, lecz zbiór przemyśleń, randomowych faktów, minidialogów i strzępków informacji. Czy coś mi zostało w głowie? Niewiele, tyle, że Feynman był w Polsce 😊